Search Menu

Dzień na który czekaliśmy cały rok.

Okres roztrenowania czyli tak zwany czas laby kojarzy się nam z ulubioną imprezą czyli galą na zakończenie roku biegowego. Kiedy kończy się jedna, my już nie możemy doczekać się następnej. Tradycyjnie już na każdą galę wybieramy miejsce, gdzie możemy się poczuć luksusowo. I choć najważniejsi są ludzie, możliwość spotkania i wspólnej zabawy to jednak jedyny taki dzień w roku, kiedy asiscy, nike, new balance idą w kąt na rzecz sukni, szpilek i gajerków, dlatego miejsce również musi być wyjątkowe. Tym razem wybór padł na pięknie położony hotel Maria Antonina w Zagórzu Śląskim, tuż przy nowym moście a z pokoi hotelowych wyłaniał się cudowny widok na jezioro i most. Ten wyjątkowy wieczór organizowany jest z ogromną starannością i dbałością o szczegóły. Trener na długo przed imprezą zbiera haki, ukradkiem robione foty, skrupulatnie analizuje wyniki sportowe, żeby ostatecznie nominować zawodników do wygranej w poszczególnych kategoriach i wyróżnieniach, czy wreszcie wybrać championów roku. Jak co roku uroczystość rozpoczynamy lampką szampana, żeby wprowadzić się w dobry nastrój i przejść do kolejnego punktu programu czyli prezentacji przypominającej miejsca, które wizytowaliśmy czy to podczas startów, wypadów weekendowych czy obozów, krótko mówiąc miejsc, w których jednostki treningowe przeplatały się z jednostkami rozrywkowymi, kto jeździ ten wie o czym mowa.

Tą bardziej oficjalną część gali kończyło wręczenie nagród, wyróżnień i podziękowań oraz ogłoszenie Championów roku. W tym roku najlepszymi z najlepszych, absolutnie zasłużenie wybrano Beatę Lupę i Pawła Czerniaka. Każdy z wygranych w poszczególnych kategoriach otrzymał pamiątkowe statuetki i nagrody rzeczowe. Ogromnym wyzwaniem dla trenera było zorganizowanie statuetek, które dotarły dosłownie na kilkanaście godzin przed galą, ale to niech zostanie anegdotą dla potomnych albo tematem na odrębną historię.

W dowód uznania, wdzięczności za możliwość spełniania marzeń, tych sportowych ale również poznawania różnych miejsc w kraju i za granicą, za ciągłe przesuwanie naszych granic i przeogromny ładunek emocji, trener Darek Kruczkowski również otrzymał nagrodę od zawodników KRT. Jako, że trener wyjątkowy to i prezent musiał być szczególny. Coś co będzie wyzwaniem jak nasze treningi, coś co rozbudzi takie emocje jak w nas nasze starty. W sam raz coś, co absolutnie odzwierciedla wszystko czego my doświadczamy lot szybowcem będzie niezapomnianym doznaniem emocjonalnym i z całą pewnością przesunie jego granice ( znając jego strach przed lataniem, będzie to wyzwanie porównywalne z naszą walką o życiówki). Dodatkiem, tak dla osłody i odwrócenia uwagi od strachu w oczach na widok zaproszenia była karykatura, która mówi wszystko 😉

Niewątpliwą niespodzianką i atrakcją wieczoru był zaproszony przez trenera iluzjonista, który wprowadził nas w magiczny nastrój. Choć wiele sztuczek wydawało nam się jakby znajomych to jednak z bliska wygląda to zupełnie inaczej i daliśmy się ponieść iluzji. Jeszcze długo po zachodziliśmy w głowę, jak to było możliwe.

Co było potem to już zostanie w naszej pamięci, była cudna zabawa w asyście znakomitego jedzenia i szlachetnych trunków. Rozgrzewka, sprawność, rozciąganie było motywem przewodnim naszych ruchów na parkiecie. Już w niedzielne przedpołudnie większość Teamu dzielnie pokonała 12 km wędrówki górskiej, w części po trasie nowego biegu ,ale to temat na inną relację.

Z tego miejsca chcielibyśmy bardzo podziękować firmie „Pamar” jak również firmie  „Garmin”, za pomoc i całoroczne wsparcie. Zrobimy wszystko, aby zrewanżować się najlepiej jak tylko potrafimy.

Dziękujemy za sezon i czekamy na następny.

Dziękuję !!!

Chciałbym się z wami podzielić wrażeniami z mojego startu na Mistrzostwach Świata w Argentynie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem pytanie, czy jest szansa na mój udział w Mistrzostwach Świata w Argentynie pomyślałem, że absolutnie nie. Powód bardzo prosty koszty, które były bardzo ogromne. Organizator zapewniał tylko nocleg i wyżywienie. Resztę spoczywało należało sfinansować samemu. Rozmowa z trenerem i jego decyzja zrobimy zrzutkę. No o.k może faktycznie się uda? Ja miałem się przygotowywać i niczym nie martwić. Tak też zrobiłem szykując się do tego startu. Ten okres niestety nie był dla mnie najlepszy, gdyż w miedzy czasie pojawiały się choroby i nawet antybiotyk, który mocno mnie osłabił. Trzeba było szybko działać i zmieniać trening tak, aby było jak najlepiej. W międzyczasie dotarła do mnie wiadomość – Paweł pieniążki są uzbierane, więc lecisz na Mistrzostwa do Argentyny. Co można w takim momencie powiedzieć, chyba nic poza uczuciem ogromnej adrenaliny i ekscytacji. Będę startował na tak ważnej imprezie z orzełkiem na piersi!!! Ostanie treningi spowodowały, że noga powoli zaczynała się ponownie kręcić, ale opóźnienia związane z chorobą były dość duże. Trener powtarzał, że tam będzie trzeba zacząć spokojnie i tego będę się trzymał. Nastał dzień wyjazdu i od początku towarzyszył mi pech. Najpierw pociąg się spóźnił co troszkę mnie podenerwowało, to i tak było mało do tego co działo się później. We Fraknfurcie dowiedziałem się, że w Buenos Aires jest strajk i mój samolot dziś nie wyleci. Nawet nie wiecie co się wtedy we mnie działo. Tel do trenera i załatwianie nowego połączenia, które miało nastąpić kolejnego dnia. To oznaczało, że lot krajowy w Argentynie też będzie o innym czasie. Pojawił się stres i zmęczenie lataniem i załatwianiem tego wszystkiego. Późno wieczorem dotarłem do hotelu, i dosłownie parę godzin z powrotem wracałem na lotnisko. To nie był sen tylko myśli co dalej. Trudno trzeba iść z tym dalej. Kolejny lot trwał prawie 13 godzin. W Buenos trzeba było kombinować co dalej no i info, że tego dnia też nie polecę do miejsca docelowego. Nogi zmęczone głowa jeszcze bardziej i już czarne myśli – Jak ja za chwile mam się ścigać??? Nocleg w kolejnym hotelu, jeśli można nazwać parę godzin noclegiem. Rano udało się w końcu rozprostować kości i nareszcie zrealizować ostatni lot. Niestety na lotnisku gdzie miał czekać na mnie organizator okazało się, że mam czekać na kolejne ekipy, które będą dolatywały. Kilka godzin czekania i rozmowa z ekipą Kolumbii z którą zadecydowałem, że jedziemy taxi. To już tylko 85km więc mi już wszystko jedno. Dotarłem na miejsce na dzień przed startem zamiast trzech 🙁 Kontakt z trenerem, i krótka rozmowa. Paweł na nic nie miałeś wpływu, trudno nie możesz o tym myśleć i wyrzuć to z głowy. Pobiegniesz na tyle ile będziesz mógł. Nie masz sobie nic do zarzucenia. Słowa troszkę podbudowały, ale mimo to w głowie czarne myśli. Chciałem powalczyć o jak najlepsze lokaty. Trenera zdaniem byłem wstanie znaleźć się w pierwszej trzydziestce. Patrząc na to co się wydarzyło później chyba rzeczywiście było to realne tylko, że tego dnia mój organizm po prostu nie był jeszcze gotowy. Praktycznie zero aklimatyzacji, brak treningu i po prostu olbrzymie zmęczenie które cały czas dawało o sobie jeszcze znać. Trudno trzeba walczyć i tak oto stanąłem na linii startu. Atmosfera była przednia jak to na Mistrzostwach, trzeba to po prostu przeżyć! Była adrenalina na lini startu – o 8:40 start 3,2,1 pobiegli najlepsi górale na Świecie i wśród nich ja. Plan był jeden zacząć spokojnie, bo w przeciwnym razie może się to źle skończyć dla mnie, ale mimo spokojnego początku niebyło mowy o jakiejkolwiek walce, chyba, że tylko że samym sobą. Już na pierwszych 6km wiedziałem, że to będzie droga przez mękę. Pierwsze górki musiałem przechodzić do marszu dużo osób mnie wymijało i wymijało. Dopiero po ok 15km trochę poczułem się lepiej i zacząłem biec na moim poziomie wyprzedzając innych. Niestety ten stan nie potrwał długo, bo na ok 26km zaczynał się mocny podbieg, a ja ponownie bez mocy nogi odmawiały posłuszeństwa, podróż cały czas dawała o sobie znać 🙁 Wspinaliśmy się na najwyższy szczyt tych mistrzostw i tak do ok 31-32km było cały czas pod górę z czego 2km to po śniegu. Potem było tylko z góry myślałem, że trochę chociaż odrobinę, ale nic z tych rzeczy nogi miałem już tak zajechane, że po prostu zbieg sprawiał mi cholerny ból i jeszcze paznokieć mi zszedł. Dotarłem na metę w czasie 4:08:10 i 62 pozycji. Także to niebyły dla mnie udane zawody, które jednak dużo mnie nauczyły. Nie jestem teraz więcej opowiedzieć, bo nadal we mnie jest żal i złość, że tak to się potoczyło. Chwile odpocznę i ponownie rozpocznę przygotowania pod nowy sezon 🙂
Z tego miejsca chciałby podziękować Wszystkim, dzięki którym mogłem znaleźć się na tych Mistrzostwach. Bez Was nie mógłbym tego zrealizować i mimo, że nie poszło tak jakbym chciał, to uwierzcie walczyłem do końca.

Jeszcze raz duże DZIĘKUJĘ!!! Pozdrawiam Paweł

Athens Marathon

Dotknąłem historii maratonu – czyli Athens maraton the authentic 2019.
Kolejne biegowe małe marzenie zrealizowane. Od roku oczekiwałem dnia, w którym będę mógł dotknąć miejsc tak bardzo związanych z historią królewskiego dystansu . Nasz maratońsko -wycieczkowy team, z którym zobaczyłem kilka pięknych miejsc a przy okazji sobie pobiegałem w Atenach stanowił tym razem 14 osób -mega ekipa. Ateny przywitały nas iście letnią pogodą i jeszcze tego samego wieczora wspólna sałatkowa kolacja w knajpce. Sobota to tradycyjnie dzień zwiedzania. Ateński klimat pełen słońca, uliczek gdzie drzewka mandarynkowe i palmy zazieleniają miejską architekturę, a w kafejkach od wczesnych godzin porannych ateńczycy bez pośpiechu w towarzystwie spożywają śniadanie i poranna kawkę napawa pozytywną energią. Również i my rozpoczynamy dzień od wizyty w śniadaniowej kafejce by wyruszyć na podbój starożytnych śladów historii Grecji i świata. Miejsce docelowe wszystkich spacerów to Akropol. W blisko 30C temperaturze docieramy autobusem do biura zawodów i expo, które zorganizowane jest na olimpijskiej hali położonej nad morzem-robi wrażenie. Po odebraniu pakietów powolutku kierujemy się na starożytne wapienne wzgórze – Akropol, miejsce kultu sprzed blisko 2,5 tys lat.
Dzień startowy – po trochę nie przespanej nocy o godz 5:15 ruszamy na przystanek skąd autobusy zawiozły nas do Maratonu gdzie z o godz. 9 rozpoczął się start, ja wystartowałem 30 minut po starcie pierwszych zawodników.  Start i lekki deszcz – to dobrze fajnie mi się biegnie. Bardzo chciałem biec równo i przebiec cały dystans. Biegłem zachowawczo ale bardzo pozytywnie i spokojnie. Wiedziałem, że trasa nie należy do łatwych, między 22 -32 km trasa wznosiła się ku górze a tak naprawdę już po 10 km rozpoczęły się podbiegi i zbiegi, ale było ok. . Na 6 km jeden z kibiców wręczył mi gałązkę oliwną bym pobiegł z nią do mety na starożytnym stadionie w Atenach – i tak też zrobiłem J. Sama trasa fajna, pełno spontanicznych kibiców, zawodników z całego świata. Bez kryzysów, skupiony na trasie i spokojny biegnę do celu, pewnie, że chciałbym pobiec tak jak biegałem wcześniej gdzie kręciłem czasy ok. 3:36-3:40. Ale jeszcze nie pora na taki powrót , na pewno ten czas powróci 🙂 Temperatura powietrza wzrasta, podbieg to istna selekcja, im dalej tym więcej mijam zawodników, którzy się przeliczyli i teraz zostało im czekać na pomoc i transport do mety. Biegnę sobie dalej, nawadniam się na każdym punkcie, oblewam wodą nogi i kark i powolutku do celu. Mijam 32 km i wiem, że najgorszy odcinek trasy jest już za mną. Teraz i płasko i lekko z górki aż do samej mety, no skłamałbym bym bo jeszcze na 41 km krótkie podejście bardzo męczące. Wiele różnych startów mam już za sobą, ale dystans maratonu to szczególne wydarzenie ,to istne święto biegaczy . Przypomniał mi się start w moim pierwszym biegu na dystansie królewskim. Był to maraton wrocławski gdzie wbiegając na metę płakałem ze wzruszenia, że przebiegłem ,że już wiem co to znaczy być maratończykiem. Teraz wbiegając na ateński stadion pełen kibiców i zawodników autentycznie się rozpłakałem –przebiegłem z Maratonu do Aten z gałązką oliwną tak jak obiecałem 🙂 To jest mega historia, to jest moje piękne doświadczenie bo mając 20, 30, 40 lat nie biegałem, a przebiec maraton to był dla mnie istny kosmos mimo tego ,że różne formy sportu mi towarzyszyły.

Przebiegłem….. a wieczorkiem tradycyjne lekkie odkwaszenie 😉 czyli kolacja w całym teamie na ateńskiej starówce, wrażenia, rozmowy, plany na przyszły rok …. Żegnaj Grecjo …. Jeszcze raz dziękuje za doświadczenie bo jest to kolejny bieg gdzie spotykam ludzi, od których się uczę biegania mądrego, trochę zdrowego, z głową 🙂 Pozdrawiam Tomek

Motywacja już jest

W miniony weekend mieliśmy 101 rocznice odzyskania Niepodległości Co roku staram się to święto uczcić na sportowo, lecz od tego roku również patriotycznie w mundurze 🙂 Tak więc rano wystartowałem w biegu Niepodległości, a później przemieściłem sie do Bolesławca, aby wziąć udział w Caprztyku Niepodległościowym 🙂 Bieg Niepodległości jest dla mnie bardzo ważny, świadomość tego dlaczego i dla kogo biegniemy wywołuje u mnie dreszcze.

Wczoraj udało mi się pobiec 16.34 na 5km, co jest według mnie niesamowite. Wiem, że nie jest to moją życiówką, ale za to wiem, że dopiero zacząłem moje przygotowania, które w sumie trwały tylko jeden miesiąc od momentu roztrenowania Trzeba jeszcze dodać, że ten start uznaliśmy z trenerem jako trening, bez żadnego odpoczynku i specjalistycznego treningu pod ten dzień

Teraz tylko brać się do ciężkiej roboty i cierpliwie walczyć o dobry czas na wiosnę
Jestem zmotywowany jak nigdy dotąd i niech ten stan trwa jeszcze przez najbliższe kilka lat.

Pozdrawiam Łukasz

Moje urwane 7 minut

Dwa lata temu, po maratonie Orlen zadeklarowałam rozstanie z tym dystansem na dłuższy czas. Tej myśli towarzyszyło przekonanie, że mam jeszcze czas na wydłużanie dystansu, dopóki mogę jeszcze coś ugrać na 5 czy 10 km. Zawsze jednak, gdzieś tam w środku była chęć, marzenie pokonania jeszcze raz tych magicznych 42 km na dużej, najlepiej zagranicznej imprezie. Kiedy pod koniec ubiegłego roku nieśmiało zapytałam Anię i Grześka czy nie chcieliby ze mną pojechać, ku mojemu zadowoleniu okazało się, że owszem czemu nie i na dodatek Grzesiek, znany z doskonałej logistyki wziął się za organizację wyjazdu. Najpierw zapisy a potem klamka zapadła. Wybór padł na jedną z najszybszych tras w Europie Mainova Marathon Frankfurt. Teraz pozostało znaleźć hotel, zadbać o transport i no właśnie…. o formę biegową. Moje słowa do trenera, chcę to i to i Twoja w tym głowa, żebym to zrobiła 😉 ze swojej strony deklaruję wytrwać do końca w reżimie treningowym. Ostatnie 2 miesiące to rzeczywiście była jazda bez trzymanki, treningi, niektóre robiłam po raz pierwszy w życiu. Wszystko podporządkowane pod ten jeden start. Wyjazd zapowiadał się świetnie, wszystko poukładane, przelot samolotem, hotel blisko startu, idealne warunki. Sobota jeszcze piękna, ciepły dzień a prognozy na niedzielę 10 rano zwiastowały idealne warunki do biegania 9-12 stopni, deszcz miał się pojawić ok. godz. 14. Pakiety odebrane, rekonesans zrobiony a potem już odpoczynek.

Niedziela przywitała nas jednak odmienną aurą. Szaro, buro, ponuro, na dodatek zimno i zmiana prognozy pogody. Wiatr i deszcz miały się pojawić już o 10 rano. Łaskawie dla nas pojawił się nieco później. Stojąc na linii startu w głowie miałam tysiące myśli, począwszy od strategii, jak zacząć, jest mnóstwo ludzi, po myśli żebym wytrzymała, żeby się nic nie wydarzyło, żeby nie zawieźć trenera, siebie i tych co mi kibicują. Tylko świadomość tego, że jestem przygotowana psychicznie i wytrzymałościowo pozwalała mi opanować emocje. Wiedziałam jednak, że po drodze wiele się może zdarzyć, to dystans który nie wybacza najmniejszego błędu. Ruszyłam z założeniem osiągnięcia maksimum celu, zgodnie z planem trzymałam się tempa mniej więcej do połowy dystansu. W tym miejscu padający już od kilku kilometrów deszcz był coraz bardziej dokuczliwy a na domiar tego zrobiło się wietrznie i bardzo zimno. Walka z wiatrem i zimnem skutecznie udaremniały chęci i możliwości jakichś zrywów. Jedyna myśl to żeby dotrwać do końca bez tzw. ściany i „dowieźć” wynik, który w tym momencie dawał już szanse na życiówkę. Trasa rzeczywiście szybka, ulice szerokie i można powiedzieć, że momentami biegło się bardzo komfortowo, chociaż mnóstwo zakrętów, które trochę wybijały z rytmu i wiele miejsc, które przebiegaliśmy po dwa razy. Sama się zastanawiałam czy to tylko deja vu czy jednak rzeczywistość. Po drodze wielu idących już biegaczy, gdzie nie gdzie słychać było sygnał jadących karetek. Ja nadal biegnę i weryfikuję strategię, liczę i mimo, że mam spory zapas na murowany r.ż. to jednak nadal chcę, żeby to nie była minuta czy dwie, nie po to trenowałam. Wiem też, że nie ma mowy o wyniku marzenie, ale to już przeszłość i trzeba biec dalej. Zegarek pokazuje 40, 41 km, próbuję nieco przyśpieszyć ale jakoś się ten km dłuży. Fakt, że w stosunku do zegarka oznaczenie kilometrów trasy znacznie odbiegało od wskazań gps. Mimo to lecę, biegnę 4:38/km, już niedługo, już widzę budynek hali, w której usytuowano metę, wbiegam na czerwony dywan. Mam to !!! 3:38:39 trochę ponad 7 minut poprawiona życiówka. Cieszę się, to rodzaj kompromisu pomiędzy tym o czym mocno marzyłam a tym co mogło się zdarzyć, czyli urwaną minutą. Bardzo obolała, bo skostniała z zimna, nie mogłam ruszyć ręką.

Po nałożeniu na mecie folii przeciwdeszczowych wytworzył się efekt sauny, gotowałam się od środka ale w moim sercu była ogromna radość. Żołądek i mięśnie wprawdzie jeszcze do wieczora były pospinane. Zrobiłam to!!! mam nowy PB, jestem cała, obyło się bez ściany, bez kryzysów jeśli mogłam ostatni kilometr pobiec w takim tempie.

Zwieńczeniem wyjazdu był totalny relaks i odrobina luksusu w hotelu. Widoki obłędne, open bar, zapełniony wszelakiego rodzaju alko, super kolacja. Wisienką na torcie było Wellness a wszystko to w Hiltonie. Jeszcze tylko lotnisko, samolot i kierunek dom.

Z tego miejsca dziękuję Ani i Grześkowi za cudowne chwile, za super organizację i trenerowi Darkowi Kruczkowskiemu za wszystko co dla mnie zrobił, za jego pracę, za cierpliwość i stałe przesuwanie moich granic.
Pozdrawiam Ela 🙂