Search Menu

Biegowa mantra – czyli prawie luz

Plan na ten bieg uzgodniony z trenerem był prosty – zmieścić się w 2h. Tylko tyle, chociaż jeszcze o 17.00 wydawało się, że to może być „aż tyle” – cały tydzień upałów i sobotni dzień na poziomie 37 stopni nie wróżyły fajnego biegania. Nagle późnym popołudniem wszystko się zmieniło – przewaliło się kilka drobnych burz, spadł deszcz i powiało nawet lekkim chłodem. Powietrze stało się bardziej rześkie, a ja oczywiście zaczęłam mieć wątpliwości, czy aby na pewno trzymać się planu. Standard biegacza – jak tylko czujesz, że możesz powalczyć – zaczynasz kombinować. Biłam się z myślami jeszcze do rozgrzewki, nie miałam już przy sobie telefonu, żeby zadzwonić do Darka, więc trzeba było coś postanowić. W końcu zdecydowałam się jednak realizować pierwotny plan (trochę już się zakorzenił w mojej głowie i trudno mi było się z nim pożegnać 😊). Ustawiłam się z balonikami na 2h – w roli zajęcy występowały moje dwie dobre koleżanki, które zgromadziły wokół siebie całkiem sporą grupkę znajomych biegaczy. Było więc wesoło, całkiem dobrze się bawiliśmy. Od momentu podjęcia decyzji czułam się świetnie, w głowie miałam wszystko poukładane – zakładałam bieg z balonikami do 18-19 km a potem miałam przyspieszyć, tak żeby skończyć nieco poniżej 2h. Start na stadionie, światła reflektorów, głośna muzyka – to wszystko dodatkowo dodało mi energii i nagle…. wszystkie plany w łeb 😊. Trasa biegu została w tym roku zmieniona, start z płyty stadionu wiązał się z tym, że pierwszy kilometr należało biec na terenie stadionu olimpijskiego – w związku z tym utknęliśmy na przewężeniu natychmiast po opuszczeniu płyty stadionu. Próbowaliśmy się przebić przez ten tłum – niestety bez powodzenia. Pierwszy kilometr dosłownie truchtałam – zegarek pokazał tempo 6:45 ☹. Drugi kilometr upływał, a my wciąż przebijaliśmy się przez tłum. Na szczęście w końcu zaczęło się robić luźniej i można było zacząć biec szybciej. Nasza ekipa zaczęła się jednak dzielić – koleżanki z balonikami zostały w tyle bojąc się, że grupa, którą prowadzą, nie wytrzyma takiego przyspieszenia, a ja z kilkoma osobami zaczęłam nadrabiać straty.

Biegłam w tempie 5:25-5:30, czułam się w tym tempie mega komfortowo. Od momentu startu zaczął padać deszcz, ulice były pełne kałuż przez które przebiegałam, byłam więc mokrusieńka – uwielbiam taki stan. To jest ten stan biegu, kiedy mam wszystko gdzieś – trzymam mocne spokojne tempo i nic mi totalnie nie przeszkadza. Dokładnie to czego szukam w bieganiu – stan totalnego luzu. Z tego poczucia na chwilę wyrwały mnie dwa przewężenia na trasie (w okolicach dworca głównego i tuż przed Galerią Dominikańską) – znowu zrobiło się tłoczno, trzeba było zwolnić i zaburzył się ten rytm, w który weszłam. Na szczęście nie trwało to długo i szybko udało mi się wyrównać tempo. Kilometry mijały, a ja skupiałam się tylko na tym, żeby trzymać ten rytm. Na 20-tym zaczęłam przyspieszać. Kiedy wpadłam znowu na stadion dosłownie ubawiła mnie warstwa błota pod nogami – tego się nie spodziewałam, ale byłam tak mokra od deszczu i przepocona, że do mojego stanu totalnego luzu brakowało dosłownie utaplania się w błocie. Ostatnie 200 m sprawiło, że moje buty i nogi pokryły się jego spora warstwą 😊. Człowiek czuje się w takim momencie jak małe dziecko – brudne, ale szczęśliwe na maksa. Nie było życiówki, nie było biegu w trupa i walki z sobą. Tym razem była biegowa mantra i poczucie, że robię to, co kocham. Oby jak najdłużej.