Search Menu

Emocje, ach te emocje…

18 września 2020

Wszyscy wiemy jaki wyjątkowy mamy rok. Wszystkie duże masowe imprezy biegowe zostały odwołane, Wspólnie z Trenerem ustaliśmy, że ten czas poświecimy na przygotowania i starty na dużo krótszych dystansach niż 10 kilometrów czy półmaraton. Ta decyzja spowodowała, że stałam się częstym bywalcem na bieżni tartanowej. Dzięki temu doświadczyłam czegoś nowego. To nie było to samo co bieganie po lesie czy nawet po asfalcie. Bieżnia wymaga dużo większej precyzji. Szybkiego przeliczania metrów, kilometrów czy ilości przebiegniętych okrążeń. Zdecydowanie bardziej wymagająca od treningów, które wykonywałam do tej pory. Nie mam zamiaru oceniać czy te jednostki są lepsze, czy gorsze od tych realizowanych dotychczas. Często jestem świadkiem jak biegacze licytują się – słysząc „bo w górach to podbiegi, a na ulicy liczy się prędkość”. Dla mnie nie ma to znaczenia gdzie i po jakim terenie biegam. Bieganie wyzwala u mnie bardzo dużo radości, jestem szczęśliwa i spełniona kiedy mogę pokonywać kolejne kilometry. Zaufałam Trenerowi i jak widać ta już kilkuletnia współpraca przynosi efekty, ale przede wszystkim dużo pozytywnej frajdy. Oczywiście stawiamy sobie nowe wyzwania, cele , ale tak jak i w życiu – nie zawsze jest sielankowo. Są treningi czy starty kiedy towarzyszy mi bardzo duży wysiłek, ból mięśni czy nawet zwątpienie. Taki właśnie był ostatni start.

Po wakacyjnym roztrenowaniu zaczęliśmy podkręcać treningi i biegać zdecydowanie więcej. Sytuacja odnośnie uczestnictwa w imprezach biegowych nadal była bardzo niejasna, cały czas nie wiadome było czy biegi się odbędą i będzie można sprawdzić aktualną formę. Ostatecznie  zadecydowaliśmy się na ponowny start na  dystansie 5000 metrów na bieżni w niedaleko ode mnie położonej Słupcy. To był najpewniejszy w obecnej chwili wybór. Treningi były zaplanowane tak jak w pierwszej części sezonu typowo pod starty na tartanie. Szybkie tempo, czasem kilkukrotnie powtarzane odcinki. Po wiosennej części sezonu wiedziałam, że poprzeczka jest już wysoko postawiona. Dwa starty w których już uczestniczyłam określiły jaki poziom prezentuje. Nie ukrywam, byłam z niego bardzo zadowolona. Ba! Byłam z prezentowanej formy dumna. Wynik z mitingu Wrześni, który organizował serdeczny Kolega a przede wszystkim olimpijczyk Tomek Szymkowiak pokazał, ze mogę rywalizować z dużo młodszymi Biegaczkami. Satysfakcja i radość ogromna. Drugi bieg był jeszcze bardziej wyjątkowy, a to za sprawą organizatora którym był mój obecny klub Karkonosz Running Team. To właśnie po tej wspaniałej imprezie dołączyłam do tych niesamowicie pozytywnych Ludzi, których łączy pasja biegania bez względu na prezentowany poziom, bez względu na to w jakiej dziedzinie się specjalizują. Tutaj biegacze ultra, górscy, uliczni i Ci z bieżni są wspólną Rodziną – dzielą się swoją pasją, radością, spostrzeżeniami, doradzają i motywują. Wracając do tego drugiego biegu, który odbył się w Legnicy. Dystans 5000m przebiegłam sama, walcząc z każdym metrem i uciekającym czasem. Przy bardzo głośnym dopingu Kibiców oraz wskazówek wykrzykiwanych z murawy stadionu przez Trenera udało się poprawić dotychczasowy rekord życiowy o prawie 10 sekund. Od tej pory mój najlepszy wynik na dystansie 5000 metrów wynosił 22 minuty  8 sekund.

 Na moje trzecie zawody przyjechałam już bardzo zdemotywowana, a to za sprawą niepotrzebnych rozmów odnośnie serii, w której pobiegnę. „Życzliwi” pisali mi jak to mi „współczują, że będę dublowana kilkukrotnie i jak to się martwią, że jestem w najmocniejszej serii z mężczyznami, którzy biegają ten dystans poniżej 16 minut”. Pisząc to chce pokazać jak bardzo ważne jest odpowiednie nastawienie i wpływ negatywnych emocji na wynik. Przed startem Trener już widział, że jestem spięta, poddenerwowana i nie była to przedstartowa adrenalina tylko złe emocje, które najzwyczajniej mnie paraliżowały. Było już za późno na wyrzucenie z głowy tych złych i czarnych myśli. Ruszyłam mocno, za mocno! Już po 100 metrach słyszałam z połowy stadionu krzyk Trenera abym zwolniła tempo biegu. Jak się później okazało pierwsze okrążenie pobiegłam dużo, ale to dużo za szybko. Potem już było z okrążenia, na okrążenie tylko wolniej. Walczyłam jednak do samego końca. Widząc Trenera na bieżni podającego czas co okrążenie motywującego  i zachęcającego do jeszcze większego wysiłku wiedziałam, że nie mogę się poddać. Biegłam sama, zdublowana przez pierwszego zawodnika kilka razy, przez pozostałych mężczyzn również. Wtedy już nie myślałam o tym. Okazało się, że rzecz którą niepotrzebnie się „nakręciłam” stała się najmniej istotna. Czy warto było się tym przejmować? Oczywiście, że nie! Trener po raz kolejny miał rację, powtarzając mi, że przed startem należy mieć „wolną głowę”, zająć się czymś przyjemnym lub tak jak On sadzić kwiatki J Piszę , to dlatego aby przekazać Wam jak ważne jest pozytywne nastawienie. Dziś patrząc na ten start bez tych negatywnych emocji wiem jak wiele wyciągnęłam nowych doświadczeń i wniosków z tej sytuacji. Ostatecznie wynik wcale nie był tak tragiczny jakbym sądziła bo tylko o 20 sekund wolniejszy od rekordu życiowego. Wiem, że jestem przygotowana na szybsze bieganie i za jakiś czas minę linię mety z czasem 21 minut z przodu mojego wyniku.  To tylko kwestia czasu. Obecnie jestem dużo silniejszą, bardziej doświadczoną i świadomą biegaczką. A z pomocą Trenera na pewno jeszcze nie raz rozprawię się z tym dystansem!

 Pozdrawiam Edyta 🙂