Search Menu

38km radości z życia.

12 marca 2020

Nie mogę zasnąć, księżyc świeci pełnią blasku. Może krótki spacer pozwoli mi się wyciszyć, więc zakładam kurtkę i wychodzę. Jest nawet ciepło, a resztki śniegu w górach odbijają światło księżyca. Chyba chciałabym teraz tam być na górze. Patrzę na zegarek 02:14 hmmm? To chwila, gdzie serce mówi zrób to. Szybka zmiana obuwia, rzeczy i ruszam. Cisza, spokój powoduje, że głowa zaczyna znajdować się w innym stanie. W stanie jakiego dawno nie było, a teraz tak bardzo tego potrzebuję. Marsz zamienia się w lekki trucht. Księżyc tak mocno świeci, że każdy kamień wydaje się podświetlony. Równe tempo powoduje, że nie czuję żadnego zmęczenia wręcz odwrotnie, kolejne pokonane metry sprawiają ogromną radość i przypływ energii. Jestem coraz wyżej, i im wyżej tym coraz lepiej zwłaszcza dla głowy. Teraz wszystko wygląda inaczej, wszystko śpi, a to co tutaj jest, to tylko dla mnie, jakby moje. Mogę być z tym wszystkim sama i gdzie chcę. Teraz to mój czas. Na zegarku nieco ponad 11km, a ja nie czuję w ogóle abym się zmęczyła. Jestem na szczycie, a tutaj tak ciepło. Czuć zbliżającą się wiosnę. Zatrzymuję się na chwilę w miejscu z którego rozpościera się niesamowity widok. Patrzę w dal zawieszonym wzrokiem przez głowę przelatują myśli. Tysiące myśli, nad którymi chyba nie chcę się zastanawiać. Jakbym chciała to wszystko zresetować, usunąć. Chcę czuć wolność i radość. Biec przed siebie i dla siebie. Nie szukając zrozumienia u innych. Dziś chcę inaczej, dziś chcę zamknąć coś co ostatnio powodowało, że każda minuta życia była ciężarem. Ruszam dalej obierając kolejny cel, a rześkie i czyste powietrze dosłownie czuję na swojej twarzy. Tak jakbym mogła je pierwszy raz w życiu dotknąć. Pod nogami miejscami śnieg, niewielkie płaty resztki pozostałości po zimie, a ja mknę dalej i dalej. Kilometry uciekają tak szybko, że nie zauważyłam kiedy mijam 20 kilometr. Nadal nie czuję zmęczenia i nadal chce mi się więcej. Zbieg w dół nabierając prędkości, łatwa droga szutrowa powoduję że osiągam prędkości niczym zawodowa biegaczka, aż sama z tego powodu uśmiecham się pod nosem. Teraz to dałam popalić, a tu za chwilę czeka mnie podbieg. Mówię sobie tam na górze będzie moja wygrana i pokonam siebie. Zaczynam podbieg, początek jeszcze o.k, ale zaczynam odczuwać już nogi. Czuję jak zaczynają pękać. Czuję każde uderzenie serca i łapię każdy oddech. Jednak sprawia mi to ogromną radość. Zaciskam zęby jeszcze z 10 min i będę na górze. Tempo mocno spada, ale nie poddaję się cały czas biegnę. Widzę już cel, a to mnie motywuje. Daje mi to takiej mocy jakbym dopiero zaczeła swój wyścig. Wyobraźnia daje o sobie znać i zamieniam swój bieg w swoje igrzyska. Igrzyska w których chcę pokonać siebie i tylko siebie. Nogi dosłownie zalewa niemoc już mają dosyć i odmawiają posłuszeństwa. Jeszcze 100, 70, 30 metrów i jestem. Pojawia się krzyk wyrzucenia wszystkich emocji. Potrzebowałam tego tak bardzo, tak bardzo chciałam poczuć to wszystko od nowa. Potężne zmęczenie przeplatało się na przemian z uśmiechem spowodowanym choćby ocieraniem się o gałęzie drzew. Poczułam ulgę od dziś będzie inaczej, od dziś jestem wygrana. Będę patrzyła na wszystko inaczej, bo czas w jakim jesteśmy jest czasem walki o wszystko, czasem zrozumienia którego nie ma. Wracam inna, wracam silniejsza! Wygrałam swój bieg. Bieg w którym skasowałam całe zło, które mnie ostatnio spotkało. Oglądam się za siebie ostatni raz, teraz z uśmiechem. Na zegarku jedyne 38km. 38km radości z życia.