Search Menu

Wszystko pod kontrolą

Jak połączyć pasję biegania z górską turystyką? Nie jestem „ścigaczką” i nigdy nią nie będę. Za to od zawsze kocham góry i nie ma roku bym nie pokonywała kolejnych szlaków turystycznych. Niestety, praca zawodowa ogranicza mnie czasowo. Pewnie jak każdego z NAS. Trudno standardowo zaplanować trening biegowy, szczególnie na weekendy i jeszcze móc wyskoczyć na szlak w górki podelektować się widokami, horyzontem i wolnością w ciszy. Ale jest na to sposób! Od dłuższego czasu mam apetyt na ultra. Jednak do celu jeszcze długa droga i ciężka praca. Mając za sobą kilka półmaratonów górskich, w 2019 roku postawiłam zrobić kolejny krok do przodu. Długo dojrzewałam do tej decyzji aż stało się. Dokładnie 1 sierpnia 2019 r. opłaciłam start na 35 km. Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój, rewelacyjna impreza. Miejsce, do którego w tym roku powróciłam po raz szósty. Była Życiowa Dycha, Runek Run aż w końcu przyszedł czas na VisegRun bieg 7 Dolin z przewyższeniem 1520 -1380 m.

Do Krynicy w przeddzień biegu dotarłam z Trenerem, który osobiście chciał wspierać swoich podopiecznych, biorących udział w innych biegach Festiwalu. Uspokajał mnie tłumacząc, że głowa musi być „wolna”. Ale niestety. Strach narastał.

Sobota rano, autokary pełne biegaczy docierały kolejno na miejsce startu tj. Mniszek nad Popradem. Bez mała 1300 osób. O 11.30 gotowi podjąć wyzwanie z naturą ruszyliśmy. Pierwsze 4 km po szerokiej nowiutkiej drodze asfaltowej. I gdyby nie to, że nagle z za chmur wyjrzało słonko (uff gorąco) dając nam pierwszego „psztyczka”, pomysł z nowym miejscem na start był ok. Obiecałam sobie, że pobiegnę rozsądnie. Równo bez szarpania a na podbiegach delikatnie bez ścigania. Nie wiedziałam co mnie czeka. Ile dam radę przebiec? Czy nogi wytrzymają? Mapka biegu skutecznie zadziałała na moją wyobraźnię i żołądek oczywiście. Ten niestety skurczony jak kamień utrudniał mi zbieganie, po wąskich ścieżkach, kamieniach i w gęstym towarzystwie innych biegaczy. Głębokie wdechy, uzupełnienie magnezu i minerałów przyniosło lekką poprawę. Pozostało pokonać Wierchomlę. Obraz jaki ukazał się moim oczom był jednoznaczny. Będzie ciężko. W tym momencie obejrzałam się za siebie. Cudowne widoki. Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont. A co przede mną, mnóstwo podchodzących szybciej lub wolniej kolorowych ludków i przekonanie, że wszyscy cierpią a ja razem z nimi. Sztywniały nogi a szczególnie stopy. A efekt tego taki, że zbieg był bardzo asekuracyjny. Trzy godziny zapasu w ustalonych limitach spowodował, że czułam się bezpiecznie. I nagle 21 km. Znana mi ścieżka sprzed 2 lat. O dziwo czułam się coraz lepiej. Łyk coli i kęs banana na 23 km dodał mi jeszcze większego powera. Nogi stały się lżejsze. Niewiedzieć kiedy minęłam Runka. Przede mną już tylko jakieś 8 km zbiegu. Mimo to musiałam zachować ostrożność. Zmęczenie dawało o sobie znać. Korzenie, kamienie i znów wąskie ścieżki. Skipy i przeskoki. Aby do przodu. Niestety na 32 km nie obeszło się bez upadku. Niespodziewanie omijając jednego z biegaczy zaczepiłam o korzeń. Upadek spowodował nagły skurcz w lewej łydce. Nie dałabym rady wstać bez pomocy kolegi z trasy. Obejrzałam nogę i stwierdziłam , że nic poważnego się nie stało. Podziękowałam za pomoc i już pełna euforii biegłam w stronę mety. A tam, mnóstw kibiców głośno dopingujących. Ach co to było za wspaniałe uczucie. Dałam radę !!! I od razu pomyślałam – wracamy tu za rok Trenerze 🙂

Pozdrawiam Sylwia 🙂

(Nie)Winny Maraton

Jak każdy biegacz długodystansowy wie, istnieje wiele podstawowych zasad dotyczących przygotowania do maratonu. Czekając na linii startu na mój dwunasty już maraton, zdałam sobie sprawę, że złamałam większość z nich. Moje ogólne zdrowie pozostawiało wiele do życzenia, w ostatnich dniach nie mogłam pozwolić sobie na spokojny sen, i że tak naprawdę nie trenowałam zbyt wiele, a ilość przebiegniętych treningowo kilometrów, to tyle „co kot napłakał”.
Och, na szczęście Marathon du Médoc to impreza biegowa łącząca „wino, sport, zabawę i zdrowie”, która wydaje się aktywnie zachęcać do wszystkiego, co zwykle nie jest zalecane w bieganiu.
Trasa 42,195 km przebiega przez malownicze winnice, a uczestnicy – w obowiązkowym stroju fantazyjnym (w tym roku w temacie Super Heros) – powinni rozkoszować się wieloma szklankami słynnych roczników wina, a także napychać lokalnymi specjałami, takimi jak ostrygi, foie gras, sery, steki i wiele innych. Atmosfera na linii startu jest optymistyczna. Wszyscy się uśmiechają, większość tańczy, niektórzy śpiewają – daleka od ponurego, nerwowego nastroju moich poprzednich maratonów. Jest kolorowo, wokół niesamowita ilość Supermenów, Batmanów, Avengersów i innych Super Bohaterów z różnych krajów. I oczywiście ja, Maryna od Janosika😊

Limit tego biegu to 6 godzin i 30 minut, ale już wcześniej dowiedziałam się, że ci, którzy poważnie podchodzą do Maratonu du Médoc, osiągają właśnie taki czas, aby w pełni wykorzystać oferowane atrakcje i tylko garstka finiszuje w czasie do 4:30. Od pierwszego przystanku w pałacach winnicy (czyli po 2 km od startu) już zaczęli nas karmić lokalnymi specjałami i częstować winem. I tak różnorodne jedzenie i przepyszne wino było dostępne do końca biegu, średnio co dwa kilometry.


Oprócz wina były też lokalne soki owocowe i mnóstwo jedzenia, zaczynając od rogalików i chleba, sera i szynki, ciastek i słodyczy na pieczonym prosiaku kończąc. Po prostu nie można było się oprzeć. Niektórzy biegacze również zostawali w poszczególnych winnicach i leniwie chodzili po ogrodach niektórych zamków, rozkoszując się niesamowitymi widokami (popijając winko, oczywiście). Pod koniec biegu były nawet lody czekoladowe. Na ostatnim kilometrze, zanim dotrzesz do mety, jest stół do przebierania się i poprawienia makijażu, aby upewnić się, że dobrze wyglądasz przed linią końcową maratonu😉. Naprawdę fajna, pełna jedzenia, wina i kolorowych kostiumów impreza. Wyścig śmiechu i radości. Do tej pory nigdy nie czułam się tak przyjemnie zrelaksowana w czasie maratonu, i to nie tylko za sprawą trunków😉 Kiedy w końcu dotarłam do linii mety bardzo się cieszyłam. Kiedy stwierdziłam, że ukończyłam bieg w czasie sześciu godzin, żałowałam, że to już koniec i że mogłam jeszcze trochę zwolnić aby przez te pół godzinki bawić się na trasie. A zabawy było co nie miara, tego nie jestem w stanie opisać, to trzeba po prostu przeżyć!

Pozdrawiam, Ania

Weekend pełen emocji

To był weekend pełen jakże odmiennych nastrojów i sporych emocji. Z euforii popadaliśmy w smutek i na odwrót. Tak to już jest z tym bieganiem, nikt nam nie zagwarantuje, że zawsze będzie kolorowo. Dlatego jak zawsze pełni optymizmu wyruszyliśmy na kolejne starty a miejscowości jakie sobie wybraliśmy to Krynica, Piła, Chodzież i Francuskie Madoc. Krynica, to miejsce gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, z tego też powodu, choć tylko w sześcioosobowym składzie stawiliśmy się właśnie tam. Pierwszą na starcie w piątkowe popołudnie była Teresa Krajewska-Wiśniak, która wystartowała na jedną milę. Dystans, krótki, ale to nie znaczy, że nie da się zmęczyć. Na szczęście na Teresie nie zrobił szczególnego wrażenia bo wygrała zdecydowanie i to w doskonałej formie. W sobotę dwie godziny po północy na dystansie 100km czyli słynnego biegu „Siedmiu Dolin” mieliśmy naszych górali Pawła Czerniaka i Małgosię Moczulską.

Co spotkało Pawła to już wiecie, więc nie będziemy do tego wracać. Gosia, jak to Gosia z charakterystycznym dla siebie uporem i bananem na buzi walczyła do końca i odniosła kolejny wielki sukces. Na mecie wśród krajowej czołówki najlepszych ultrasek zameldowała się na 8 pozycji open, wygrywając jednocześnie swoją kategorię i co ważniejsze zdobywając tytuł Mistrzyni Polski w Mastersach!!

Kiedy ultrasi walczyli w górach, to w samym centrum Krynicy wystartował kolejny bieg. Życiowa dyszka, która zawsze sprawia, że na linii startu mamy znane nazwiska. Nasze barwy reprezentowała jeszcze raz Teresa i spisała się na medal. Medal i to jaki! Dosłownie złoty, bo na tym dystansie również były rozgrywane Mistrzostwa Polski Masters. Teresa pobiegła rewelacyjnie osiągając wynik 38:33. O mały włos, a rozprawiła by się z ze znacznie młodszymi, profesjonalnie biegającymi zawodniczkami. Plan z realizowany w 200% .

O godz. 11:30 po Słowackiej stronie wystartował bieg na 35km. Tutaj wystartowały Jagoda Durkalec i Sylwia Chmielewska.

Obydwie panie debiutowały na takim dystansie, ale z odmiennymi celami. Sylwia miała zmierzyć się z samym dystansem. Natomiast Jagoda oprócz doświadczenia, które najlepiej zdobywać w takim biegu, miała za cel nawiązać walkę z najlepszymi i znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Wszystko szło bardzo dobrze, mniej więcej do 20 km Jagoda znajdowała się na 5 pozycji. Niestety podczas zbiegania pechowo nadepnęła na kamień, w efekcie czego pojawił się ból. Mimo ogromnej chęci walki podobnie jak Paweł musiała wycofać się z walki. Sylwia dotarła na metę bez żadnego uszczerbku, szczęśliwa i z ogromną ochotą na więcej. Obiecała sobie i nam, że jeszcze tam wróci i będzie chciała poprawić swój wynik i to znacznie.

Również w sobotę ale znacznie dalej, bo w Francuskim Madoc w biegu o znacznie innych charakterze, gdzie zamiast izotoników na punktach podają płyny z procentami, pobiegła Ania Haładewicz.

Tutaj nie chodziło a o czas, czy końcowy wynik, a dobrą zabawę.

Będziemy nalegać, aby Ania opisała ten wyjątkowy bieg,  z ciekawości choćby do tych punktów odżywczych 🙂

Kiedy my wracaliśmy z Krynicy w odmiennych nastrojach, to w Pile trwały Mistrzostwa Polski w półmaratonie. Tutaj też zaznaczyliśmy swoją obecność i to całkiem dobrze. Beata Lupa, uzyskała swój drugi wynik na tym dystansie zajmując jednocześnie czwarte miejsce w tych mistrzostwach. Wynik jest bardzo dobry a forma ma dopiero przyjść na docelowy start. Tutaj miał być tylko sprawdzian obecnej dyspozycji i został zdany na szóstkę. Drugą z naszych pań była Patrycja Bosiak, debiutująca na dystansie półmaratonu. Wynik według przewidywań trenera, to czas 1:27. Wyszło znaczniej lepiej, bo 1:25:20 i wygrana w kat. Policjantek.

Ostatnim, który nas reprezentował tego dnia, był Robert Tylicki. Robert pobiegł w Chodzieży na dystansie 10km i uzyskał czas 39:03 zajmując 25 lokatę open i 5 w kat.

Brawa dla wszystkich!!