Search Menu

Miłość – moja najcenniejsza wygrana

Rozpoczynając 7 lat temu przygodę z bieganiem nigdy nie sądziłem, że w tak radykalny sposób pasja odmieni moje życie. Z truchtacza zmieniłem się w zawodnika, reprezentowałem KRT na zawodach, przełamywałem kolejne swoje bariery propagowałem zdrowy styl życia i turystykę górską. Kiedy w listopadzie 2017 na gali Karkonosz Running Team odbierałem statuetkę „Kozioł Roku” wydawało mi się, że nic więcej już mnie nie zaskoczy.

A jednak to wtedy tam właśnie, na gali dostrzegłem osobę od której już nie mogłem oderwać wzroku ani wtedy ani później. To spotkanie, zapach włosów, bliskość zawładnęły mną całkowicie.
Dwa miesiące później – obóz KRT w Międzyzdrojach. Trenujemy, spędzamy czas z klubowiczami i poznajemy się coraz lepiej. Już wtedy wiemy, że to co się zaczęło jest ważne, coraz ważniejsze.

Wyjeżdżamy z obozu po tygodniu pełni siebie a jednocześnie tęskniący. Od tamtej pory już tylko Tobą oddycham, w Twoją stronę spoglądam i do Ciebie zmierzam. Pół roku później już na stałe zasypiamy i budzimy się Razem. Żyjemy wspólną codziennością i planowaniem tego co jeszcze przed Nami. Dzielimy się niepokojami, smutkami i radościami. Wspieramy zawodowo i dzielimy codziennością – organizujemy na nowo Nasz wspólny dom. I w końcu nadchodzi ten zaplanowany i upragniony kwietniowy dzień, stajemy naprzeciwko siebie w obecności najbliższych aby wyznać sobie miłość i powiedzieć TAK. Otaczają Nas osoby z klubu, które są Nam i Naszej miłości szczególnie bliskie. Dziękujemy Asiu, Urszulo i Adamie, że chcieliście tą chwilę dzielić razem z Nami.

I tak oto w Karkonosz Running Team znalazłem swój Największy Skarb – moją Żonę.
Kocham Cię Agnieszko Wysocka – Łuczkiewicz

 

Biegłem po swoje marzenia

To, że ponownie wystartuję w Orlen Warsaw Marathon wiedziałem już podczas zeszłorocznej edycji, kiedy to wbiegałem na metę. Jak tylko ruszyły zapisy na 2019r zgłosiłem się bez wahania.
Przygotowania do sezonu startowego rozpocząłem w listopadzie. Kwietniowy maraton w Warszawie wyznaczyłem sobie jako jeden z ważniejszych celów w kalendarzu biegowym. Z miesiąca na miesiąc, pod czujnym okiem trenera Darka, z grupy biegowej którą reprezentuję Karkonosz Running Team realizowałem nakreślony plan treningowy. Odpowiednio zwiększający się kilometraż (były i dni, kiedy biegałem 2x dziennie), powtarzające się mocniejsze akcenty miały optymalnie przygotować mnie do startu. Przygotowania szły pomyślnie do miesiąca lutego, kiedy to nieoczekiwanie zacząłem odczuwać ból w prawym biodrze. Później okazało się, że to tzw kontuzja przeciążeniowa-itbs, powięzi biodrowej ciągnącej się do kolana. Początkowo próbowałem opanować zapelenie mrożeniem i maściami trenując dalej, będąc dobrej myśli. Podczas jednego z pobytów w Warszawie moja menedżerka wyszukała mi do startu kontrolnego 24 lutego półmaraton w Wiązownej. Bieg wyszedł mi nadspodziewanie dobrze o czym już pisałem w jednej z wcześniejszych relacji. Niestety przy okazji pogłębiła się kontuzja. Po konsultacji z lekarzem zalecenie było jedno… wdrożyć odpowiednie leczenie, w tym farmakologiczne i zaprzestać biegania do całkowitego wyleczenia. Zdrowy rozsądek przytakiwał zaleceniom, serce jednak rwało się do biegania. Zadawałem sobie… dlatego musiało mnie to spotkać? Tak dobrze mi szło, rosła forma, a do maratonu już tak blisko. Pomimo bólu postanowiłem, że zrobię wszystko, aby wystartować w maratonie. Ograniczyłem treningi do minimum. Kilometraż tylko tylko, przeplatany wolnymi dniami na regenerację biodra, mocniejsze akcenty treningowe raz w tygodniu, aby choć trochę podtrzymać zbudowaną formę. Miałem świadomość, że to może być mało na tym etapie treningu do maratonu. Do Warszawy zawitałem na tydzień przed startem. Tam na dwóch treningach przebiegłem 17km. W pozostałe dni oszczędzałem biodro. Musiałem „odpuścić” moje ukochane Łazienki Królewskie i Agrykolę, gdzie zazwyczaj biegam będąc w stolicy. No i nadszedł ten dzień, 14 kwietnia. Dzień prawdy na który tak oczekiwałem – Orlen Warsaw Marathon. Cieszyłem się ogromnie, że wystartuję, lecz nie czułem pełnego komfortu psychicznego z wiadomej przyczyny. Jednak powiedziałem sobie… Rysiek, będzie jak będzie, starałeś się jak mogłeś, żeby pobiec i wypaść w miarę najlepiej. Uwielbiasz to co robisz, pielęgnujesz swoją pasję. Nie każdy może to robić, choćby może i chciał.

Do startu ustawiłem się w sektorze oznaczonym dla zawodników biegających ten dystans z czasem poniżej 3h. Zasłużyłem sobie wcześniejszymi osiągnięciami. Do biegu stawiło się blisko 5tyś zawodników i nie każdy miał okazję ruszyć bezpośrednio z linii startu. Dlatego końcowy wynik liczony jest w brutto i netto. Aby utrzymać jak najdłużej wydolność organizmu miałem przy sobie 2 energetyczne hydrogele, pozostałe 2 na 25 kilometrze miała mi podać moja serwisantka. Wodę i napoje isotoniczne zabezpieczył organizator na licznych punktach odżywczych. Padł strzał do startu. Pierwszy kilometr na dogrzanie organizmu w tempie 4:19. Następne w granicach 4min prognozujące końcowy wynik na mecie 2:50 Dla mnie, weterana z racji wieku, rewelacja!!! Niecałe 3 lata biegania po wieloletniej przerwie i zapisuję nowe karty księgi pt „Pasja Biegania”. Przypomnę tylko, że w 2001r w maratonie we Wrocławiu uzyskałem swój rekordowy wynik 2:26:58s. No dobrze, wracam do rzeczywistości 😀 i do Warszawy. Do 25 kilometra biegłem w komforcie, lecz z wyczuwalnym bólem biodra. Od 28km zacząłem słabnąć, a ból narastał. Już wiedziałem, że to nie jest zwykły, chwilowy kryzys jaki może przytrafić się na dystansie maratonu, a który wystarczy przetrzymać. To była oznaka braku wytrzymałości biegowej spowodowana ograniczonym treningiem z kontuzją w tle. 12km do mety i myśli w głowie… dasz radę, dobiegniesz, trzymaj jak tylko możesz tempo, nie odpuszczaj. Tempo niestety spadło, ale i tak dało końcowy wynik 2:55:49.

O 2:25 szybciej od najlepszego po powrocie do czegoś co w całej swej niezmiernej istocie, tak jak to czuję całym sobą, a mieni się nazwaniem – PASJĄ. Wynik, który osiągnąłem pozwolił mi zdobyć 149m open, w kat M50-8m, a nader wszystko ogromną radość i dumę z samego siebie. Od startu do mety biegłem po swoje marzenia, do Światełka… 🏃‍♂️🏃‍♂️🏃‍♂️😊 Teraz daję sobie czas na odpoczynek, a przede wszystkim na wyleczenie kontuzji, z nadzieją na jak najszybsze. Do czytających, jak możecie trzymajcie kciuki✊✊ Do biegających, do zobaczenia na trasach – Ryś.