Search Menu

Być jak ultras – czas przygotowań.

7 września 2020

Dlaczego czuję niedosyt ?! Przecież na trasie obiecywałam sobie, że pobiegnę najlepiej jak potrafię. Analizując trasę po raz kolejny, tą z numeru startowego uznałam, że to był trudny i wymagający bieg górski. Systematyczne treningi i tygodniowy pobyt w Austryjackich Alpach, gdzie wspólnie z moimi klubowiczami z Karkonosz Running Team pod okiem Trenera Darka szlifowałam siłę biegową, przyniosły efekt.  1 miejsce w  K50 i 23 kobieta na 131 startujących w Letnim Biegu Piastów 30 sierpnia 2020 r. na dystansie 12 km. Spełnienie moich marzeń. Cieszyłam się tak bardzo, że nie przeszkodził mi w tym nawet brak dekoracji. Przyjazd do Szklarskiej Poręby zaplanowałam wspólnie z dziewczynami, Elą i Dorotką na kilkanaście dni przed terminem. Uznałyśmy, że konieczna będzie aklimatyzacja i spotkanie z Trenerem, w celu omówienia strategii biegu. W piątkowe popołudnie, po zakwaterowaniu u zaprzyjaźnionych biegaczy, ruszyłyśmy do Jakuszyc. Tam mała integracja z uczestnikami obozu biegowego i krótka rozmowa z  Trenerem. Krótka, ale konkretna.  Czułam, że stres nabiera na sile. Trener widział to w moich oczach  i uspokajał. Bieg miał odbyć się w niedzielę, więc sobota jeszcze luz. To był doskonały moment, by móc kibicować naszemu ultrasowi Łukaszowi, który w efekcie wygrał bieg na 50 km. Dumna byłam bardzo, i jedna myśl kiełkowała mi w głowie. Nie mogę odpuścić. Muszę walczyć i za wszelką cenę pokonać strach przed bólem. W niedzielnym biegu na dystansie 12 km wzięło udział 341 śmiałków. 12 km ? Tylko albo aż. Wystartowałam w drugiej turze. Szczegółowo domówiona z moją cudowną peacemaker  Elą, po rozgrzewce stawiłam się na starcie. Pierwszy kilometr trudny. Po trawie, błocie i korzeniach.  W zatłoczeniu  bardzo musiałam uważać,  by nie upaść. Ale już na drugim kilometrze, gdzie czekała na mnie Ela, można było rozpocząć wyścig.  Asfaltowa  droga  do 6 km,  trzymałam tempo wsłuchując się uważnie w sugestie. Mijałyśmy kolejne grupy biegaczy. Pierwszy podbieg na Granicznik łyknęłyśmy bez problemu. Ale już za chwilę zbieg wiodący wąską ścieżką po kamieniach i wyślizganych korzeniach ograniczył tempo i wybił z rytmu. Ten odcinek trasy wymagał szczególnej uwagi i skupienia. I temu dałyśmy radę. Kolejny podbieg i poszło gładko. Jednak na 7 km  nogi odczuwały coraz większe zmęczenie.

Pierwszy kryzys  a walka trwa. Szybki łyk magnezu bo przede mną najtrudniejszy odcinek do pokonania, znany wszystkim Jakuszycki „samolot”. Początek bardzo wymagający. Momentami bieg zamieniałam na szybki marsz, i znów bieg  i znów szybki marsz. Bolało.. Kiedy dotarłyśmy do wypłaszczenia i moim oczom ukazał się jego najwyższy  punkt, wróciła siła w nogach. Teraz już liczyła się każda sekunda do mety. Szczytując na 11 km,  zresetowałam głowę i uruchomiłam wszystkie pokłady szybkości. Mając przez oczami pędzących biegaczy z Elą na czele, zwolniłam biodra i petarda .. ileż miałam satysfakcji. A przy mecie kibice.  Krzyczeli tak głośno moje imię, że nie wiadomo skąd nogi dostały drugie życie i niosły mnie pomimo ogromnego zmęczenia. Udało się. Dotarłam na metę cała i szczęśliwa. Zmotywowana do kolejnych startów.

Elu dziękuję. Darku dałam radę, dziękuję i pracujemy dalej bo w planach życiowych ultra po górach.