Search Menu

Bieg Niepodległości w Żaganiu

W doskonałych nastrojach sezon biegowy zakończyła nasza trójeczka, która wystartowała w biegu „Niepodległości” rozgrywanym w Żaganiu.  Bezapelacyjną zwyciężczynią biegu została Beata Lupa, która uzyskała bardzo dobry wynik 34:55 Wynik ten na pewno byłby jeszcze lepszy i być może Beata poprawiła by swój rekord życiowy gdyby nie fakt, że cały dystans przebiegła sama. Na osłodę Beacie przypadł nowy rekord trasy 🙂

Z drugiego miejsca open na pewno był zadowolony Kamil Makoś, dla którego było to już 22 miejsce na podium w tym niesamowicie jakże udanym sezonie!!! Czas 32:02

Blisko podium, bo na czwartej pozycji ze stratą tylko 4 sekund do podium znalazł się Krzysiek Wiśniowski 32:37 który podobnie jak Beata cały dystans przebiegł w samotności. Szkoda, bo była szansa na ustanowienie rekordu życiowego. Jak nie teraz to może w przyszłym sezonie 🙂 Tak więc wymieniona trójka zasłużyła na odpoczynek dając również trenerowi możliwość zrelaksowania się 😉

A my gratulujemy po raz kolejny organizatorom biegu w Żaganiu za super imprezę i na pewno zjawimy się tam jeszcze nie raz 🙂

 

 

POZNAŃ W RÓŻNYCH ODSŁONACH

Jak przetrwać bieg kiedy nie idzie tak jak powinno 🙂 Tego właśnie dowiecie się z relacji Eli z największego w historii biegu w Polsce 🙂

Ostatni weekend w Poznaniu przebiegł pod hasłem (pi……) . Padło wiele niecenzuralnych słów, po co nam to było (pi…), kto wymyślił ten wyjazd (pi..), było koło domu pobiegać, tyle biegów Niepodległości jest. Nieee, zachciało się jechać, bić rekordy, bo największy bieg, bo piękny medal (fakt jest śliczny) bo rogale itd. Bieg, który w istocie mógł się okazać super marszem niepodległości, przy tej ilości ludzi. Już od samego początku Poznań był mało przystępny, nie wiedzieć czemu nawigacja poprowadziła nas okrężną drogą. Ok, jesteśmy na miejscu, teraz trzeba logistycznie ułożyć plan na jutro, stanęło na tym, że zostawimy auto z manelami do przebrania gdzieś w okolicach startu, bo rano zamykają ulice a poza tym przy tej ilości biegaczy znalezienie miejsca będzie graniczyło z cudem. I tak przygotowane pojechałyśmy do biura zawodów po pakiety. Niby kilka kilometrów a jechałyśmy, jechałyśmy i nie było końca. Co to znaczy gdzieś blisko zaparkować zweryfikowało życie, to znaczy jakieś 1,5 km ale jakie byłyśmy szczęśliwe, że jest uliczka, stoją samochody i nie ma zakazu, super. Może nie będzie tak źle, zaraz sprawdzimy ile nam czasu zajmie dojście do biura zawodów. Trochę ponad 10 minut spacerem, dobra chyba damy radę, przecież mogło być gorzej. Tuż przed godz. 19 weszłyśmy do biura zawodów a tam mnóstwo stanowisk odbioru pakietów, żadnych kolejek, wszystko dość sprawnie, kilka zdjęć na ściance i jest git.

Pierwsze (pi…) pojawiło się jednak bardzo szybko, okazało się, że start jest z zupełnie innej ulicy, na ten moment nawet nie wiedziałyśmy w którym to kierunku, depozyty gdzieś tam, też każda gdzie indziej bo były przydzielone do stref startowych. Nasze 1,5 km wydłużyło się teraz do kilku (pi….) No cóż szybka decyzja, wracamy autem, rano jakoś dotrzemy taksówką, będziemy się martwić jutro jak Scarlet w „Przeminęło z wiatrem”. Miałyśmy plany spotkać się ze znajomymi, powłóczyć się trochę po centrum, zasmakować uroków wielkiego miasta, tym bardziej w świątecznej odsłonie i coraz bardziej nam się odechciewało a czas leciał, do domu jakby daleko. No nic wracamy i nasze piękne oczy w jednej chwili zeszkliły się dość mocno, jakby nam było mało wrażeń. Na szybce bilecik zapraszający ze straży miejskiej i blokada na kole, żebyśmy nie uciekły (pi..pi…pi..). Po telefonie, nawet stosunkowo nie długo stawia się dwóch młodych panów w mundurkach, na szczęście dość życzliwych i po bardzo emocjonalnych negocjacjach ściągają blokadę i kończą pouczeniem. Uff, tyle naszego. W domu okazało się, że niestety nie zamówimy taxi na rano, trzeba to zrobić jutro, gospodarz obiektu był tak miły, że obiecał nam to zorganizować. Trzeba było jednak ogarnąć się inaczej, żadnych ciuchów na zmianę, szybka decyzja, jedziemy tak jak biegniemy, umawiamy się po biegu w jakimś punkcie zbornym, bo ani ja ani Sylwia nie bierzemy telefonu, tylko Jadzia jest przygotowana, do nas nie zadzwoni ale zawsze może spróbować po taksówkę. Faktycznie, dotarcie na linię startu oznaczało długi spacer dookoła obiektów, wszędzie barierki ale jak już obczaiłyśmy co i gdzie, punkt zborny, strefy startów to znalazłyśmy sobie ciepłą miejscówkę w hallu hotelu tuż przy starcie, gdzie mogłyśmy sobie przeczekać aż do rozgrzewki. Po wejściu do stref startowych różne myśli w głowie, czy to w ogóle możliwe biec w tych warunkach, stoimy tam jak śledzie, organizator zadbał o wspólną rozgrzewkę, dziewczyny na platformach ze szczerym uśmiechem dwoiły się i troiły, żeby choć trochę nas rozruszać i była kupa śmiechu, bo w tym tłoku nie było jak ręki podnieść a o kolanie do góry nie wspomnę. Wszyscy zgodnie z regulaminem ubrani w koszulki z pakietu białe i czerwone, na hasło o ustawieniu się białe po prawej czerwone po lewej, grzecznie uformowaliśmy flagę narodową i zrobiło się bardzo doniośle a jak wspólnie zaśpiewaliśmy hymn, wszystkie zwrotki to ciary szły po plecach a w oku zakręciła się łza. W takich chwilach zapomina się o niedociągnięciach. Nadeszła chwila startu, puszczali strefami co 4 minuty. Byłam w drugiej fali, toteż na swój start nie musiałam długo czekać, pobiegła elita a za nią my. I moje pierwsze, jakże pozytywne zaskoczenie. Bieg poprowadzony chyba najszerszymi ulicami Poznania, biegło mi się znakomicie od startu do mety z bananem na twarzy, bez napinki, to dla mnie jak wisienka na torcie. Tego się nie spodziewałam, że będę mogła w ogóle biec a co dopiero ścigać się i próbować walczyć o wynik. Chciałam jednak to zrobić, zakończyć sezon w takim miejscu, w tak dużym biegu i jeśli warunki na to pozwalają, to ja zrobię wszystko żeby „przegonić siebie”. Mniej więcej od szóstego kilometra wiedziałam, że jak utrzymam to tempo i nic się nie wydarzy to będzie życiówka. I tak spokojnie, mijając kolejnych zmęczonych już biegaczy dobiłam do mety, wyłączając zegarek a na nim 43:53. Łzy szczęścia napłynęły do oczu, chwila refleksji, że nie można rezygnować z marzeń, trzeba wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, jeśli chcesz je spełniać. W takim nastroju szłam sobie już spokojnie w strefie mety po odbiór pięknego pozłacanego medalu i trofeum w formie rogala. W oczekiwaniu na dziewczyny spotkałam kilkoro znajomych i tak szybko minęło, kiedy Jadzia i Sylwia tez zameldowały się na mecie. One miały jednak nieco trudniej, strefa dziewczyn była zdecydowanie bardziej liczna i tam trudniej, mimo szerokich ulic, o przebicie się przez tłum. Toteż, wprawdzie cały czas w biegu ale potraktowały go bardziej turystycznie i obserwowały wszystkie okoliczne atrakcje a trochę ich było, na wszystkich ulicach zespoły grające też w różnych odsłonach.

Na tym koniec pozytywnych atrakcji. Limit wyczerpałyśmy (pi…) było wypowiadane na tysiąc różnych sposobów. Droga do domu była drogą przez mękę. Zero taksówek, miasto zabite korkami, przyszło nam iść piechotą, pełno barierek, trzeba było iść okrężną drogą. Zanim przebiłyśmy się przez centrum, przez tłum świętujących ludzi ( swoją drogą to cudnie jak miasto może żyć w takie święto ) mijały kolejne minuty a my jakby ciągle w tym samym miejscu. Zmarznięte, zmęczone i ciągle daleko, w końcu jakaś przytomna miejscowa kobieta pokazała nam w miarę szybką trasę wyjścia z centrum i poradziła wsiąść w autobus. Trochę ryzykowne w naszym wydaniu, zwłaszcza, przy pechu który nam towarzyszył, bo przecież nie mamy biletów a nie w każdym autobusie można kupić. No cóż, kto nie ryzykuje… i tak przekonane o wyborze środka lokomocji w ciągu kilku minut siedziałyśmy już w ciepłym autobusie i aż wstyd ale niestety pasażerki na gapę. Biletomat był nieczynny. Na szczęście kanary chyba też miały święto. Droga jednak długa, w trakcie Jadzia dostała smsa o wynikach z biegu i link do wyników w ogóle. W tym miejscu o mało nie zeszłam, jak sprawdziłam swój wynik oficjalnie 44:56. Co jest (pi…) przecież to nie jest możliwe dwie , trzy sekundy zgoda, ale ponad minuta. O co chodzi. Maksymalnie wnerwiona nie miałam już ochoty na rozmowy, tyle zdrowia zostawić na biegu, taka radość i w jednej chwili szlag trafia wszystko. Nie powiem ile niecenzuralnych słów przewinęło się w mojej głowie. Uff dojechałyśmy, teraz tylko prysznic i do domu. Wyjazd z tego miasta. I co ? (pi…) bilecik na samochodzie!!!!!!!!!! Tym razem jednak nie straż tylko numer telefonu. Pojawił się chętny na randkę z Jadzią za przetarcie auta. Tylko nie to, znowu zeszklone oczy!!!. Po co nam to było (pi…pi…) Nigdy więcej do Poznania, wyleczyłyśmy się z Wings’a, choć gdzieś się pojawiła taka myśl po drodze. Czy aby na pewno? Czas pokaże, bo przecież ostatecznie nic nam się nie stało, mandatu nie zapłaciłyśmy, bieg był cudny mimo wszystko, Jadzia ma telefon do gościa a przecież mógł odjechać. Nadto, w drodze do domu okazało się, że ten błąd w pomiarze czasu dotyczył wszystkich, była zadym i skorygowali czasy, dostałyśmy smsa z oficjalną korektą. Wracam z tarczą, mam to, spełniłam marzenie, tylko czemu to tyle kosztowało.
Pozdrawiam Ela 🙂

Zapach kawy

Zapach kawy…
Siedząc przy porannej kawie na myśl o wczorajszym biegu pojawia się na mej twarzy uśmiech. Nadal nie mogę uwierzyć, że powróciłem… że ostatni start w tym sezonie dał mi tak wiele pozytywnego. Odzyskałem wiarę w siebie, że mogę jeszcze pomimo przybywających lat rywalizować na równi z dużo młodszym biegaczami, że ponownie choć na chwilę mogłem zamknąć usta tym, którzy przekreślili moje bieganie. Zacznijmy jednak od początku…

Wdzięczność…
Sezon rozpocząłem obiecująco, potem było coraz gorzej. Poważna infekcja, osłabiony organizm i przeplatająca się kontuzja łydki. Ze startu na start było coraz gorzej. Przełomowy start przyszedł w Kole, gdzie wynik 36’25” dał mi światełko nadziei. Przez cały ten czas miałem ogromne wsparcie moich Przyjaciół oraz Rodziny. To Oni wierzyli, wspierali i motywowali. Nigdy nie usłyszałem słowa „nie warto, odpuść”. To oni wspierali dobrym słowem, ale przede wszystkim czynem. Ogromne słowa uznania i podziękowania dla Łukasza Mielewczyka, który odbudował moje ciało i pozwolił na realizacje bez kontuzji treningów. To On, Rodzina i wiele innych Osób pozwoliły mi powstać z popiołów.

Moje Miasto, mój Bieg…
Przyszedł czas ostatniego startu. Idąc po numer startowy czułem, że dziś będzie dobrze. Może nawet lepiej jak dwa tygodnie temu w Kole. Tradycyjnie biuro zawodów profesjonalnie przygotowane na przyjęcie zawodników. Szybka i sprawna rejestracja, odbiór pakietu i powrót ulicami mojego miasta do domu. Spokojnym krokiem, z twarzą zwróconą w stronę promieni słoneczka, idąc po opadłych liściach we wszystkich barwach jesieni powracam do młodzieńczych lat. Jak wszystko przemija, jak pozytywnie zmieniło się moje miasto. Do szczęścia brakuje tylko stadionu z powierzchnią tartanową …uśmiecham się sam do siebie. W domu rodzinne śniadanie i umawiam się z Tomkiem na wspólne truchtanie. Z Tomkiem Sosińskim bo o nim mowa, znalazłem wspólny język biegowy. Do biegowej pasji podchodzimy bardzo podobnie i wspólnie ją realizujemy. Wbiegamy na ścieżki wokół jeziora Jelonek, przez mieszkańców potocznie zwane Wenecją. Wspaniałe tereny do biegania. Przebiegamy kilka kilometrów i powracamy na rynek, gdzie odbywa się już rozgrzewka dla startujących biegaczy. Zaczyna się moment, kiedy potrzebuję wyciszenia, skupienia…wykonuje z jak największą starannością wszystkie ćwiczenia, aby rozgrzać i pobudzić ciało do czekającego mnie wysiłku. Zmiana obuwia na startowe, kilka dynamicznych przebieżek i zakładam biało-czerwoną koszulkę z orłem i przypiętym numerem startowym. Jestem gotowy. Pojawia się pewność siebie i myśl, że „czas zatańczyć i wyjaśnić to co nie zostało jeszcze w tym roku dopowiedziane”. Odśpiewanie hymnu i zaczyna się odliczanie…

Bieg…
Czołówka jak na panujące warunki – biegnąc po kostce brukowej i pod wiatr ruszyła bardzo żwawo. Staram się nie ponieść emocjom i zachowuję kilkusekundową stratę do prowadzących. Bartłomiej, który wziął na swoje barki prowadzenie przebiega pierwszy kilometr poniżej 3’30”.

Czuję się spokojny i wiem, że w każdej chwili mogę tą stratę nadrobić. Jednak nie robię tego. Szanuję energię, która może przydać się na ostatnich kilometrach. Kolejny kilometr w 3’36” i nawrót. Przede mną czwórka zawodników, a wśród nich Patryk Bogucki, którego przed biegiem stawiałem jako czarnego konia tego biegu. Widziałem jak bardzo mocno się przygotowywał, jak wiele ten młody Chłopak zostawił potu i serca na treningach przygotowujących do tych zawodów. Przewaga się zwiększa, więc zaczynam przyspieszać. Wskazuje na to trzeci kilometr przebiegnięty w 3’32”. Dołączam do czołówki przed wbiegniecie na rynek. Tutaj wita nas głośny doping wspaniałej gnieźnieńskiej publiczności. Cudownie jest słyszeć doping Bliskich, Przyjaciół i Znajomych, niesamowitego kopa dają okrzyki nadbiegających z na przeciwka Biegaczy. Piąty kilometr to kolejne zerwanie tempa przez Jakuba. Wiem, że nie mogę reagować na takie fortele ze strony dużo młodszych zawodników. Zachowuję zimną krew i przebiegam kilometr w 3’33” spoglądam na całkowity czas, który wynosi 17’50” czyli na wynik 35’40”. Odpuścił już Bartłomiej, który zapewne stracił zbyt wiele energii na dużą aktywność podczas trwania biegu. Kolejne dwa kilometry to prosta pod wiatr. Zaczyna się oczekiwanie na ostatnie kilometry, każdy oszczędza siły i próbuje się schować za plecami rywali. Czuję jak tempo bardzo mocno spada, czuję jakbym przewracał się o własne nogi. Dogania Nas ponownie Bartłomiej, który bardzo ambitnie walczy o jak najlepszą lokatę. Biegnę za Chłopakami i w głowie pojawia się pytanie, może już teraz? Może spróbować rozegrać to na 3 kilometry do końca i pozostać z najsilniejszymi z tej stawki. Po chwili porzucam jednak ten szalony pomysł i z pokorą biegnę w szyku. Kolejne kilometry przekreślają szanse na dobry wynik. Tempo spadło do 3’46” na kilometr. Nawracamy na ostatnią prostą, mijamy rondo i pojawia się delikatny zbieg. Jakub rusza i zaczyna uciekać widać, że ma jeszcze spory zapas sił, za nim Dariusz. Czekam na ruch Patryka, mam świadomość, że mogę z nim rywalizować na końcowych metrach. Tempo wzrasta do 3’34”, to po ponad 10” na kilometr szybciej niż przed chwilą. Nogi czują już trud tego biegu. Po raz pierwszy atakuję, aby sprawdzić jak reaguje na przyspieszenie mój Rywal. Ruszamy obydwoje, a tempo zaczyna być rwane i bardzo zmienne. Słyszę ciężki oddech Patryka, co dodaje mi jeszcze więcej motywacji. Trzymam się za nim bardzo krótko czekając na ostatnią prostą. Tam będę chciał rozegrać walkę o 3 miejsce na swoją korzyść. Jednak następuje coś, czego nie spodziewałem się absolutnie. Patryk zwalnia i macha ręką bym go wyprzedzał. Taktyka, a może kontuzja? Nie czas na zastanawianie się, wiedząc jak takie zwolnienie wybija z rytmu ruszam całą mocą do przodu. Jeszcze mocniej, czuje jak gwałtownie tempo wzrasta. Jak wiele jeszcze sił mam w nogach i niewykorzystanych pokładów energii. Wbiegam z tą złością na ostatnią prostą i rozwścieczony, a zarazem niesamowicie szczęśliwy wbiegam z rękoma w górze na metę. Wynik 36’13” najlepszy w tym roku to najlepsza nagroda jaka mogła mnie spotkać. Wiem, że dziś byłem na bieganie poniżej 36’, ale pozostawmy ten wynik na kolejny rok. Wszystko jak widać przychodzi w odpowiednim momencie i o odpowiedniej porze… Kończę właśnie kawę nie przestając się uśmiechać…

Pozdrawiam Tomek 🙂