Search Menu

Moje urwane 7 minut

29 października 2019

Dwa lata temu, po maratonie Orlen zadeklarowałam rozstanie z tym dystansem na dłuższy czas. Tej myśli towarzyszyło przekonanie, że mam jeszcze czas na wydłużanie dystansu, dopóki mogę jeszcze coś ugrać na 5 czy 10 km. Zawsze jednak, gdzieś tam w środku była chęć, marzenie pokonania jeszcze raz tych magicznych 42 km na dużej, najlepiej zagranicznej imprezie. Kiedy pod koniec ubiegłego roku nieśmiało zapytałam Anię i Grześka czy nie chcieliby ze mną pojechać, ku mojemu zadowoleniu okazało się, że owszem czemu nie i na dodatek Grzesiek, znany z doskonałej logistyki wziął się za organizację wyjazdu. Najpierw zapisy a potem klamka zapadła. Wybór padł na jedną z najszybszych tras w Europie Mainova Marathon Frankfurt. Teraz pozostało znaleźć hotel, zadbać o transport i no właśnie…. o formę biegową. Moje słowa do trenera, chcę to i to i Twoja w tym głowa, żebym to zrobiła 😉 ze swojej strony deklaruję wytrwać do końca w reżimie treningowym. Ostatnie 2 miesiące to rzeczywiście była jazda bez trzymanki, treningi, niektóre robiłam po raz pierwszy w życiu. Wszystko podporządkowane pod ten jeden start. Wyjazd zapowiadał się świetnie, wszystko poukładane, przelot samolotem, hotel blisko startu, idealne warunki. Sobota jeszcze piękna, ciepły dzień a prognozy na niedzielę 10 rano zwiastowały idealne warunki do biegania 9-12 stopni, deszcz miał się pojawić ok. godz. 14. Pakiety odebrane, rekonesans zrobiony a potem już odpoczynek.

Niedziela przywitała nas jednak odmienną aurą. Szaro, buro, ponuro, na dodatek zimno i zmiana prognozy pogody. Wiatr i deszcz miały się pojawić już o 10 rano. Łaskawie dla nas pojawił się nieco później. Stojąc na linii startu w głowie miałam tysiące myśli, począwszy od strategii, jak zacząć, jest mnóstwo ludzi, po myśli żebym wytrzymała, żeby się nic nie wydarzyło, żeby nie zawieźć trenera, siebie i tych co mi kibicują. Tylko świadomość tego, że jestem przygotowana psychicznie i wytrzymałościowo pozwalała mi opanować emocje. Wiedziałam jednak, że po drodze wiele się może zdarzyć, to dystans który nie wybacza najmniejszego błędu. Ruszyłam z założeniem osiągnięcia maksimum celu, zgodnie z planem trzymałam się tempa mniej więcej do połowy dystansu. W tym miejscu padający już od kilku kilometrów deszcz był coraz bardziej dokuczliwy a na domiar tego zrobiło się wietrznie i bardzo zimno. Walka z wiatrem i zimnem skutecznie udaremniały chęci i możliwości jakichś zrywów. Jedyna myśl to żeby dotrwać do końca bez tzw. ściany i „dowieźć” wynik, który w tym momencie dawał już szanse na życiówkę. Trasa rzeczywiście szybka, ulice szerokie i można powiedzieć, że momentami biegło się bardzo komfortowo, chociaż mnóstwo zakrętów, które trochę wybijały z rytmu i wiele miejsc, które przebiegaliśmy po dwa razy. Sama się zastanawiałam czy to tylko deja vu czy jednak rzeczywistość. Po drodze wielu idących już biegaczy, gdzie nie gdzie słychać było sygnał jadących karetek. Ja nadal biegnę i weryfikuję strategię, liczę i mimo, że mam spory zapas na murowany r.ż. to jednak nadal chcę, żeby to nie była minuta czy dwie, nie po to trenowałam. Wiem też, że nie ma mowy o wyniku marzenie, ale to już przeszłość i trzeba biec dalej. Zegarek pokazuje 40, 41 km, próbuję nieco przyśpieszyć ale jakoś się ten km dłuży. Fakt, że w stosunku do zegarka oznaczenie kilometrów trasy znacznie odbiegało od wskazań gps. Mimo to lecę, biegnę 4:38/km, już niedługo, już widzę budynek hali, w której usytuowano metę, wbiegam na czerwony dywan. Mam to !!! 3:38:39 trochę ponad 7 minut poprawiona życiówka. Cieszę się, to rodzaj kompromisu pomiędzy tym o czym mocno marzyłam a tym co mogło się zdarzyć, czyli urwaną minutą. Bardzo obolała, bo skostniała z zimna, nie mogłam ruszyć ręką.

Po nałożeniu na mecie folii przeciwdeszczowych wytworzył się efekt sauny, gotowałam się od środka ale w moim sercu była ogromna radość. Żołądek i mięśnie wprawdzie jeszcze do wieczora były pospinane. Zrobiłam to!!! mam nowy PB, jestem cała, obyło się bez ściany, bez kryzysów jeśli mogłam ostatni kilometr pobiec w takim tempie.

Zwieńczeniem wyjazdu był totalny relaks i odrobina luksusu w hotelu. Widoki obłędne, open bar, zapełniony wszelakiego rodzaju alko, super kolacja. Wisienką na torcie było Wellness a wszystko to w Hiltonie. Jeszcze tylko lotnisko, samolot i kierunek dom.

Z tego miejsca dziękuję Ani i Grześkowi za cudowne chwile, za super organizację i trenerowi Darkowi Kruczkowskiemu za wszystko co dla mnie zrobił, za jego pracę, za cierpliwość i stałe przesuwanie moich granic.
Pozdrawiam Ela 🙂