Search Menu

Bieganie jak góry + Grań przygoda życia

Kiedy zasypiałem w sobotę wieczorem już czułem energię jaką dają mi Jakuszyce za każdym razem kiedy się tam pojawiam. Jednak kiedy otworzyłem oczy nad ranem poczułem, że czuje się fatalnie i nie tylko z wyjazdu do Jakuszyc nici ale, że kroi się coś grubszego. Wirus i wysoka gorączka wyłączyły mnie z biegania na kilka dni. Podcięło mi to skrzydła totalnie, łapałem już regularność po pierwszym półroczu tego roku, w którym bieganie musiało ustąpić ważniejszym sprawom osobistym, zbliżał się też obóz biegowy KRT we włoskich Dolomitach. Dzień przed wyjazdem wybrałem się na rozruch po kilku dniach przerwy. Okazało się, że organizm odczuł trudy choroby bardziej niż przypuszczałem, po kilku kilometrach truchtu przeszedłem do chodu i spacerem wróciłem do domu, czując się co najmniej jakbym schodził na 39km maratonu – styrany i podłamany. W głowie krążyła myśl, by zrezygnować z obozu, bo z taką dyspozycją nie ma sensu tam jechać. Pomimo wszystko następnego dnia byłem już w Canazzei we włoskich Dolomitach wraz z ekipą największych wariatów biegowych jakich znam oraz najlepszym trenerem w tej galaktyce, aby rozpocząć kolejny obóz biegowy. Pierwszego dnia rozruch poszedł całkiem znośnie pomimo moich ogromnych obaw podyktowanych stanem mojego organizmu. Następnego dnia naładowany maksymalnie pozytywną energią grupy oraz sercem przepełnionym niesamowitymi widokami ruszyłem na pierwszy trening. Spokojne rozbieganie i rytmy wokoło Lago di Fedaia na wysokości 2057m.n.p.m pokazały mi, że może jednak nie jest ze mną tak źle jak mi się wydawało i organizm dobrze zareagował na zmianę wysokości.

Dnia trzeciego wyruszyliśmy na wycieczkę biegową w Vall di Fasa przebiegającą pomiędzy Passo di Fedaia a Passo Pordoi, trasa nie była przypadkowa. Polecił nam ją wcześniej na wspólnej kawie Bartek Przedwojewski, który zrobił ją kilka dni wcześniej i bardzo mu przypadła . Trasa okazała się niesamowita i mogę śmiało powiedzieć, że była to najpiękniejsza wycieczka biegowa mojego życia. Nie wiem czy są słowa, które potrafią opisać to co mijaliśmy po drodze. Wydaje mi się, że nie. Dlatego pozostawiam Wam kilka zdjęć. 25km, 5g30minut w ruchu i 1770m w górę dało się odczuć w nogach. Jednak widoki tak nakręcały, że trasa minęła jak szybka piątka.

Następnego dnia byłem bardzo ciekawy swoich nóg na kolejnym treningu, albowiem kilka dni temu moja dyspozycja była tak wątpliwa jak jakość żywności z dyskontu. Jednak gdy ponownie pojawiłem się nad zaporą tworzącą sztuczne jezioro Fedaia okazało się, że w nogach nie czuć w ogóle zmęczenia i kręcą się jak szalone. Na koniec mocno zrobione rytmy, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, przekonały mnie, że może jednak wyniosę coś z tego obozu. Dzień następny zaowocował mocnym bieganiem na stadionie, bieg ciągły, do którego podchodziłem z rezerwą, musiałem robić na zaciągniętym hamulcu, aby trzymać się tempa założonego przez trenera. Kończę ciągły sam nie wiem kiedy i okazuje się, że siadło jak kawa na śniadanie.

Obóz zakończyłem pełen euforii i zdziwienia z myślą, że z bieganiem jak z górami raz jesteśmy w dolinie, by po chwili znaleźć się z powrotem na szczycie. Jednak, aby zdobywać kolejny szczyt, najpierw trzeba zejść z poprzedniego. Trzeba zaufać sobie, a wszystko będzie dobrze. Czasami nasze bieganie znajdzie się w dolinie, ale spokój i czas szybko są wstanie wznieś nas na kolejny szczyt.  Never Stop Exploring – to napis, który widnieje na mojej torbie podróżnej, tego się trzymam i dalej realizuje marzenia.

Pozdrawiam Adam 🙂

……………………………………………………………………………….

Obóz w Canzei,  Zaczął się jak zwykle od śniadania. Następnie przygotowania do wycieczki, którą dzień wcześniej zaplanowaliśmy, zdobycie pięknej „łąki” czytaj: szczytu góry😜wypatrzonej przez Ulę. Tak wiec zostawiając auto na parkingu udaliśmy się na szlak, Andrzej, Ula, Ania i ja. No i się zaczęło… od samego początku było ostro w górę, 2 km wspinaczki zajęło nam prawie godzinę. Nie było łatwo ooo nie. W końcu udało się dotrzeć do schroniska, a stamtąd jedyna droga… dalej w górę😜😂Po lekkiej konsumpcji prowiantu i obowiązkowej sesji zdjęciowej ruszyliśmy w nieznane. Andrzej poleciał przed nami jak wiatr, a my raczej rekreacyjnie aby nacieszyć oczy pięknymi widokami. W końcu to ostatni pełny dzień obozu😊 I dopiero teraz zaczyna się przygoda życia…Grań… właśnie okazało się, że będziemy biegły po grzbiecie górskim, który jest stromy i chwilami skalisty😱Dla mnie, kobiety z nizin gdzie pierwszy raz w życiu wchodziłam na szczyty a tym bardziej chodząc a nawet biegnąc granią po wąskiej ścieżce, gdzie była również konieczność przytrzymania się liny przy stromej ścianie z przepaścią w dół😱 było bardzo dużym przeżyciem.

Podbiegając pod strome podejścia, znajdując się na wąskiej ścieżce wokół, której otaczają cię z dwóch stron przepaście nasza wyobraźnia nie zna granic😂 można sobie wiec wyobrazić jak było … ale nie dla naszej Młodej Ani, o nie, no ją ewidentnie ponosiło😁szła jako pierwsza a właściwie cały czas biegła po tej wąskiej ścieżce… dobra jest😁 Dla mnie ten szlak powinien być przerażający, strach powinien mnie paraliżować bo do tego mam lęk wysokości czy przestrzeni. Zwał jak zwał ale w główce się kręci gdy jestem na wysokościach i to naprawdę mocno.

Natomiast ja idąc, a nawet biegnąc granią, strachu nie czułam…dlaczego?🤔powiem Wam… bo byłam szczęśliwa, radość, wolność i miłość do gór, którą w sobie odkryłam, a także uczestnictwo w obozie i przebywanie z tak wspaniałymi ludźmi spowodowało, ze wyparłam lęk, strach, a nawet paraliż nóg😂Jak to możliwe? Nie wiem, ale wiem na pewno, wszystko jest możliwe a z takimi ludkami z KRT możliwe jest naprawdę wiele i jeszcze więcej. No dobra w końcu grań się kiedyś kończy😂No i się skończyła. Dotarłyśmy do schroniska położonego przy pięknej „polanie”. Przysiadłyśmy, popiliśmy, pojadłyśmy i heja zbiegiem w dół.

Po dość trudnym zbiegu gdzie czwóreczki dawały już o sobie znać, skorzystałyśmy z pierwszej relaksacji/ regeneracji, a mianowicie w moczeniu nóżek w górskiej rzeczce. Było cudownie tak siedzieć na kamykach, które wrzynały się w wiecie co 😜

Czas ruszać dalej, zostało jeszcze do hotelu ok 8km. Po przebiegnięciu dość niewielu metrów😁stwierdziłyśmy, ze trzeba skorzystać z promieni słonecznych, a ze był akurat piękny teren z okolicznymi „minami” osiołków😜i jak się również okazało po położeniu na trawce chwastami… było naprawdę cudownie😜😁Po dość krótkiej w tej materii relaksacji ruszyłyśmy dalej. A dalej… było już coraz bliżej hotelu… i świadomość, ze ta przygoda w Canazei dobiega końca. Ten dzień nie był jedynym dniem, który zapamiętam i będę wspominać ale był na pewno dniem pokonania swoich słabości, strachu, lęków… Dniem ostatniej przygody w Canazei…ale nie ostatniej przygody z teamem KRT. Tego jestem pewna😊

Pozdrawiam Sylwia 🙂