Search Menu

Ela kontra Orlen Maraton

25 kwietnia 2017

Orlen Warsaw Maraton 2017 to było wyzwanie z kilku powodów. Jechałam z nastawieniem na zrobienie „życiówki”, blisko cztery miesiące przygotowań, wszystko podporządkowane temu jednemu startowi. Strategia w głowie poukładana, mentalnie i fizycznie przygotowana, więc musi być ok, o ile nic nie stanie na przeszkodzie np. pogoda. Po drugie, dwie moje koleżanki biegowe z którymi na co dzień biegamy (jedna z nich to córka Jadzi, naszej klubowej biegaczki )debiutowały na królewskim dystansie, toteż swoje emocje trzeba było trzymać na wodzy i wesprzeć dziewczyny. Wiadomo, że każdy biegacz ma swoje upodobania, jeden lubi biegać jak jest zimno, inny odwrotnie, niektórzy lubią deszcz. Ja nie znoszę zimna ani deszczu a już na pewno nie deszczu z gradem.

Zimna sobota w stolicy nie zwiastowała niczego dobrego a wiatr wcale nie stawał się lżejszy. Niedzielny ranek wydał się bardziej optymistyczny, bo przywitało nas słońce, jednak szybko okazało się to chwilowe, bo za niedługo padał deszcz z gradem. I tak w zasadzie przez cały dystans. Do 21 km mniej więcej biegło się znakomicie, wszystko zgodnie z planem a nawet blisko minuta zapasu. Trasa płaska, nie licząc podbiegów na mostach, ale to nic i nawet ten deszcz nie przeszkadzał, bo momentami jak słońce przygrzało to deszcz schłodził. Od 21 km nie było już tak kolorowo. Połowa dystansu już w nogach     a trzeba było nawracać i tu już było pod wiatr, który jak „starszy hamulcowy” stawiał opór. Były odcinki, gdzie nie dało się utrzymać założonego tempa i wypracowany zapas na połówce został skonsumowany. Do tego deszcz i grad prosto w twarz i przeszywające zimno chwilami paraliżowało. Walczyłam do końca odliczając ostatnie kilometry, już tylko pięć, cztery, trzy a jak w zasięgu wzroku był już stadion to pojawiła się refleksja, że znowu się udało, bez przysłowiowej ściany, skurczy itp. Teraz już tylko do mety i będzie dobrze. Pewnie mogłoby być lepiej, jednak w tych warunkach plan uważam za wykonany, jestem zadowolona z „życiówki” 3:45:54 i dumna z koleżanek, bo przebiegły cały dystans bez szwanku i mogą się z dumą nazywać maratonkami.