Search Menu

Athens Marathon

Dotknąłem historii maratonu – czyli Athens maraton the authentic 2019.
Kolejne biegowe małe marzenie zrealizowane. Od roku oczekiwałem dnia, w którym będę mógł dotknąć miejsc tak bardzo związanych z historią królewskiego dystansu . Nasz maratońsko -wycieczkowy team, z którym zobaczyłem kilka pięknych miejsc a przy okazji sobie pobiegałem w Atenach stanowił tym razem 14 osób -mega ekipa. Ateny przywitały nas iście letnią pogodą i jeszcze tego samego wieczora wspólna sałatkowa kolacja w knajpce. Sobota to tradycyjnie dzień zwiedzania. Ateński klimat pełen słońca, uliczek gdzie drzewka mandarynkowe i palmy zazieleniają miejską architekturę, a w kafejkach od wczesnych godzin porannych ateńczycy bez pośpiechu w towarzystwie spożywają śniadanie i poranna kawkę napawa pozytywną energią. Również i my rozpoczynamy dzień od wizyty w śniadaniowej kafejce by wyruszyć na podbój starożytnych śladów historii Grecji i świata. Miejsce docelowe wszystkich spacerów to Akropol. W blisko 30C temperaturze docieramy autobusem do biura zawodów i expo, które zorganizowane jest na olimpijskiej hali położonej nad morzem-robi wrażenie. Po odebraniu pakietów powolutku kierujemy się na starożytne wapienne wzgórze – Akropol, miejsce kultu sprzed blisko 2,5 tys lat.
Dzień startowy – po trochę nie przespanej nocy o godz 5:15 ruszamy na przystanek skąd autobusy zawiozły nas do Maratonu gdzie z o godz. 9 rozpoczął się start, ja wystartowałem 30 minut po starcie pierwszych zawodników.  Start i lekki deszcz – to dobrze fajnie mi się biegnie. Bardzo chciałem biec równo i przebiec cały dystans. Biegłem zachowawczo ale bardzo pozytywnie i spokojnie. Wiedziałem, że trasa nie należy do łatwych, między 22 -32 km trasa wznosiła się ku górze a tak naprawdę już po 10 km rozpoczęły się podbiegi i zbiegi, ale było ok. . Na 6 km jeden z kibiców wręczył mi gałązkę oliwną bym pobiegł z nią do mety na starożytnym stadionie w Atenach – i tak też zrobiłem J. Sama trasa fajna, pełno spontanicznych kibiców, zawodników z całego świata. Bez kryzysów, skupiony na trasie i spokojny biegnę do celu, pewnie, że chciałbym pobiec tak jak biegałem wcześniej gdzie kręciłem czasy ok. 3:36-3:40. Ale jeszcze nie pora na taki powrót , na pewno ten czas powróci 🙂 Temperatura powietrza wzrasta, podbieg to istna selekcja, im dalej tym więcej mijam zawodników, którzy się przeliczyli i teraz zostało im czekać na pomoc i transport do mety. Biegnę sobie dalej, nawadniam się na każdym punkcie, oblewam wodą nogi i kark i powolutku do celu. Mijam 32 km i wiem, że najgorszy odcinek trasy jest już za mną. Teraz i płasko i lekko z górki aż do samej mety, no skłamałbym bym bo jeszcze na 41 km krótkie podejście bardzo męczące. Wiele różnych startów mam już za sobą, ale dystans maratonu to szczególne wydarzenie ,to istne święto biegaczy . Przypomniał mi się start w moim pierwszym biegu na dystansie królewskim. Był to maraton wrocławski gdzie wbiegając na metę płakałem ze wzruszenia, że przebiegłem ,że już wiem co to znaczy być maratończykiem. Teraz wbiegając na ateński stadion pełen kibiców i zawodników autentycznie się rozpłakałem –przebiegłem z Maratonu do Aten z gałązką oliwną tak jak obiecałem 🙂 To jest mega historia, to jest moje piękne doświadczenie bo mając 20, 30, 40 lat nie biegałem, a przebiec maraton to był dla mnie istny kosmos mimo tego ,że różne formy sportu mi towarzyszyły.

Przebiegłem….. a wieczorkiem tradycyjne lekkie odkwaszenie 😉 czyli kolacja w całym teamie na ateńskiej starówce, wrażenia, rozmowy, plany na przyszły rok …. Żegnaj Grecjo …. Jeszcze raz dziękuje za doświadczenie bo jest to kolejny bieg gdzie spotykam ludzi, od których się uczę biegania mądrego, trochę zdrowego, z głową 🙂 Pozdrawiam Tomek

Motywacja już jest

W miniony weekend mieliśmy 101 rocznice odzyskania Niepodległości Co roku staram się to święto uczcić na sportowo, lecz od tego roku również patriotycznie w mundurze 🙂 Tak więc rano wystartowałem w biegu Niepodległości, a później przemieściłem sie do Bolesławca, aby wziąć udział w Caprztyku Niepodległościowym 🙂 Bieg Niepodległości jest dla mnie bardzo ważny, świadomość tego dlaczego i dla kogo biegniemy wywołuje u mnie dreszcze.

Wczoraj udało mi się pobiec 16.34 na 5km, co jest według mnie niesamowite. Wiem, że nie jest to moją życiówką, ale za to wiem, że dopiero zacząłem moje przygotowania, które w sumie trwały tylko jeden miesiąc od momentu roztrenowania Trzeba jeszcze dodać, że ten start uznaliśmy z trenerem jako trening, bez żadnego odpoczynku i specjalistycznego treningu pod ten dzień

Teraz tylko brać się do ciężkiej roboty i cierpliwie walczyć o dobry czas na wiosnę
Jestem zmotywowany jak nigdy dotąd i niech ten stan trwa jeszcze przez najbliższe kilka lat.

Pozdrawiam Łukasz

Moje urwane 7 minut

Dwa lata temu, po maratonie Orlen zadeklarowałam rozstanie z tym dystansem na dłuższy czas. Tej myśli towarzyszyło przekonanie, że mam jeszcze czas na wydłużanie dystansu, dopóki mogę jeszcze coś ugrać na 5 czy 10 km. Zawsze jednak, gdzieś tam w środku była chęć, marzenie pokonania jeszcze raz tych magicznych 42 km na dużej, najlepiej zagranicznej imprezie. Kiedy pod koniec ubiegłego roku nieśmiało zapytałam Anię i Grześka czy nie chcieliby ze mną pojechać, ku mojemu zadowoleniu okazało się, że owszem czemu nie i na dodatek Grzesiek, znany z doskonałej logistyki wziął się za organizację wyjazdu. Najpierw zapisy a potem klamka zapadła. Wybór padł na jedną z najszybszych tras w Europie Mainova Marathon Frankfurt. Teraz pozostało znaleźć hotel, zadbać o transport i no właśnie…. o formę biegową. Moje słowa do trenera, chcę to i to i Twoja w tym głowa, żebym to zrobiła 😉 ze swojej strony deklaruję wytrwać do końca w reżimie treningowym. Ostatnie 2 miesiące to rzeczywiście była jazda bez trzymanki, treningi, niektóre robiłam po raz pierwszy w życiu. Wszystko podporządkowane pod ten jeden start. Wyjazd zapowiadał się świetnie, wszystko poukładane, przelot samolotem, hotel blisko startu, idealne warunki. Sobota jeszcze piękna, ciepły dzień a prognozy na niedzielę 10 rano zwiastowały idealne warunki do biegania 9-12 stopni, deszcz miał się pojawić ok. godz. 14. Pakiety odebrane, rekonesans zrobiony a potem już odpoczynek.

Niedziela przywitała nas jednak odmienną aurą. Szaro, buro, ponuro, na dodatek zimno i zmiana prognozy pogody. Wiatr i deszcz miały się pojawić już o 10 rano. Łaskawie dla nas pojawił się nieco później. Stojąc na linii startu w głowie miałam tysiące myśli, począwszy od strategii, jak zacząć, jest mnóstwo ludzi, po myśli żebym wytrzymała, żeby się nic nie wydarzyło, żeby nie zawieźć trenera, siebie i tych co mi kibicują. Tylko świadomość tego, że jestem przygotowana psychicznie i wytrzymałościowo pozwalała mi opanować emocje. Wiedziałam jednak, że po drodze wiele się może zdarzyć, to dystans który nie wybacza najmniejszego błędu. Ruszyłam z założeniem osiągnięcia maksimum celu, zgodnie z planem trzymałam się tempa mniej więcej do połowy dystansu. W tym miejscu padający już od kilku kilometrów deszcz był coraz bardziej dokuczliwy a na domiar tego zrobiło się wietrznie i bardzo zimno. Walka z wiatrem i zimnem skutecznie udaremniały chęci i możliwości jakichś zrywów. Jedyna myśl to żeby dotrwać do końca bez tzw. ściany i „dowieźć” wynik, który w tym momencie dawał już szanse na życiówkę. Trasa rzeczywiście szybka, ulice szerokie i można powiedzieć, że momentami biegło się bardzo komfortowo, chociaż mnóstwo zakrętów, które trochę wybijały z rytmu i wiele miejsc, które przebiegaliśmy po dwa razy. Sama się zastanawiałam czy to tylko deja vu czy jednak rzeczywistość. Po drodze wielu idących już biegaczy, gdzie nie gdzie słychać było sygnał jadących karetek. Ja nadal biegnę i weryfikuję strategię, liczę i mimo, że mam spory zapas na murowany r.ż. to jednak nadal chcę, żeby to nie była minuta czy dwie, nie po to trenowałam. Wiem też, że nie ma mowy o wyniku marzenie, ale to już przeszłość i trzeba biec dalej. Zegarek pokazuje 40, 41 km, próbuję nieco przyśpieszyć ale jakoś się ten km dłuży. Fakt, że w stosunku do zegarka oznaczenie kilometrów trasy znacznie odbiegało od wskazań gps. Mimo to lecę, biegnę 4:38/km, już niedługo, już widzę budynek hali, w której usytuowano metę, wbiegam na czerwony dywan. Mam to !!! 3:38:39 trochę ponad 7 minut poprawiona życiówka. Cieszę się, to rodzaj kompromisu pomiędzy tym o czym mocno marzyłam a tym co mogło się zdarzyć, czyli urwaną minutą. Bardzo obolała, bo skostniała z zimna, nie mogłam ruszyć ręką.

Po nałożeniu na mecie folii przeciwdeszczowych wytworzył się efekt sauny, gotowałam się od środka ale w moim sercu była ogromna radość. Żołądek i mięśnie wprawdzie jeszcze do wieczora były pospinane. Zrobiłam to!!! mam nowy PB, jestem cała, obyło się bez ściany, bez kryzysów jeśli mogłam ostatni kilometr pobiec w takim tempie.

Zwieńczeniem wyjazdu był totalny relaks i odrobina luksusu w hotelu. Widoki obłędne, open bar, zapełniony wszelakiego rodzaju alko, super kolacja. Wisienką na torcie było Wellness a wszystko to w Hiltonie. Jeszcze tylko lotnisko, samolot i kierunek dom.

Z tego miejsca dziękuję Ani i Grześkowi za cudowne chwile, za super organizację i trenerowi Darkowi Kruczkowskiemu za wszystko co dla mnie zrobił, za jego pracę, za cierpliwość i stałe przesuwanie moich granic.
Pozdrawiam Ela 🙂

Debiut marzenie

Wizja maratonu krążyła nade mną już od dłuższego czasu. I pewnego sierpniowego dnia decyzja zapadła – zadebiutuję w Poznaniu. Nie byłabym sobą gdybym nie miała tysiąca wątpliwości, bo przecież zostało mało czasu, trzeba mocno i dużo biegać, a ja mam dużo zajęć, nie dam rady itp itd. Ale Darek był nieugięty ,a kogo jak kogo ale trenera słucham 🙂 No i się zaczęło. Istny kołowrotek. Trening, praca, trening, praca i tak dzień w dzień. Nie ukrywam, że bardzo trudno łączyć 2 treningi dziennie z pracą, dojazdami po 50km w jedną stronę, przeprowadzką i urządzaniem mieszkania. Ale nie ma nic za darmo. Teraz ciężko, ale wiedziałam, że jak wytrzymam to może później będzie łatwiej. Fajnie byłoby móc się skupić tylko na trenowaniu, ale takiej możliwości nie ma, więc trzeba sobie jakoś radzić bo jestem twarda sztuka.

I radziłam całkiem dobrze. Wszystko szło zgodnie z planem. Biegało się super, więc wizja startu była bardzo optymistyczna. Według Michałka byłam nieprawdopodobnie grzeczna przez ten cały okres, chyba dlatego że nie miałam czasu narzekać 😉 Do Poznania pojechałam z mocną grupą wsparcia – Trener, Michał i Krzysio Tschirch.  Ekipa na medal więc musiał być medal. Znalazłam się w elicie biegu, a to oznaczało świetne warunki okołostartowe. Nocleg w 5 gwiazdkowym hotelu oddalonym o zawrotny dystans całych 100 metrów od lini startu.

Oddzielna ulica rozgrzewkowa, osobne toalety, kontener na ubrania, poczekalnia, własny stół z odżywkami na trasie i wiele wiele innych. Wszystko dosłownie podstawione pod nos. Organizator spisał się naprawdę świetnie, niczego nam nie brakowało. Można było skupić się tylko i wyłącznie na biegu. Na odprawie dzień wcześniej zaprezentowano wszystkich zawodników z elity i omówiono najważniejsze sprawy.

Po szybkim rozeznaniu rywalek uznałam, że Top 5 jest jak najbardziej realne, ale maraton to maraton nic nie można przewidzieć tym bardziej w tym pierwszym. Miałam po cichu swoje marzenia, ale wolałam nie mówić o nich głośno. No i nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Chyba dopiero rano ogarnęłam co mnie niebawem czeka i pojawiło się lekkie przerażenie. W dodatku jak na złość na śniadaniu było tyle pysznych rzeczy których nie mogłam zjeść, że marzyłam żeby było już po wszystkim. Stresik jak mało kiedy. W okolicy startu czuć było tą wyjątkową atmosferę. Chyba nigdzie wcześniej nie doświadczyłam podobnego uczucia. Takiego dreszczyku emocji jakby miało wydarzyć się coś wielkiego. Na krótko przed startem ustaliliśmy taktykę optymalną do słonecznej i dość wietrznej pogody i pozostało ją tylko i aż zrealizować. 9.00 więc ruszamy. Udało się idealnie wyczuć tempo o co się początkowo martwiłam.

Po krótkim czasie wkoło mnie uformowala się około 10 osobowa grupa zawodników, którzy chętnie ze sobą współpracowali. Bardzo mi to odpowiadało gdyż mogłam się schować i spokojnie biec. Kilometry mijały niezwykle szybko, a samopoczucie było zadowalające. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że spokojny początek zaprocentuje później i się nie myliłam. Wyprzedzałam dziewczyny które zaczęły szybciej, a to dodatkowo motywuje. Żeby mnie wspomóc Darek z Michałem znaleźli cudowny sposób poruszania się, a mianowicie głośne na 100m, skrzypiące rowery miejskie! Gdy ich zobaczyłam pędzących na za niskich siodełkach, to prawie się zakrztusiłam izotonikiem, ale za to co chwila miałam najświeższe info co się dzieje na trasie.
Na 22km Darek powiedział że biegnę już na 3 miejscu wśród kobiet. To było wielkie WOW . Okazało się, że murowana faworytka do zwycięstwa zeszła z trasy. Jednak to prawda że na maratonie wszystko się może zdarzyć, nie ma nic pewnego na 100%.Pomyślałam sobie, że dobiegnę choćby nie wiem co. Druga część dystansu była znacznie trudniejsza. Długie podbiegi zdziesiątkowały moją grupę i po 30km zostało nas 3. Trudy biegu powoli dało się już odczuć w nogach ale trzymałam tempo. W pewnym momencie koledzy zostali z tyłu i musiałam walczyć już sama. Wiedziałam, że jeśli do 35km nic się nie stanie to dobiegnę. Tzw słynna ściana na szczęście się nie pojawiła W głowie włączyłam odliczanie wsteczne na ostatnie 7km. Na tym odcinku mój support okazał się nieoceniony Darek z Michałem pędzili obok po chodnikach krzycząc i motywując że dam radę, że jest super. Jak się potem okazało trener okupił to czołówką z samochodem, cud że nic mu się nie stało. Zmęczenie w końcu musiało nadejść i nadeszło. Nogi zrobiły się ciężkie, ale biegły cały czas tym samym rytmem. Ostatni km nawet udało się przyspieszyć żeby wbiec w dobrym stylu na piękny niebieski dywan do mety Koniec!!! Zrobiłam to. Byłam taka zadowolona. Marzyło mi się podium i się udało, nieprawdopodobne Przed biegiem pewnie kręciłabym nosem na wynik i te 41 sekund których brakło do złamania 2.40 ale nie, nie po biegu, nie tym razem! Wiedziałam ile to kosztowało, ile z siebie dałam. Byłam naprawdę szczęśliwa, jak chyba nigdy wcześniej. Gdy zobaczyłam radość trenera i Michała to poczułam się taka dumna, że mi się udało, że są że mnie zadowoleni.

To chyba największą nagroda za ten cały wysiłek. Wiem, że najlepsze przed nami ale póki co cieszę się z tego co mam. Trenerze dziękuję, że jestem w tym miejscu w którym jestem

  Pozdrawiam Wszystkich Beata 🙂

Mamy sprzęt

Po dłuższym oczekiwaniu, w końcu dotarł do nas sprzęt.Nareszcie będziemy mogli jeszcze lepiej przygotowywać się do naszych startów i mamy nadzieję, że będzie długo nam służył 🙂

SZKLARSKA PORĘBA BIEGA