Search Menu

300% normy w Mediolanie

W sumie maratonu w planach nie było, a na pewno już nie było ulicznego maratonu. I jak to najczęściej bywa- spontaniczne decyzje są najlepsze! Gdy po udanym półmaratonie przez myśl przeszło mi by wystartować w maratonie, wtedy nie miałam wątpliwości, że to dobry pomysł. Pytanie było tylko gdzie i kiedy? Był początek marca, także na przygotowanie nie było już dużo czasu. Dzięki zaproszeniu zostałam ambasadorem RunLife i mogłam wystartować w maratonie w Mediolanie. Zapadała decyzja, potwierdziłam swój przyjazd i pozostało tylko trenować. Pozostało 5 tygodni. Wydawało się mimo wszystko, że to dobry pomysł. Z czasem wyszło inaczej. Bo wkradł się jakiś niepokój. Jeden gorszy trening jeszcze nie zapowiadał tragedii ale warunki zimowe, które nie ułatwiały sprawy, budziły obawy. Kolejny zupełnie nieudany, przerwany trening, ogólny spadek mocy a właściwie zupełna niemoc… Wtedy wydawało się, że chyba to była zbyt pochopna decyzja. Bo w 5 tygodni trudno przygotować się porządnie do maratonu. Po drodze kontrolny start na 10km przed którym było więcej obaw niż przed jakimkolwiek innym biegiem. Jakoś poszło. Więc nie było już odwrotu. W końcu nie na co dzień biega się na zaproszenie 🙂 Trener powtarzał, że dobry sezon to taki, w którym pada choć jeden rekord życiowy. Ja już wtedy wyrobiłam 200% normy 😉 Maraton w Mediolanie reklamowany jest jako najszybszy we Włoszech. Trasa faktycznie na profilu wydawała się płaska więc tym bardziej kusiło by pobiec tam mocno i poprawić rekord życiowy sprzed roku. Po przylocie nie było czasu na zwiedzanie. Odebrałam tylko numer startowy, spotkałam się z przedstawicielami RunLife i czekałam na godzinę zero.

Przydzielono mi sektor pierwszy, choć wiadomo, że do elity to mi baaaardzo daleko 😉 Stanęłam więc grzecznie w tyłu, co by nikomu nie blokować drogi. W końcu to sektor dla ścigaczy. Ruszyliśmy i nagle okazuje się, że ciasno, tłoczno i przed nami dość spory podbieg, czyli z taktyki na bieg nici??? Myśle sobie „czy to niby jest ta płaska trasa?” Z każdym kilometrem jest lepiej, stawka biegaczy się rozciąga, trasa już bardziej płaska i szersza. Kolejne kilometry mijają nie wiadomo kiedy, tylko oznaczenia jakieś niedokładnie więc już od początku musiałam być czujna bo wychodziły duże rozbieżności. Pogoda dla wszystkich taka sama- czyli słońce, ciepło i wiatr w roli głównej. Wiatr wiejący w twarz, wiatr wiejący z boku, wiatr wiejący na każdym odcinku trasy i zamiast pomagać, utrudniał. I wtedy pomyślałam sobie „miałeś dmuchać, ale w plecy, nie w twarz…” 10 kilometr minął, 21 kilometr też a ja wciąż biegnę i czuje się dobrze. Jak na złość zawsze jestem w dziurze, schować się nie ma za kim, co by za lekko mi nie było. Wiatr już mnie rozzłościł na dobre… Na 26-27km czuję pierwsze zmęczenie ale w końcu maraton musi boleć. Biegnę i powtarzam sobie „przecież to kochasz!!  Sama chciałaś to teraz masz, cierp” 😉 Kilometry mijają, tempo już nieco spada ale walczę i wiem, że nadal mam spory zapas czasu. Gdy mijam 32km wiem, że już praktycznie koniec, zostało tak niewiele a ja mięśniowo czuję się w miarę dobrze. Energetycznie też jest dobrze, tylko ten wiatr… czy on nie mógł mieć dla nas choć odrobinę litości?? Ostatnie 2km to jakiś żart- kto wymyślił te podbiegi na sam koniec????  I nawet ja- górska kozica mam dość 😉 Na ostatnich metrach finiszuje na tyle, na ile pozwalają mi jeszcze siły i wpadam na metę z uśmiechem i grymasem bólu. Patrzę na czas i mówię do siebie „dobra robota kobietko” -3:07:25

361 miejsce OPEN, 18 miejsce wśród kobiet, 10 miejsce w swojej kategorii wiekowej i 1 wśród ambasadorów.

Wracam z tarczą i normą wyrobioną w 300%

Teraz czas na góry, bo stęskniłam się ogromnie.

Tylko śnieg ktoś mógłby już z gór uprzątnąć 😉