Search Menu

Dzień Świstaka

To był jeden z najpiękniejszych dni w życiu jeśli idzie o doznania krajobrazowe, a może i jeszcze z innego powodu 😉 ??? Dziś aż trzy relacje z wycieczki życia 🙂

Wtorek w Canazei był sponsorowany przez wycieczkę w góry. Fakt, że mieszkaliśmy na ponad 1600 m.npm a znaleźć mieliśmy się na 2500 wzbudzał dreszczyk emocji. W planach było 20km więc zapowiadało się pracowicie. Przed takim przedsięwzięciem należało się oczywiście porządnie najeść 🙂 A że włoskie śniadania podpasowały nam wyjątkowo, to o energię martwić się nie trzeba było☺️ Stając w punkcie startowym naszej wyprawy i widząc ogrom Dolomitów w głowie zrodziło się pytanie: czy my naprawdę mamy tam wejść? Tam, gdzie człowiek wydaje się taki mały i bezbronny wobec tego co go otacza ? Niesamowite jak natura pomaga zrozumieć swoje miejsce na ziemi. A więc wraz z kolorową, roześmianą grupą ruszyliśmy naprzód.

Pierwsze 2km to mordercze podejście, które miało być najtrudniejsze w całej trasie. I faktycznie było. 25min na kilometr mówi samo za siebie 😉 Za to na szczycie widok obłędny. Panorama gór rozciągała się na kilkadziesiąt kilometrów i z każdej strony była inna. Jakby kilka różnych pasm górskich złączyło się w jedno. Niektóre strome i skaliste, inne pokryte śniegiem a jeszcze kolejne zielone. Totalny kosmos!

Dalszą część trasy pokonywaliśmy już truchtem. Bieg po wąskich ścieżkach dookoła zbocza gór zapierał dech w piersiach. Zbiegi na zmianę z podbiegami sprawiały że kilometry mijały niepostrzeżenie. Momentami aż kręciło się w głowie, nie wiadomo czy od wysokości, ciśnienia czy ilości wrażeń. Niewzruszone pozostawały tylko świstaki, które jak gdyby nigdy nic buszowały po swoim naturalnym środowisku chętnie pozując do zdjęć ☺️

Wiedzieliśmy, że samo przebywanie w tym miejscu przyniesie więcej korzyści niż niejeden mocny trening więc korzystaliśmy na maxa. Bieg nie trwał nigdy jednak za długo bo co chwila byliśmy w piękniejszym miejscu i nie sposób było nie zrobić tam zdjęć. A że Michał to specjalista to miał trochę zleceń 😎

Po kilku godzinach i kilkunastu kilometrach w nogach nasza dwójka wraz z Izą postanowiła wracać. Opcja dokręcenia kilku kilometrów niżej po płaskim wydawała się bardziej kusząca niż wdrapywanie się jeszcze wyżej. Jako typowa asfalciara ewidentnie poszłam na łatwiznę ☺️ Jeszcze tylko standardowo sesja fotograficzna, stromy zbieg i można powiedzieć „jesteśmy w domu”. Zaordynowana przez trenera pętla wkoło zapory z lazurową wodą pozwoliła odżyć biednym czworogłowym , które dochodziły do siebie przez dobrych parę minut. Swoją drogą z podziwem patrzyliśmy na całe rodziny z malutkimi dziećmi, które jak gdyby nigdy nic dawały sobie doskonale radę w tych warunkach. To świetne, że rodzice od wczesnych lat uczą swoje pociechy kontaktu z naturą, też mam taki plan za parę lat 😉 Będąc na dole i wskazując na wydawać by się mogło odległe szczyty, z dumą sobie powiedzieliśmy: niewiarygodne że dosłownie przed chwilą tam byliśmy. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że to była wycieczka życia. Dolomity to mój absolutny number 1.

 Pozdrawiamy Beata z Michałem

…………………………………………………………………………………………………………

Zacznę poważnie: Świstak mówi do Bogusława Lindy:
– Co ty, kurna, wiesz o zawijaniu? Jeszcze do afrowiórki wrócimy, ale teraz coś o Wyprawie Obozu, a nawet Życia. Przygodę rozpoczynamy nad Lago di Fedaia, gdzie po ok 24-26 kilometrach mamy wrócić bogatsi o nowe doświadczenia, wrażenia i ból nóg. Po krótkiej wspinaczce robimy wspólne foto 🙂

I tu kończy się Nasza wspólna wyprawa. W Pendolino wsiada jeden i drugi Krzysiek – trzeci się zmieścił tylko do towarowego i zamyka grupetto. Mocniejsi z Adamem pociskają w środku stawki. Tak docieramy do pierwszej bazy na Viel dal Pan(2479 m.) i możemy dopiero teraz zobaczyć co jest tam daleko zaa górką.

Z tego miejsca skręcamy w prawo aby obiec góreczkę dookoła. Na pionowej skałce wspinają się alpiniści a My po raz pierwszy spotykamy sponsora. Z pewną nieśmiałością nawiązujemy kontakt wzrokowy. Trenejro oczywiści jako pierwszy przyswoił język marmotów i do końca wyprawy musieliśmy znosić ich pogwizdywania. Kilka minut dalej robimy pierwszy postój na karmienie i pojenie i od razu organoduptycznie 😉 poznajemy jedwab miejscowych traw. Ał ał i ała . Nasza szlachetność musi na jakiś czas odwyknąć miękkości.

Tu też spotykamy miejscowe długonogie owce biegające samopas po zboczach góry. I kto oczywiście jako pierwszy dokonuje bliskiego spotkania trzeciego stopnia?
Zboczek góry docieramy do Cesa da Fuoch gdzie stromym zejściem dołączamy do grupy Adama robiąc przerwę na kolejną sesję zdjęciową. Teraz już drogą ubitą zbiegamy. Po drodze spotykamy ponownie marmoty – coś chyba knują i zbierają siły. Po zbiegu trafiamy na szosę, aby wspiąć się na przełęcz Passo Pordoi (2239 m). Miejsce znane kolarzom Giro d’Italia zwane „dachu wyścigu” gdzie mieści się pomnik Fausto Coppi. Zwycięstwo na tej przełęczy jest cenione we Włoszech tak samo jak we Francji na Mont Ventoux czy Alpe d’Huez. Robimy dłuższą przerwę w jednej z miejscowych bardzo gościnnych restauracji.

W między czasie dostając wiadomość, że pendolino dotarło na miejsce. Dalej zawijamy w lewo już na dobre kierując się do końca wyprawy. Gdy za górki wyłoniła się tafla jeziora di Fedaia dostaliśmy kopa i uśmiechy pojawiły się ponownie na zmęczonych buziakach. Jeszcze tylko mijamy bez postoju Rifugio Viel Dal Pan(2432 m) zatrzymujemy się na jednym ze zboczy, aby przypomnieć sobie ostrość trawska dolomitowego i kliknąć kilka fotek.
Ostatni odcinek to jeden z najtrudniejszych zbiegów. Nogi już pieką i sił mniej, a te kamole wcale nie ułatwiają. Oby tylko bezpiecznie i cało dotrzeć do mety. Świstaki chyba poczuły Naszą słabość i w liczbie kilkunastu dopingowały Nam widząc, że trafiła im się dzisiaj w górach nie byle jaka ekipa. Docieramy szczęśliwie na miejsce startu dziękując sobie za wspólna przygodę i dając nóżką trochę ochłody.

P.S. Pendolino tez czasem się zatrzymywało.
Pozdrawiam Krzysiek Sudomlak

……………………………………………………………………………………………………………………

Quo Vadis- czyli którędy do domu?🤔

To był wtorek ,nasz trzeci dzień obozu . Ciężki poranek, jeszcze cięższe popołudnie – ale tak właśnie powstała super przygoda. Dzień wcześniej spotkaliśmy w centrum Canazei Bartłomieja Przedwojewskiego, który podsunął nam pomysł gdzie wybrać się na dłuższe wybieganie po górach ( Bartek pozdrawiamy, miło było spotkać 🙋‍♀️).

Rano tuż po śniadaniu wgraliśmy sobie mapkę trasy w Garmina i wyruszyliśmy w drogę nad jezioro, ponieważ tam był początek szlaku . Szybkie grupowe zdjęcie i zaczęła się prawdziwa górka . Czterokilometrowa do tego ( zaczęliśmy z około 2050 m n.p.m. , a na górze było już 2700m n.p.m.)😁 Krótka noc, pogaduszki i czerwone wino dało nam się we znaki już na samym początku. Co by nie było to i tak każdy wiedział , że ten dzień będzie super – w końcu mieliśmy po raz pierwszy wybrać się w wyższe partie Dolomitów. Trener już wcześniej zdecydował kto ile kilometrów ma mieć w nogach i ruszyliśmy. Wstępnie miało to być 20-22 km 😁 Jedni szybciej, drudzy trochę wolniej ale wszyscy meldujemy się na pierwszym szczycie. Wtedy powstały już małe grupki i zaczęliśmy trochę błądzić, mimo wyznaczonej trasy. Okazało się ,że wszystkie drogi wyglądają bardzo podobnie i naprawdę idzie się zgubić.

Do około 10 km trzymaliśmy się w 6 osobowej grupie ale później każdy obrał swoje tempo i tak właśnie zostaliśmy we dwoje. Garmin padł na 19 km, a my za cholerę nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy 🤔😂 Trener mówił żeby szukać jeziora, ale go w ogóle nie było widać haha . Byliśmy już padnięci, bo albo było ostro pod górę albo ostro w dół – żadnej taryfy ulgowej. Tracąc już nadzieję na powrót do hotelu i nie mając już nic do picia zatrzymaliśmy się w schronisku na izotonik ( tak to było piwo 😂🙈) i to była dobra decyzja bo szybko wróciły nam siły i nawet jezioro się znalazło.

Okazało się, że było tuż za zakrętem i został nam tylko 4 kilometrowy zbieg . W gruncie rzeczy z 20km zrobiło się 28 km.

Sześć godzin błądzenia i zwiedzania gór dało nam w kość – ale co zobaczyliśmy to nasze. Po drodze spotkaliśmy: dzikie konie , owce i  świstaki. Była to dla nas cenna lekcja, że w bieganiu trzeba mieć przede wszystkim mocną głowę i nie tracić wiary. Wspólnymi siłami można wiele, dlatego razem dotrwaliśmy do „mety” i chłodząc się na koniec w strumyku nawet zaczęliśmy się z tego wszystkiego śmiać 😊 Powstał też szalony pomysł żeby za rok pobiec jakąś górską sztafetę skoro taki zgrany z nas duet hahah .

Pozdrawiamy Andrzej i Jagoda