Search Menu

Do trzech razy

Krótko mówiąc do trzech razy sztuka i musi wyjść. Rok 2016 i decyzja o zapisaniu się na @maratonkarkonoski. Numer przyznano. W trakcie sezonu okazało się jednak, że plany trzeba zmienić. Na mecie jednak byłam i „sprawdzałam” konkurencje z myślą o starcie w kolejnym roku.Rok 2017 i znowu gdzieś coś nie wyszło. Byłam na starcie i na mecie, byłam w biurze zawodów i w trakcie dekoracji. Tym razem jako wolontariusz.I znowu postanowienie- pobiegnę za rok! Nastał rok 2018 i w końcu się udało. Bo bieg u siebie, bo moje góry, moi kibice na trasie, moi znajomi w biurze zawodów i jako wolontariusze na trasie… Widziałam już na biegach Gudosa wszystko- słońce, deszcz, grad, burzę… spodziewałam się, że i w tym roku ma jakiegoś asa w rękawie bo w końcu #ostatnitaki #karkonoski I tak było. 6:30 start. Jest rześko. Straszą, że na Śnieżce temperatura odczuwalna -15 stopni, że wieje, że zimno, że mgła, że… nie tak to miało wyglądać! #ojciecdyrektor się chyba mści 😉 Okulary słoneczne niepotrzebne, kremy z filtrem także, opalania nie będzie! Ruszyliśmy. A że konkurencja wśród kobiet mocna więc wiedziałam, że będzie ciężko. Z każdym kolejnym kilometrem robi się coraz zimniej, wieje, czuję, że zamarzam, ręce kostnieją a to dopiero 6 km biegu…Współczuje sobie samej. Na wysokości Śnieżnych Kotłów istny pogodowy Armagedon. Widoczności nie ma, wiatr szaleje a ja czuję, że to będzie najtrudniejszy bieg w moim życiu… Początkowo strata do prowadzącej dwójki- Ewy i Ani nie była duża. Zaledwie minuta. I dopóki było pod górę- było dobrze! Bo to akurat moja mocniejsza strona. Kolejne km lecą, na zegarek nie patrzę bo wiem, że w takich warunkach sprawdzanie międzyczasów nie ma sensu. Trener już na starcie kazał się tym nie przejmować. Dobiegłam do Domu Śląskiego i tu chwila zwątpienia- zawrócą nas, nie pozwolą nam biec dalej… przecież się nie da?! Czegoś takiego chyba nigdy nie widziałam… wiatr 90 km/h, to nie przelewki. A jednak. Nikt nie miał litości. Musieliśmy biec dalej. I tu zaczęło się to czego nadal nie lubię- i chyba nigdy nie polubię! Zbiegi!(Trenerze wybacz) Strata do liderek się powiększała, ale mimo wszystko nadal walczyłam. Ze zmęczeniem, z zimnem, wiatrem i kamieniami… bo ich na zbiegach było mnóstwo! Jakby ktoś na złość je tam wyłożył! Wiedziałam, że strata sięgała już nastu minut. Najważniejsze było utrzymać koncentrację do samego końca, nie zrobić sobie krzywdy i bezpiecznie dotrzeć do mety. Tam czekali na mnie moi najważniejsi i najwierniejsi kibice! 3 miejsce wśród kobiet i tym samym 3 w kategorii wiekowej bardzo cieszy.

To był trudny bieg, który kosztował mnie sporo. Udowodniłam sobie i innym, że potrafię. Teraz zasłużony odpoczynek, bo druga część sezonu jeszcze przed nami.