Search Menu

Marmolada

Do tej pory marmolada kojarzyła mi się z truskawkami. Jednak jeśli ma się to wyjątkowe szczęście, to w odpowiednim towarzystwie można zmienić spojrzenie na wiele rzeczy. Czasem wręcz fundamentalnie przestawić swój odbiór świata. Dokładnie od 17.07.2019 marmolada pisze się w moim słowniku przez duże „M” i poprzedza słowem „Monte”. 😉 W bliskim towarzystwie jestem już znana z totalnego luzu podczas urlopu, jak i nawet startów. Regulaminy czytam na dzień przed startem. A dzięki geniuszowi organizacyjnemu naszego trenera Darka mogę sobie pozwolić na totalną niewiedzę o miejscu mojego wypoczynku. Dlatego o królowej Dolomitów dowiedziałam się w momencie, gdy na nią spojrzałam, a zachwyt Darka nad bliskością do jej zdobycia uświadomił mnie, co dokładnie widzę …

Dzień, jak to w przypadku naszych górskich wypadów, zaczął się niewinnie. Większą grupą udaliśmy się od naszego hotelu Villa Maria wzdłuż Doliny Val di Fassa na poziomie Canazei. Po 8 km kilka osób zrobiło nawrotkę, a ja zachęciłam pozostałych do odwiedzin w schronisku Rifugio Contrin, które chowało się pośród drzew niecałe 2 km od nas. Szkoda było kończyć dzień na 16 km 😉 Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazała się najpierw niewinna górska łąka oraz drewniana tabliczka z napisem I ❤️ Marmolada i strzałką na otaczające nas szczyty. Widząc reakcję Darka same zareagowałyśmy entuzjastycznie na pomysł dalszego wejścia w głąb roztaczającego się przed nami górotworu. I tak na totalnym spontanie ostatecznie Bożenka, Sylwia, Darek i ja rozpoczęliśmy podejście kamienistym szlakiem. W tej euforii nie wpisaliśmy się do książki w schronisku, informując, że idziemy na Marmoladę. Zupełnie zapomnieliśmy o naszym bezpieczeństwie. Typowe dla nas szaleństwo 😱.

W Dolomitach czasoprzestrzeń się zagina. Dosłownie i w przenośni. Formy, jakie powstały przez tysiące lat zachwycają swoją monumentalnością i ogromem niezwykłych form. Od szorstkich, ostrych po gładkie, wręcz płynne w swych kształtach. Tak naprawdę każdego dnia nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad nimi. Na rozwidleniu szlaków, z których oba prowadziły bliżej nieboskłonu, najpierw wybraliśmy nasz pierwotny cel – drogę na Marmoladę. Jednak wspinając się coraz wyżej i widząc zanikający co jakiś czas szlak przed nami oraz obserwując pojawiające się chmury burzowe ostatecznie zrezygnowaliśmy z dalszej drogi. W razie deszczu mieliśmy obawy co do powrotu w lawinie mokrych kamieni. Rozsądek wygrał po raz pierwszy tego dnia. Na pocieszenie zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, co stało się już dla nas typowe 😉 i rozpoczęliśmy powrót do podnóża gór.

Jednak na poziomie znanego nam już rozwidlenia dwóch szlaków, zbyt mocno zaintrygowało mnie, co kryje się za wielką skałą i dokąd prowadzi ten drugi szlak i tak, ostatecznie już bez Bożenki, spróbowaliśmy drugiego podejścia. Niebo przejaśniło się, stąd nasza próba drugiego podejścia.

Jednak, jak to w górach, warunki były w tym dniu bardzo zmienne. W ciągu 30 min sytuacja zaczęła zmieniać się diametralnie, było już późno, a przed nami zejście i 10 km zbieg do hotelu. Dlatego patrząc tęsknie na nasz niedoszły cel, po raz drugi zachowaliśmy odrobinę rozsądku i nawróciliśmy z obranego przez nas celu. Dokładnie 1,5 godz po dotarciu do Villa Maria rozpętał się Armagedon. Niebo atakowało mieszanką błyskawic, grzmotów i deszczu zmieszanego ze sporych kształtów gradem. A my już bezpieczni z resztą grupy podziwialiśmy z perspektywy ciepłego pokoju hotelowego ten majestat. W piątek kilkoro śmiałków z naszej drużyny weszło na Monte Marmeladę drogą klasyczną, spełniając nasze marzenie. Cóż, będzie trzeba tam wrócić. 😉

Pozdrawiam Ula 🙂