Search Menu

Debiut marzenie

25 października 2019

Wizja maratonu krążyła nade mną już od dłuższego czasu. I pewnego sierpniowego dnia decyzja zapadła – zadebiutuję w Poznaniu. Nie byłabym sobą gdybym nie miała tysiąca wątpliwości, bo przecież zostało mało czasu, trzeba mocno i dużo biegać, a ja mam dużo zajęć, nie dam rady itp itd. Ale Darek był nieugięty ,a kogo jak kogo ale trenera słucham 🙂 No i się zaczęło. Istny kołowrotek. Trening, praca, trening, praca i tak dzień w dzień. Nie ukrywam, że bardzo trudno łączyć 2 treningi dziennie z pracą, dojazdami po 50km w jedną stronę, przeprowadzką i urządzaniem mieszkania. Ale nie ma nic za darmo. Teraz ciężko, ale wiedziałam, że jak wytrzymam to może później będzie łatwiej. Fajnie byłoby móc się skupić tylko na trenowaniu, ale takiej możliwości nie ma, więc trzeba sobie jakoś radzić bo jestem twarda sztuka.

I radziłam całkiem dobrze. Wszystko szło zgodnie z planem. Biegało się super, więc wizja startu była bardzo optymistyczna. Według Michałka byłam nieprawdopodobnie grzeczna przez ten cały okres, chyba dlatego że nie miałam czasu narzekać 😉 Do Poznania pojechałam z mocną grupą wsparcia – Trener, Michał i Krzysio Tschirch.  Ekipa na medal więc musiał być medal. Znalazłam się w elicie biegu, a to oznaczało świetne warunki okołostartowe. Nocleg w 5 gwiazdkowym hotelu oddalonym o zawrotny dystans całych 100 metrów od lini startu.

Oddzielna ulica rozgrzewkowa, osobne toalety, kontener na ubrania, poczekalnia, własny stół z odżywkami na trasie i wiele wiele innych. Wszystko dosłownie podstawione pod nos. Organizator spisał się naprawdę świetnie, niczego nam nie brakowało. Można było skupić się tylko i wyłącznie na biegu. Na odprawie dzień wcześniej zaprezentowano wszystkich zawodników z elity i omówiono najważniejsze sprawy.

Po szybkim rozeznaniu rywalek uznałam, że Top 5 jest jak najbardziej realne, ale maraton to maraton nic nie można przewidzieć tym bardziej w tym pierwszym. Miałam po cichu swoje marzenia, ale wolałam nie mówić o nich głośno. No i nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Chyba dopiero rano ogarnęłam co mnie niebawem czeka i pojawiło się lekkie przerażenie. W dodatku jak na złość na śniadaniu było tyle pysznych rzeczy których nie mogłam zjeść, że marzyłam żeby było już po wszystkim. Stresik jak mało kiedy. W okolicy startu czuć było tą wyjątkową atmosferę. Chyba nigdzie wcześniej nie doświadczyłam podobnego uczucia. Takiego dreszczyku emocji jakby miało wydarzyć się coś wielkiego. Na krótko przed startem ustaliliśmy taktykę optymalną do słonecznej i dość wietrznej pogody i pozostało ją tylko i aż zrealizować. 9.00 więc ruszamy. Udało się idealnie wyczuć tempo o co się początkowo martwiłam.

Po krótkim czasie wkoło mnie uformowala się około 10 osobowa grupa zawodników, którzy chętnie ze sobą współpracowali. Bardzo mi to odpowiadało gdyż mogłam się schować i spokojnie biec. Kilometry mijały niezwykle szybko, a samopoczucie było zadowalające. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że spokojny początek zaprocentuje później i się nie myliłam. Wyprzedzałam dziewczyny które zaczęły szybciej, a to dodatkowo motywuje. Żeby mnie wspomóc Darek z Michałem znaleźli cudowny sposób poruszania się, a mianowicie głośne na 100m, skrzypiące rowery miejskie! Gdy ich zobaczyłam pędzących na za niskich siodełkach, to prawie się zakrztusiłam izotonikiem, ale za to co chwila miałam najświeższe info co się dzieje na trasie.
Na 22km Darek powiedział że biegnę już na 3 miejscu wśród kobiet. To było wielkie WOW . Okazało się, że murowana faworytka do zwycięstwa zeszła z trasy. Jednak to prawda że na maratonie wszystko się może zdarzyć, nie ma nic pewnego na 100%.Pomyślałam sobie, że dobiegnę choćby nie wiem co. Druga część dystansu była znacznie trudniejsza. Długie podbiegi zdziesiątkowały moją grupę i po 30km zostało nas 3. Trudy biegu powoli dało się już odczuć w nogach ale trzymałam tempo. W pewnym momencie koledzy zostali z tyłu i musiałam walczyć już sama. Wiedziałam, że jeśli do 35km nic się nie stanie to dobiegnę. Tzw słynna ściana na szczęście się nie pojawiła W głowie włączyłam odliczanie wsteczne na ostatnie 7km. Na tym odcinku mój support okazał się nieoceniony Darek z Michałem pędzili obok po chodnikach krzycząc i motywując że dam radę, że jest super. Jak się potem okazało trener okupił to czołówką z samochodem, cud że nic mu się nie stało. Zmęczenie w końcu musiało nadejść i nadeszło. Nogi zrobiły się ciężkie, ale biegły cały czas tym samym rytmem. Ostatni km nawet udało się przyspieszyć żeby wbiec w dobrym stylu na piękny niebieski dywan do mety Koniec!!! Zrobiłam to. Byłam taka zadowolona. Marzyło mi się podium i się udało, nieprawdopodobne Przed biegiem pewnie kręciłabym nosem na wynik i te 41 sekund których brakło do złamania 2.40 ale nie, nie po biegu, nie tym razem! Wiedziałam ile to kosztowało, ile z siebie dałam. Byłam naprawdę szczęśliwa, jak chyba nigdy wcześniej. Gdy zobaczyłam radość trenera i Michała to poczułam się taka dumna, że mi się udało, że są że mnie zadowoleni.

To chyba największą nagroda za ten cały wysiłek. Wiem, że najlepsze przed nami ale póki co cieszę się z tego co mam. Trenerze dziękuję, że jestem w tym miejscu w którym jestem

  Pozdrawiam Wszystkich Beata 🙂