Search Menu

Bez wątpliwości

Być albo nie być ?, w górach czy na asfalcie ? w błocie i w deszczu czy w ciepłym łóżku i pidżamie?
Zawsze jest jakaś alternatywa. Tylko wybór trudny, szczególnie dla kogoś kto w swojej kategorii wiekowej zamyka jej przedział.  Opinię o Półmaratonie Górskim w Jedlinie Zdróju wysłuchałam od moich biegowych przyjaciół z pokorą. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Przygotowania trwały od zimy. I pomimo zapalenia krtani, które chciało mnie odwieść od celu, postanowiłam, że pobiegnę na ile dam radę. Jak bardzo trzeba kochać góry i bieganie, żeby wytrwać przy swojej decyzji pomimo zimna i deszczu, wie tylko ten co lubi hardkor. Oczywistym faktem było, stając na starcie w temperaturze 3+C i niekończących się opadzie, że na trasie będzie trudniej niż zwykle. Nawet organizator uznał nas za Mocarzy. Byłam z sibie dumna. Ze statystyk wynikało, że na starcie stanie ponad 800 osób w większości panowie. Nadeszła chwila prawdy. Pełna obaw ale i szczęścia, zwarta i gotowa wystartowałam. Pierwsze 4 kilometry spokojne, małe hopki, dróżka jeszcze w mieście. Oszczędzałam siły. Od 5 km było już tylko pod górę, mocno pod górę. Ślisko, mokro. Wdrapać się na szczyt wąską ścieżyną, po której dreptało już wielu innych biegaczy .. obeszło się bez kolan, chociaż bez pomocy okolicznych drzewek pewnie by się nie udało … Zbiegi były nagrodą. I nie ważne, że nogi wpadały po kostki w gęste błoto. W tym wszystkim była jakaś filozofia, dzika euforia i byle uważnie, bo pod tym błotem i ogromną ilością liści czaiły się zdradliwe korzenie. Oby nie zaliczyć upadku, bo ten mógłby okazać się końcem mojego biegu, a przecież sport to zdrowie. I tak zwiedzając sobie okoliczne górki, napotkawszy rycerzy na zamku, głośno dopingujących nam biegaczom, dotarłam do słynnego nieczynnego tunelu kolejowego. Totalna ciemność. Ale miałam na to sposób. W plecaczku oczekiwała czołówka, która znakomicie zdała egzamin. Przestawało padać i do mety było coraz bliżej. Czułam jednak zmęczenie.

Lekkie skurcze dawały o sobie znać. Nogi stawały się coraz bardziej sztywne i ciężkie. Na szczęście obeszło się bez upadków. Ostatni zbieg i niespodzianka. Schody, schody, schody. Dla długonogich pewnie bezproblemowe. Dla mnie niekoniecznie. Wymagały maksymalnego skupienia, szczególnie że zmęczenie wzrastało. Ktoś krzyknął, że do mety pozostał już tylko 1 km. W końcu upragniona równa nawierzchnia i „gaz” do mety. Dałam radę .. Ogromna satysfakcja bo pomimo warunków pogodowych i przeziębienia wybiegałam 38 miejsce w kat. na 90 zgłoszonych kobiet. Rekonesans trasy zrobiony. Przyda się na kolejnych star …bo jeszcze tam wrócę. Kto chętny ze mną pobiec ??

Pozdrawiam Sylwia 🙂