Search Menu

Lubiany i popularny :)

W minioną niedzielę w Jeleniej Górze odbyła się wielka 44 gala Nowin Jeleniogórskich na najpopularniejszego sportowca naszego regionu. Dla nas był to ważny moment, bo w ścisłym finale znalazł się nasz Krzysiek Tschirch 🙂  Niesamowity facet, sportowiec, pełen energii i z marzeniami, po które trzeba sięgać, bo tylko wtedy one się spełniają. Moment ogłoszenia i drugie miejsce!!! To wielka chwila i mamy nadzieję, że nie ostatnia. My jesteśmy dumni, że jest z nami i dzieli swoją pasję. Oby jak najdłużej, a nawet na zawsze 🙂

Jesteś wielki zostań sobą 🙂 

Gratulujemy cały Team Karkonosz Running Team

Spanie, jedzenie, bieganie, mycie

Relacja z obozu HEVIZ 02.02-09.02.2019
Pobyt na obozie klubu sportowego Karkonosz Running Team mogę opisać w czterech słowach:
1/ spanie
2/ jedzenie
3/ bieganie
4/ mycie….. i tak cały czas
Na obóz wybrałem się razem z – jak to powiedział Adam – „koleżanką z klubu”….droga mijała szybko, aż do granicy z Węgrami , gdzie na węgierskie jó reggelt (dzień dobry) przywitał nas mandat. Spalona żarówka kosztowała nas 20 Euro i godzinę biegania po stacji benzynowej w celu poszukiwania śrubokrętu. Na szczęście dzięki pomocy translator google oraz węgierskich laweciarzy udało się ją wymienić i mogliśmy ruszyć w dalszą podróż. Po dotarciu do hotelu pozostało nam tylko coś zjeść i odpocząć po podróży. Pierwszego dnia obozu mieliśmy długie wybieganie, aby zapoznać się z okolicą miejscowości Heviz oraz jeziora Balaton. Ku mojemu zaskoczeniu infrastruktura wczasowa nad Balatonem zatrzymała się w latach 90tych. Nad Balatonem marazm, hotele widma. Opustoszałe budynki, powybijane szyby w oknach nie zachęcają do przyjazdu w celach urlopowych. Rekompensatą takiego widoku było wspólne bieganie w miłym klubowym towarzystwie.

W kolejne dni Nasz TRENEJRO Darek starał się dać nam odpowiednia dawkę treningu biegowego na co składało się zarówno ilość treningów (dwa treningi dziennie) jak i ich zróżnicowanie. Były więc zarówno i podbiegi i rytmy. Były też spokojne wybiegania np. do pobliskiego parku narodowego, gdzie z tamtejszych wież widokowych można było podziwiać okolicę.

Jednak do legendy przejdzie standard węgierskiego stadionu lekkoatletycznego, na którym odbywaliśmy jednostki interwałowe i tempowe. O ile w godzinach porannych i temperaturze w okolicach zera można było powiedzieć, że nawierzchnia – bliżej nieokreślone ceglane coś – nadawała się do biegania, to jednak po pokonaniu kilku kółek zamieniała się w błotnistą breję. Jednakże, Nasz TRENEJRO znalazł pozytywy takiego biegania: „im bardziej oraz im wyżej tył uwalony błotem tym obrazuje to lepsza technikę biegową”. Nasi „ścigacze” potwierdzili w 100% taką teorię.

Oczywiście biegacz nie tylko bieganiem żyje…..trzeba też od czasu do czasu się rozluźnić i odpocząć …. Były wieczorne kalambury, które zmieniły moje pojęcie postrzegania zwierząt… były też wieczorne odwiedziny pobliskiego pubu, gdzie przy szklance grzanego wina rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym….. były też wypady do pobliskiego jeziora termalnego. Postanowiliśmy też zwiedzić pobliski zamek, gdzie na dziedzińcu głównym jedni ujeżdżali konie lub byli zakuci w dyby a Panie były zamknięte w klatce. Na koniec trafiliśmy do sali tortur-czyli do sali średniowiecznego „rozciągania się”.

Zanim się człowiek obejrzał tydzień czasu zleciał bardzo szybko i trzeba było się pakować w drogę powrotną do domu i codziennych obowiązków. Okres spędzony razem z członkami Karkonosz Running Team zarówno podczas wspólnych treningów, posiłków jak i czasu wolnego na długo pozostanie w mej pamięci. Pozdrawiam wszystkich uczestników obozu i do zobaczenia na kolejnych ……
MACIEJ 🙂

Jjó reggelt Heviz

Czas na relacje trenera, a z tym jest zawsze problem 😉 

Jak zacząć od czego i w ogóle !

To może zacznę od tego, dlaczego Węgry i Heviz. Jako, że lubię podróże w nieznane, lubię przygody i wyzwania, to zawsze szukam takiego miejsca, które wniesie coś nowego. Przecież w świecie biegowym nawet zmiana codziennego treningu może spowodować, że poziom endorfin podskoczy do granic możliwości. Czy tak się stało i tym razem, moim skromnym zdaniem tak 🙂 No więc szukałem i szukałem a to cena, a to brak miejsca do biegania, a to z powodów logistycznych, ciągle coś nie pasowało. I tak sobie klikając zatrzymałem się na miejscowości Heviz nad Węgierskim Balatonem. Szybka kontrola satelitarna i wszystko jest: stadion, góry i na dodatek jezioro termalne, które brzmiało bardzo zachęcająco. W środku zimy kąpać się pod gołym niebem w temperaturze 26 stopni. Super Sprawa.

Decyzja zapadła, hotel wybrany więc jedziemy w 20 osobowym składzie. Jako, że mam szczęście do pogody, to tego się nie obawiałem. Kiedy wyjeżdżaliśmy, to u nas był istny Armagedon pogodowy. A tam na dzień dobry słońce i 16 stopni !!! Wiosna 🙂 Jadzia już na krótko, zresztą biegała tak codziennie 😉

Hotel nawet o.k, bo ostatnio przywykliśmy do luksusów. Małe problemy z komunikacją, ale jakoś poszło i szybko rekonesans tras biegowych. Jest ulga, bo mamy gdzie biegać. Są alejki, pętle crossowe w pobliżu góry. No i tak zaczęliśmy Węgierską przygodę. Plan treningowy jaki chciałem wykonać został zrealizowany w 100%. Może nie po myśli moich podopiecznych, zwłaszcza gdy zobaczyli miejscowy stadion, który lata świetności miał w zeszłym stuleciu, ale dla mnie był to miód na sercu 🙂 Już wiedziałem, że tę lekcje zapamiętają na długo. Błotnista cegiełka niczym jak bezdroża na Kenijskich ścieżkach 😉 Mój uśmiech od ucha do ucha mówił wszystko. Czekałem tylko czy ktoś wymięknie, a tutaj jak jeden za jednego. Wszyscy na bieżnie i do roboty. Popatrzcie na te kilka fot. Mówią wszystko :))))) Ja do dzisiaj się uśmiecham.

Stadion to jedno, ale przecież były jeszcze inne treningi. Zaskoczyło nas to, że przy samym Balatonie nie ma gdzie biegać. Trudno, przecież to nie powód do rozpaczy, więc bez problemów znaleźliśmy inne miejsca choćby, pobliskie wzgórza. Oj było co robić zwłaszcza dla tych, którzy zaliczyli trasę trzech wierz.

I tak po każdej zdobytej wieży 😉

Tym bardziej, że dzień wcześniej mieliśmy nazwijmy to wieczorek zapoznawczy. To jakie tam zrobiliśmy brzuszki tarzając się ze śmiechu podczas kalamburów, będzie czymś czym będziemy wspominać przy każdej nadarzającej się okazji. Zabawa, to mało powiedziana, to kabaret Neonówka do potęgi 😉 Zakwasy są do dzisiaj !

Same miasteczko o tej porze wymarłe, więc i ciężko o jakieś puby. My jednak znaleźliśmy perełkę. Gospodarz na ilość gości skakał z radości a dziesiątki tysięcy wydawanych forintów powodowały, że mogliśmy wszystko. No to korzystaliśmy i dzięki super atmosferze panującym w tym fajnym miejscu zrobiliśmy niezłą sesję zdjęciową.


Czyli kolejny udany dzień, to co lubię najbardziej uśmiech u każdego.

Teraz czas na termalne jeziorko, bo to przecież ono zadecydowało, że tam pojechaliśmy. Co cóż, czego ja mogłem się spodziewać? A no śmierdzącej wody, która właśnie taka była. Siarka unosząca się w powietrzu dawał o sobie znać, ale za to ciepła woda robiła swoje 🙂 Wygrzewać kości po mocnej robocie, to dobry relaks, a że wejścia mieliśmy w gratisie, to korzystaliśmy z tego praktycznie codziennie.

W przed ostatni dzień wybraliśmy się na małą wycieczkę do pobliskiego zamku. Ponownie zabawa przednia. Strzelanie z procy, ujeżdżanie koni itd. Na koniec siesta w pobliskiej restauracji. Dwa spore kawałki ciasta, sok, herbata, kawa i tylko 20zł. Czemu nie 😉

Tak zleciały dni i nie nadążyliśmy nacieszyć się sobą, a już trzeba było wracać 🙁 W planach kolejne miejsca i kolejne kraje. Bo nie tylko biegamy, ale też odkrywamy i oto chodzi. Monotonia zabija, świat jest dla nas, więc korzystajmy, bawmy się. Co zapamiętam?? Bez wątpienia kalambury i trening na stadionie 😉 I całą ekipę !!!! Uwierzcie to był niezwykły tydzień na Węgierskiej ziemi 🙂

Pozdrawiam Trener Darek