Search Menu

Mój pierwszy raz

2 sierpnia 2019

Doradzano mi, bym zatytułowała ” Mój pierwszy raz”, tak też zrobiłam. Jednak, aby co niektórym się to pokracznie nie kojarzyło, dla jasności dodam „…na obozie biegowym”, choć dla mnie nie był on taki biegowy do końca, więc raczej dopisałabym ze swojej strony „…na obozie z KRT, moim dream teamem”. A dlaczego tak? Już tłumaczę.

Wstęp chyba nie wyszedł najlepszy (obym dobrze relację zakończyła, bo nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy; tak przynajmniej mówią), ale szczerze powiedziawszy, lepszy od mojego nastawienia psychicznego przed samym obozem. Co tu ukrywać, jeśli ma się kontuzję i nie biega od miesiąca, to chyba nastawienie nie jest jakoś specjalnie dobre. Trener cały czas powtarzał, bym się nie przejmowała i nie myślała o tym, jak to będzie wyglądać w moim przypadku. W końcu sama zaczęłam się pocieszać i patrzeć na obóz z innej perspektywy. I dobrze. Takie myślenie mnie uratowało, bo choć nogi do końca nie udało się wyleczyć na obozie, nawet takiemu super fizjo jak Michał, to patrzenie na wyjazd jako okazję do po prostu spotkania się z fantastycznymi ludźmi, z którymi łączy nas klub, pasja i wiele więcej, a widujemy się w takim gronie rzadko, nadało sens mojemu wyjazdowi. Teraz dochodzę do wniosku, że za dużo się wtedy nad sobą użalałam. Nie tylko ja przecież wizytowałam regularnie u Michała. Kolega Wiśnia też przecież od miesiąca walczył z kontuzją. A co? A śmigał po górach z grupą i nie tylko – sam się wyprawiał na zdobywanie szczytów, bo taki z niego wyrywny facet. Hehe. A ja? Może nie śmigałam, a co nie dobiegłam, to doszłam, zresztą miejscami naprawdę nie dało się biec, to jednak widoki rekompensowały wszystko. Był to zarazem mój pierwszy raz w Alpach i we Włoszech, więc kiedy Dolomity ukazały się moim oczom, usta ułożyły się same tak, jakbym miała wydobyć z siebie soczyste „WOW!” Może tak się stało, nie zwróciłam uwagi. Rozpisywać się nad pięknem gór nie będę; sami zajrzyjcie proszę na klubowy Instagram i Facebook, gdzie wrzuciliśmy fotki (które i tak nie mogą oddać wszystkiego, bo tam trzeba po prostu się znaleźć i to przeżyć), a jak wyglądał poszczególny dzień obozu, możecie dowiedzieć się z naszych poprzednich relacji. Co zostanie po obozie ze mną – młodą osobą, która przez tydzień była odcięta od zasięgu i Internetu? Przede wszystkim wspomnienia, niektóre zapisane na zdjęciach, niektóre w mojej głowie, tylko dla mnie, a także lekcje, bardzo cenne, natury nie tylko biegowej. Zostanie ze mną też trochę włoskiego jedzenia i opalenizny, ale to rzeczy ulotne i zaraz ich już nie będzie. Natomiast zostanie ze mną na pewno myśl, że było warto (również tego odcięcia od świata) i że następnym razem jadę chociażby w ciemno, nieważne gdzie, a nawet na tę chwilę nieważne kiedy. Z moimi drogimi Karkonoszami – zawsze i wszędzie! Jest run – jest fun, a jeśli nawet tego pierwszego dużo nie ma (jak w moim przypadku), to to drugie i tak jest, bo „fun” tworzą przede wszystkim ludzie. I nie potrzeba do niego dużo włoskiego wina ani albańskiego specjału, chociaż, zgadzam się, te bywają pomocne.
Już powoli zmierzam do końca, bo muszę nastawić zakwas (ten na chleb, oczywiście). O swojej drugiej pasji niebawem napiszę. Tymczasem dziękuję za ten wspaniały czas całemu mojemu klubowi, w szczególności chcę podziękować Trenerowi, który ma ze mną nierzadko pod górkę, bo mi się ciągle coś przytrafia, fizjo Michałowi za „znęcanie się” nad nóżką i igłami w ręce oraz Wam wszystkim, że okazaliście mi ogromne wsparcie, kiedy było mi po prostu smutno, że nie mogłam się z Wami wszędzie wyprawiać!

Do następnego obozu, mam nadzieję, że już bez żadnej kontuzji! Ciao!
Ania W.