Search Menu

MOJA MILA I NIE TYLKO

MOJA „MILA” CZYLI KRÓTKA HISTORIA JEDNEGO CHIPA I NIE TYLKO

Jakże rożni, inni jesteśmy a jakby tacy sami. To fantastyczne jak ludzi tak różnych charakterem, sposobem bycia, łączy jedno: MIŁOŚĆ do biegania, wyrażana na tysiąc różnych sposobów. Każdy biega inaczej, jedni szybciej, drudzy wolniej, krótkie, długie dystanse a jednak realizujemy się w swojej roli, słowem każdy ma swój „szczyt”. W ubiegłym roku obiecałam sobie, że jeśli nic się nie wydarzy to w tym roku ponownie zmierzę się z dystansem jednej mili. Po ubiegłorocznej przygodzie obudził się we mnie duch sprintera, mimo, że uwielbiam długie dystanse to jednak moje początki były związane głównie z bieżnią. Ku mojemu zdziwieniu organizator, pewnie z prozaicznych powodów         (sponsorskich) zmienił dystans biegu na 1918 metrów. Trochę nie po mojej myśli, jednak trzeba było się z tym zmierzyć, najpierw pozytywnie przejść eliminacje a potem ile fabryka dała. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. I tak nastała ta chwila, eliminacje absolutnie na tzw. lajcie, wszystko pod kontrolą, zwłaszcza że do biegu głównego dzieliła mnie tylko godzina, nie było więc sensu tracić energii a rywalki jakby znajome z ubiegłego roku. Z dwiema z nich przegrałam, teraz chciałam powalczyć. Jedna zawodniczka z Ukrainy, jak się potem okazało była zawodowa biegaczka była poza moim zasięgiem ale reszta była kwestią absolutnie otwartą. W głowie tylko myśli, spokojnie dasz radę, jesteś przygotowana, nic się nie może zdarzyć a jednak… Trzy, dwa, jeden, start i co ? i czar prysł, już po starcie zobaczyłam rozwiązaną sznurówkę mojego buta, na dodatek ta na której był chip. W głowie sto tysięcy myśli, jak to się mogło zdarzyć, pierwszy raz w życiu, takie rzeczy zawsze mam pod kontrolą, nieeeeee tylko nie tooooooo. Lecę jednak dalej, co ma być to będzie, kontrolowałam bieg, mniej więcej do połowy dystansu z rozwiązanym butem biegłam na 3 pozycji, tuż za drugą zawodniczką ( z którą miałam porachunki z zeszłego roku). Po nawrotce nie dałam jej jednak szans i całkiem swobodnie biegłam do mety na drugim miejscu. I kiedy wydawało się, głównie trenerowi 🙂 że już nic się nie może zdarzyć to przy tej zawrotnej, nawet jak dla mnie prędkości, moja sznurówka tak fruwała, że i chip pofrunął hen daleko. Spanikowana, w przeświadczeniu o dyskwalifikacji, bo tylko taka myśl przychodziła mi do głowy stanęłam na ok. 300-250 metrów przed metą w poszukiwaniu zguby, jak w amoku, dopiero jak przegoniła mnie ta trzecia i jak spiker, znaczy nasz klubowy Tomek warknął do mikrofonu ruszyłam w pogoń. To była chyba najszybsza dwusetka jaką biegłam ale udało się dosłownie na kilka kroków przed metą wyprzedzić i zająć jednak 2 lokatę.

W tym miejscu nie mogę pominąć moich kochanych klubowiczów a w szczególności pokłony dla Asi i Adama bo nie dość, że o mało nie przefrunęli przez barierki to ich głos był donośniejszy niż Tomka z mikrofonem. Dzięki bardzo, to dodało skrzydeł. Taki horror zafundowałam sobie, trenerowi i kibicom, dobrze, że z happyendem. Kiedy stanęłam na podium dużej sceny ścisnęło mi serce, gardło nie powiem co jeszcze a przecież to nie koniec krynickiej przygody.

Już następnego ranka stawiliśmy się dumnie na starcie biegu życiowej dychy, która nie wiedzieć czemu tak się przewrotnie nazywa, bo nielicznym się zdarza zrobić na tej trasie tzw. życiówkę. Trasa niby z górki a jednak nie całkiem, od szóstego kilometra jak za ścianą pojawił się wmordewind i nie chciał przestać, niemal jak hamulcowy i tak prawie do mety. Poczułam się spełniona, jak nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia skłoniłam biegnącego kolegę do poprawy rozwiązanej sznurówki, na której latał sobie swobodnie chip 😉 Nie byłam wyjątkiem i nie zrobiłam życiówki, utwierdziłam się jednakże w przekonaniu, że bieganie poniżej 45 minut jest już wytrenowane. Drugi wynik pozwolił na zajęcie 3 lokaty w kategorii. Po krótkim odpoczynku Asia, kierowca klubowy tego dnia odwiozła nas do Krynicy, gdzie znowu po szybkiej toalecie stanęliśmy na ostatnich metrach biegu 7 Dolin na 100 km, żeby wspólnie kibicować na ostatnich metrach. Deptak w Krynicy aż trząsł się jak nasze towarzystwo zdzierało gardła, dopingując najpierw kończącemu bieg Pawłowi a potem Paulinie. To są nasi klubowi MOCARZE. I znowu radość i znowu łzy. Dla mnie jednak emocje sięgnęły zenitu podczas dekoracji, tym razem na małej scenie. Popołudnie było dość długie, najpierw biegi, jedne , drugie, kibicowanie, wreszcie czas oczekiwania na dekoracje dały już się we znaki, czułam już zmęczenie i nie mogłam się doczekać końca, choć ciarki miałam na plecach jak koledzy klubowi Kamil z Krzyśkiem odbierali swoje nagrody, potem ja i znowu oni, tym razem w kategorii MASTERS. Kiedy już sądziłam, że możemy wracać okazało się, że moje nazwisko znów zostało wyczytane, II miejsce Mistrzostw Polski Masters.

Tym razem ledwo stłumiłam łzy, wzrok na trenera, z trudem opanowałam emocje. Na podium weszłam oszołomiona, nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Radość w sercu, łzy w oczach i wszechogarniające napięcie przemieszane z niedowierzaniem. W tym miejscu powiem tak, największe uznanie dla naszego Trenera, Darek Kruczkowski jesteś THE BEST !!! Mając taką liczbę zawodników, przygotować nas do tak dużej imprezy w tym samym czasie, na tak różnych dystansach i takiej rozpiętości od 1 -100 km. To jest wiedza, doświadczenie, intuicja i ogromne serducho do nas i samego biegania. DZIĘKUJĘ!!!

To byłoby na tyle, biegów było jeszcze kilka ale o tym niech opowiedzą ich bohaterowie 🙂

       ELA