Search Menu

Obóz w Filzmoos, czyli jeszcze wspominamy.

29 lipca 2020

Minęło kilka dni po naszym obozie i czas wrócić do rzeczywistości. Niestety nie jest to takie łatwe, kiedy przeżyło się niesamowite chwile z grupą biegowych świrów. Zacznijmy jednak od początku, kiedy zimą zaplanowaliśmy nasze letnie obozy. Wybór padł na Szwajcarskie Sankt Moritz i Włoskie Molveno. Niestety pojawił się Covid-19 i plany zostały storpedowane. Starty odwołane i wszystko się posypało. Wielu straciło motywację, bo co tutaj robić? Trener powtarzał, aby nie odpuszczać i rezygnować. Łatwo się mówi, gorzej z realizacją. Jednak, rzeczywiście jakoś nie odpuściliśmy i treningi były w miarę systematyczne. Pod koniec czerwca pojawiło się światełko, że może uda zrobić się obóz w Słowenii, ale kwarantanna po raz drugi pokrzyżowała nasze plany. Trener jednak, nie dał za wygraną i znalazł dla nas miejsce w Austriackich Alpach. Tak więc mała miejscowość Filzmoos stała się naszym miejscem, gdzie w grupie 26-osób mieliśmy spędzić wspólnie czas. Alpy przywitały nas praktycznie zerową widocznością. Rozruch na szczęście bez deszczu, ale gdzie te góry? Jak ktoś z nami jeździ, to wie, że jeden dzień w pakiecie zawsze ma być gorszy 😉 Tym razem właśnie miał być ten pierwszy, no o.k zobaczymy jak będzie? Kolejny poranek nie wyglądał optymistycznie, ale magiczny nr w tel. był już w użyciu i z każdą godziną miało być już coraz lepiej. Hmmm jakby to powiedzieć – sprawdziło się w 100% i naszym oczom góry zaczęły ukazywać swoje niezwykłe piękno.

Na następny dzień trener zapowiedział, że idziemy na wycieczkę w góry. Nareszcie coś dla górali, choć pozostali też na to czekali 🙂 Śniadanie wyglądało, tak, że wszyscy zerkali już tylko w jedną stronę, bo taki widok mieliśmy z naszego hotelu – to cel naszej wycieczki.

Wygląda nieziemsko, ale niech nastąpi ta godzina zero. Wspólna fotka, podział na grupy i ruszamy.

Ścigacze polecieli jak szaleni, a pozostali ruszyli w ślad za nimi. Mamy zdobyć kilka przełęczy, trzy doliny i jakieś schroniska. Pogoda wymarzona, więc nic jak tylko korzystać i napawać się tym niezwykłym miejscem. Kilometry mijały zdecydowanie za szybko, bo chciałoby się być tam o wiele dłużej, ale niestety nie da się mieć wszystkiego na raz.

Wieczorem wymiana zdjęć i omawianie gdzie kto był 🙂 Nogi troszkę dostały popalić, dlatego na czwarty dzień nie było mowy obieganiu po górach. Pojechaliśmy do Ramsau miejscowości słynącej z tras biathlonowych. Mimo, że biegaliśmy na wysokości ponad 1000m n.p.m. to było bardzo gorąco. Trochę brakło miejsca na planowane bieganie po płaskim i trzeba było pokręcić się na pętli, ale tak czasami bywa w nowych miejscach.

Trening zrobiony i co dalej? Te miejsce słynie nie tylko ze znanej bazy narciarskiej, ale też z niesamowitego miejsca jakim jest „Skywalk Daschstein” Część z nas, postanowiła więc skorzystać i zobaczyć podniebną ścieżkę i inne atrakcje. Wjazd gondolą, przejście wiszącym mostem, szklany podest zawieszony nad przepaścią, lodowa stacja i sam lodowiec zrobiły na nas duże wrażenie i dostarczyły sporo adrenaliny.

Nóżki po tym długo były miękkie, ale było warto 🙂 Piąty dzień to zdecydowanie czas na regenerację. Miało być i było spokojne rozbieganie z lekkimi podbiegami, a po wszystkim basen i sauna. Krótko mówiąc tego dnia się obijaliśmy i zbieraliśmy siły na kolejną biegową wycieczkę, którą trener zaplanował już przed samym wyjazdem. Miał być mocny trening, ale też coś jeszcze. Podobno niezwykłe miejsce? Tutaj jest tak kosmicznie, więc co może nas jeszcze zaskoczyć? Mieliśmy przekonać się następnego dnia. W nocy przechodziły potężne burze, a poranek przywitał nas ulewą. Z dzisiejszej wycieczki chyba nici, tym bardziej, że wszystkie prognozy pokazują deszcz, dużo, bardzo dużo deszczu 🙁 Troszkę zniesmaczeni i zdołowani wsiedliśmy do aut i ruszyliśmy do Hallstatt. Całą drogę padało, a miejsce naszej wycieczki tonęło w ciężkich ciemnych chmurach.

Dziś się to nie uda. I wiecie co, ten magiczny tel. naprawdę jest i działa bo…… Bo gdy tylko zaparkowaliśmy auta, to nagle pojawił się przebłysk słońca. Nie to niemożliwe! Prognozy nadal pokazują, że będzie lało!!! Trener pokazuje na tel. i palcem wskazuje górę, na którą podobno mamy wbiec, wejść czy jak kto woli. Po pierwsze na razie to myślimy jak to możliwe, że nie pada, a po drugie, tam na górę???? Przecież to ściana.  Jedyna droga to raczej kolej gondolowa, ale trener uparcie atakujemy tę górę. Wzrokiem patrzyliśmy na siebie i szczyt, który miały okazać się naszym celem. Ela toczy walkę z własnymi myślami. Zostać na dole pobiegać po ścieżce przy wodzie, czy może iść w nieznane? Wygrywa ciekawość i w ten sposób ruszamy ku nowej przygodzie. Pierwsze dwa kilometry niczego złego nie zapowiadają, a pogoda z minuty na minutę coraz lepsza. Tradycyjnie mocniejsi ruszyli mocno i za chwilę nie było po nich śladu. Docieramy pod wyciąg, gdzie trasa zaczyna zamieniać się w coraz bardziej strome podejście. Wszystko paruje i robi się jak w saunie. Leje się z nas, ale nie z powodu deszczu, tylko z tropików jakie w jednej chwili się zrobiły. Czas biegnie, jednak metrów nie ubywa. Dwa kroki do przodu, jeden w tył i tak mozolnie wspinamy się w górę. Co zakręt to piękniejsze widoki, a chmury po prostu znikły. Słońce pali i to mocno. Jest jak w piekarniku. W połowie pierwsze myśli może zawrócić? Gabi zdecydowanie ja wracam, ale nie ma to jak za zakrętem czai się treneiro. Zero szans na powrót, wszedł na psychę no i zadziałało 😉 Mus to mus i dalej ku górze. Sylwia i Kaśka coś tam pod nosem jeszcze próbują ustalić, ale on twierdzi, że już blisko. Ta blisko……  dwie godziny w trasie, a szczyt jak był daleko, tak jest.

Może do nocy tam będziemy. Jest tel. od starszego z Łukaszów, my już na górze Tzn. Krzysiek, Paweł i właśnie dwa Łukasze. Jak na górze? Tak, a Krzysiek praktycznie wbiegł ! wow wow. No mają chłopaki moc! Półgodziny później Marta i Jagoda też na górze, choć Jagoda mówi, że lepiej aby trenera nie spotkała 😉 No cóż taki los, i co jakiś czas, co chwilę ktoś melduję się, że jest już na górze. Jedni jeszcze dokręcają, bo jest marsjańska półka inni w schronisku na wymarzonej coca coli, a jeszcze inni w miejscu do którego mieliśmy dotrzeć, czyli Five Fingers. No właśnie Five Fingers to platforma widokowa zawieszona na szycie góry, a pod nią kilkaset metrów w dół!!! Od samego patrzenia przechodziły dreszcze, ale foty trzeba było zrobić. Widok obłędny, i mimo, że każdy wymyślał pozycje jakie się tylko da, jakie się tylko da, to żadne zdjęcie nie odda tego co tam mogliśmy przeżyć. Po prostu było bajkowo.

Ostatnia dociera Dorota, i mówi, że teraz to już nic ją nie zaskoczy. Przeżyła to, to co może być gorszego. Na górze mamy chwilę dla siebie i nasuwają się pierwsze refleksje. Ela, góralką nie jestem. Każdy wypad traktuję z ogromną pokorą. Jednak jest w nich magia, przestrzeń, powietrze, im bardziej w górę tym poziom satysfakcji wzrasta, rośnie też poczucie własnej wartości i ta wszechobecna wolność, jakkolwiek ją rozumieć. Wolna głowa to szczęśliwa głowa. Lepszych słów nie trzeba, bo te mówią wszystko. Patrzeć tylko przed siebie, a nie w tył i po tych słowach część wróciła na dół wyciągiem, a część postanowiła zbiec. Czy to był dobry wybór, to odpowiemy tak. Lepiej było już wchodzić 😉 Niestety nadszedł czas powrotu do hotelu, ale to co zabraliśmy nikt nam nie zabierze. To coś, co zostanie w nas na zawsze. To był wyjątkowy dzień, a najlepsze jest to, że gdy już jedliśmy kolację zaczęło padać. Nawet teraz po kilku dniach myślimy, to niemożliwe, ale tak było. Dobrze, że są zdjęcia, bo nikt by nie uwierzył i w statystykach, przebiliśmy Azjatów robiących zdjęcia.

Dzień siódmy – zmęczenie już dawało o sobie znać i większość pobiegało na spokojnie, ale kilka osób z trenerem wybrało się na stadion, aby pobiegać troszkę mocniej. Wiadomo im zawsze mało. Więc były szybsze odcinki w niebywałej scenerii otaczających potężnych gór.

Burze ponownie przechodziły gdzieś bokiem i już nawet nikt na to nie zwracał uwagi. Wieczorem kolejne wspólne spotkanie. Były praktycznie codziennie, ale tym razem już ostatnie podsumowujące obóz. Rano jeszcze krótki trening, śniadanie i w drogę do domu, a jako, że niektórym się nie spieszyło, to jeszcze zahaczyli o kolejne miejsce.

Podobno niezła miejscówka na wypad, ale nie zdradzamy gdzie, możemy kolejny obóz właśnie tam 😉 I teraz kiedy już jesteśmy we własnych domach, to uświadamiamy sobie, co udało nam się zrobić, dokonać razem. Tym bardziej w tym ciężkim czasie. Dla nas to nie bywała historia, która zespoliła nas jeszcze mocniej. Ponownie wygrała pasja i coś jeszcze………….. C.D.N

 Pozdrawiamy KRT

P.S W tym miejscu chcielibyśmy podziękować panu Darkowi Mazurkiewiczowi, za pomoc w realizacji obozu Pawła Czerniaka w przygotowaniu do jesiennych startów. Zdjęcia i przygoda, to jedno, a ciężki trening to dwa. To była mocna praca treningowa.