Search Menu

100km do marzeń

Gdy w głowie zaczyna się coś tlić, pojawia się myśl a potem stawiam sobie cel. Tak jest ze wszystkim, tak chciałam kiedyś przebiec maraton, potem wystartować w maratonie górskim, ultramaratonie aż wreszcie dokonać czegoś dla mnie niezwykłego, ukończyć bieg na dystansie 100 km. Bo 100 km to już poważne bieganie więc musiałam być przygotowana nie tylko fizycznie ale mentalnie. W 2017 odpuściliśmy mimo, że jak się później okazało byłam na to już wtedy gotowa. Marzenia się spełnia. Zawsze to powtarzam- sobie i innym. I od początku sezonu właśnie z tą myślą układaliśmy z Darkiem mój plan treningowy i startowy. To wyzwanie nie tylko dla mnie ale także albo i przede wszystkim dla Trenera, bo ułożyć wszystko, by zagrało nie jest łatwo. To miał być inny sezon. Praktycznie wszystko ustawione pod ten jeden start docelowy w sezonie. Po drodze pojawiły się wątpliwości, jednak na 5 dni przed startem ostatecznie zdecydowaliśmy, że ryzykujemy. Bo jak nie teraz to kiedy??
Ustaliliśmy taktykę, zadbaliśmy o szczegóły. Pozostało o 3 nad ranem ustawić się wśród najlepszych biegaczy górskich w kraju na linii startu i ruszyć na trasę. Wiedziałam, że muszę zacząć spokojnie. W głowie podzieliłam sobie dystans 100km na odcinki i z taką myślą biegłam. Noc, cisza zupełna a jedyny dźwięk dochodzący moich uszu to ciężki oddech biegaczy i stukot kijków. Światła czołówek, piękne bezchmurne niebo i tysiące gwiazd a pod nogami mnóstwo kamieni, korzeni i błota.To była piękna chwila.
Kilometry mijały mi bardzo szybko, pierwszy fragment trasy do Rytra, który przebiegłam jedynie raz podczas rekonesansu wydawał mi się… jakiś inny niż rok temu. Nie pamiętałam praktycznie nic, jedynie przypomniał mi się fragment z moich notatek „kamienisty zbieg” i faktycznie na trasie tak było. Tak naprawdę pierwszego odcinka jakoś nie zarejestrowałam i po prostu nie chciałam się na nim skupiać, musiał minąć a moim celem było dotrzeć do Rytra i ruszyć na trasę, którą znałam bardzo dobrze.Na punkcie odżywczym odbiłam tylko chipa, od Grzesia i Darka, którzy w tym dniu byli moim supportem wzięłam tylko kolejne bidony i ruszyłam przed siebie. Na „swojej” trasie czułam się już dobrze. Wiedziałam czego się spodziewać. Dopiero od tego momentu miała zacząć się prawdziwa zabawa. I nawet ta Przehyba jakaś straszna nie była, jakby z roku na rok coraz łagodniejsza? To tutaj zbliżyłam się a w końcu i wyprzedziłam Kasię Winiarską, która uciekła mi na kilka minut. Starałam się kontrolować bieg i przewagę jaką powolutku wyrabiałam. Początkowo błędnie myśleliśmy, że przede mną są tylko 3 dziewczyny i jakie było moje zdziwienie gdy na podejściu na Eliaszówke, wyprzedziłam kolejną dziewczynę i po krótkiej wymianie zdań okazało się, że ona także biegnie 100km. Pomyślałam sobie wtedy, że „mam jednak dwie na ogonie”. I to jakby mnie spięło, bo zupełnie się tego nie spodziewałam. W głowie milion myśli. I chyba nawet pojawił się strach. Starałam się wtedy zająć głowę zupełnie czymś innym- śpiewałam- w myślach oczywiście, bo tylko to wtedy chyba mi pomagało. Do kolejnego punktu w Piwnicznej dobiegłam jeszcze w dobrej dyspozycji. Od chłopaków dowiedziałam się jaką mam stratę do liderek i jaką przewagę nad goniącymi mnie dziewczynami. Szybka wymiana pustych bidonów i w drogę. Ostatni 34-kilometrowy fragment trasy w zeszłym roku należał do mnie. To tutaj włączyłam wtedy 6 bieg i zawalczyłam. Teraz tez nie mogło być inaczej. Chciałam, bardzo chciałam „dowieźć” to 3 miejsce do mety. Podejścia musiały należeć do mnie. Krok po kroku wdrapywałam się coraz wyżej. Chyba tak naprawdę poważniejszy kryzys pojawił się, gdy poczułam, że zaczynaja łapać mnie skurcze w lewym udzie. Przed podejściem na Wierchomlę czekał na mnie Support. „To Twoja góra” to zapamiętam chyba do końca życia i zawsze myśląc o Wierchomli będę słyszała te słowa, które Darek wypowiedział mi jeszcze przed początkiem tego podejścia. Miał rację. W zeszłym roku byłam tutaj najszybsza, tutaj zawalczyłam i tym razem musiałam zrobić to samo. Wdrapując się po stoku powtarzałam te słowa jak mantrę. Nie chciałam się odwracać za siebie, patrzyłam jedynie przed siebie i zaciskając zęby szłam. Skurcze spinające mi „czwórki”, pot zalewający mi oczy wszystko już bolało a ja czułam w środku radość, że robię to ponownie, że walczę, że udowadniam sobie po raz kolejny, że mogę i potrafię a że wszystko jest w głowie a bieganie ultra to bieganie sercem. A ja to po prostu kocham! Cierpiałam bardzo, szczególnie na zbiegu. Tutaj nie miałam możliwości zbiegać tak jakbym chciała. Kołki a nie nogi, ból. Czy naprawdę to można kochać? To uczucie zupełnej bezradności? Od Szczawnika trasa już była mniej wymagająca ale zmęczenie powodowało, że kolejne kilometry wcale do łatwych i przyjemnych nie należały.
 „Myśl pozytywnie…” ta piosenka towarzyszyła mi chyba przez większość trasy. Zajmowałam głowę wszystkim, byle nie patrzeć na zegarek i nie wiedzieć ile jeszcze mi zostało. Co jakiś czas słyszałam tylko od Darka, który był w ciągłym kontakcie z innymi jak wyglądają starty czasowe. Usłyszałam 16 minut a do końca było jakieś 12 km, wtedy zaczęła się już „skomplikowana” matematyka- czy one dadzą radę biec na każdym km na tyle szybko by te stratę odrobić? Czy mają na tyle siły? Patrzyłam na tempo biegu i wiedziałam, że szału to nie ma i liczyłam jak szybko musiałyby biec dziewczyny, żeby wydrzeć mi te 3 miejsce. W głowie powtarzałam sobie słowa „one też mają w nogach już ponad 80km, są tak samo zmęczone albo i bardziej… muszę cierpieć, żeby później się cieszyć” Motywowałam się do biegu, choć nogi nie chciały już tak słuchać. Kroczek za kroczkiem przesuwałam się do przodu. W głowie istne szaleństwo- strach i radość, ból przeplatający się ze wzruszeniem. Łzy, które ukrywałam. Już nawet Trenerowi się oberwało, musiał już zamilknąć… miałam ja wyrzuty sumienia, miałam. Ale tyle emocji, że człowiek nie jestem w stanie zapanować nad wszystkim. Gdy wreszcie minęliśmy tabliczkę z napisem „5km” poczułam ulgę. Przede mną był ostatni fragment, ostatnie kilometry dzielące mnie od spełnienia marzenia. To musiało się udać! To był mój dzień. Tym razem na zbiegu nie byłam w stanie już przyspieszyć, musiałam się porządnie skoncentrować, by nie zaliczyć żadnej wywrotki i dotrwać do mety. Gdy wbiegłam już na deptak byłam przeszczęśliwa. Moi klubowi przyjaciele stali wzdłuż trasy i głośno mi kibicowali. Mogłam się wtedy cieszyć, przybić z nimi piątkę i widząc ich poczułam ogromna radość, bo z takimi ludźmi można wszystko!
Przed samą metą uścisnęłam jeszcze Trenera, podziękowałam i wbiegłam na metę jako 3 kobieta na dystansie 100 km!!
A na mecie „moje bębny”, piosenka życia ze specjalna dedykacją… tutaj łzy już się polały! Bo emocje sięgnęły zenitu. Tylu wspaniałych ludzi kibicujących mi przez cały bieg, przyjaciół którzy szczerze gratulują, cieszą się z mojego sukcesu i zawsze wierzący we mnie Trener.
Miałam wszystko! Nagle jakby zmęczenie minęło, jakby człowiek zapomniał, że zrywał się w środku nocy i spędził na trasie ponad 11 godzin, jakby nic się wielkiego ani ważnego nie wydarzyło. To koniec. Meta. Cel osiągnięty. Dopiero uściski bliskich, ich łzy w oczach i jednocześnie ogromna radość sprawiła, że zrozumiałam czego właśnie dokonałam. Spełniłam swoje marzenie. Stając na mecie nie wiedziałam nawet co myśleć, co czuć. Aż dziwnie. Co dalej? Gdzie tym razem? Bo, że to powtórzę-to wiem na pewno.
Góry się kocha bezinteresownie.
Bieganie się kocha na zabój.
Marzenia się spełnia, tylko trzeba znaleźć w sobie odwagę.
Dziękuje…