Search Menu

Moje 21,0975 km nie(szczęścia)

Zacznijmy od tego, że treningowo w ogóle nie byłam przygotowana pod ten dystans ( ostatni raz polówkę biegłam prawie 2 lata temu, na początku ciąży ) więc był to pełen spontan za zgodą trenera rzecz jasna 😉 . Padło na Nocny Półmaraton we Wrocławiu, zapisałam się w tzw. dogrywce i byłam jedną z tych szaleńców, którzy za pakiet zapłacili 170 zł haha 😂 Dzień przed trener dał wolne, a ja nie wiedziałam czym się zająć ale jak mus to mus. W dzień półmaratonu z rana miałam do zrobienia rozruch i już w nogach czułam, że to będzie ciężki bieg. Szybkie ratowanie zimną kąpielą, popołudniowa drzemka i trzeba było się powoli zbierać do Wrocławia. Zajechałam jeszcze do rodzinnego miasta, w końcu jest po drodze no i tu zaczęły się schody, bo straciłam poczucie czasu i za późno wyjechałam. Zapomniałam chyba jak bardzo masowa jest ta impreza i że nad naszym rejonem przechodziła burza. Długo nie musiałam czekać na niespodzianki 😂 w Jaroszowie panowała powódź i już traciłam nadzieję, że przejedziemy ale jakoś się udało. Dojeżdżamy wreszcie do Wrocławia, jest 20:30 więc mam 30 minut na odebranie pakietu hahah i do tego nie ma kompletnie gdzie zaparkować. Lecę do biura a mój szuka miejsca bo niestety tam gdzie zaparkowaliśmy nie można było stawać i mieliśmy problemy z policją ( swoją drogą jacyś niemili Ci funkcjonariusze we Wrocławiu 😉 ) . Udaję się odbieram pakiet, jest 20:50 więc powinnam niedługo zacząć się rozgrzewać ale do auta mam jakieś 2 km i pędzę z tymi wszystkimi klamotami 😂 parkujemy 3 km od startu, także mam rozgrzewkę z głowy, coś tam potruchtałam, chwilka rozciągania, dwa rytmy i pędzę do swojej strefy czasowej … a i nie zapominajmy o „cudownej” tabletce do ssania, której nazwy nie wymienię dla swojego dobra 😂. Przeciskam się przez tłumy, mam 3 minuty no i pech nie docieram do swojego przedziału 1:21-1:30, za to startuje z 1:45 – także jest spora różnica. Ratuję sytuacje jak się da ale jest taki zator, że biegnę tempem 5:40 przez pierwszy km, więc możecie sobie wyobrazić moją minę.. Miałam zacząć od 4:20 – trudno mój błąd! po km wyprzedzam ludzi i pytam na jaki to czas, jakiś pan odpowiada no „my tak na góra 1;45 niech pani leci do przodu ! ” no to lecę ! Nadrabiam jak się da i po jakimś czasie znajduje się w pobliżu 1:35 ale ich tez trzeba wyprzedzić 🤔 po 10 km znalazłam się tam gdzie miałam być na początku, nie tak miął wyglądać ten bieg! od 12 km zaczęły się problemy z żołądkiem ( cały czas czułam tą tabletkę, która zażyłam przed biegiem ) i szczerze ? chciałam dobiec do 15 km i zejść bo słabo się czułam, mój organizm po prostu nie toleruje takich składników. Biegnę jakoś dalej, w głowie tysiące myśli – ” zejść czy biec dalej ? „. Już mi nawet zaczęło być obojętne jaki będę miała czas na mecie. Na 19 bądź 18 km widzę znajomych kibicują, krzyczą przyspiesz – a ja nie mam już sił, kręci mi się w głowie a do tego leje jak cholera, ale się nie poddaję. Przypominam sobie słowa Darka , że nie można rezygnować i myślę sobie ; ” kobieto przecież Ty 9 miesięcy temu urodziłaś, co to dla Ciebie te 21 km, poród był gorszy 😂 !” Przyspieszam, nogi mnie niosą do stadionu. Jestem na mecie. Dobiegłam! Rozczarowana bo nie tak miało być, ale mam nauczkę i lekcje na przyszłość ! Czas 1:32:32 – życiówka!

Niby nie jest źle jak na te wszystkie przygody i to, że dopiero zaczynam poważnie trenować ale wiem, że stać mnie na więcej ! A i zapomniałam dodać, że murawa boiska została przeze mnie poświęcona tuż po przekroczeniu mety, wybaczcie ! 😂 Pozdrawiam Jagoda