Search Menu

Niczym przemiana z gąsienicy w motyla…

17 września 2020

Zima to pierwsze kroki bez kul… spacer wokół jeziora które ma niecałe dwa kilometry wydawał się wyzwaniem na skalę ukończenia maratonu. Niczym gąsienica powoli ale do przodu… To był trudny okres w moim życiu, kiedy ponownie po zabiegu usunięcia części pięty i wycięcia zmian powstałych w stopie musiałem od początku uczyć się chodzić. Na nowo uczyć się każdego kroku. Ten stan bez biegania trwał już ponad pół roku. Powoli traciłem nadzieje, że wrócę do biegania. Wtedy już nie liczyło się czy będę szybko biegał, ale czy w ogóle będę mógł przebiec spokojnym tempem dłuższy odcinek. Sposobem na zmartwienia, zabicie czasu, którego miałem dużo, za dużo stała się pomoc w treningach innym. Rozpisywałem plany treningowe, dzieliłem się wiedzą, doświadczeniem, ale i pomagałem w wyjściu innym z kontuzji. To był mój lek na brak kontynuacji mojej pasji jaką jest bieganie… Przyszła wiosna… to wtedy podjąłem pierwsze próby treningu. To właśnie w tym czasie zacząłem spokojnie truchtać. Dla mnie czas pandemii był wtedy zbawienny. Dla wielu zabrzmi to dziwnie, ale brak startów Znajomych w biegach i emocji związanych z nimi dawał mi pewien spokój w powolnym powrocie. Nie czytałem o super wynikach, o wspaniałych imprezach.. .nie to, że życzyłbym komuś z nich źle, ale dawało mi to pewien komfort w tym trudnym dla mnie momencie. Nikt nie startował, wszyscy trenowali lub też zmieniali swój cykl przygotowań. Moje treningi, jeśli w tamtym czasie można było nazwać je treningami kończyły się najczęściej z zaciśniętymi zębami z bólu. Nie dzieliłem się tym z innymi. Wiedziałem, ze to na niewiele się zda. Pamiętam, że na jednym z treningów w czasie świąt wielkanocnych powiedziałem do mojego biegowego Towarzysza: „chciałbym w tym roku przebiec 10km w 40 minut, to byłoby coś!” Nie zrażałem się i wytrzymywałem ten ból. Starałem się o nim nie myśleć. Akceptować go, tolerować obecny stan. Zaprzyjaźniłem się z bolącą pietą, która nie odpuszczała. Lato… Moje ciało, mój organizm wygrał z bólem. Nie miałem już do czynienia z przeszywającym bólem pięty, a dyskomfortem który nie był już prawie dokuczliwy. Zacząłem wprowadzać coraz to mocniejsze jednostki treningowe. Samoczynnie zacząłem dostrzegać inny problem, którym nie był już ból, a brak wytrenowania. Sukcesywnie i powoli wchodziłem na wyższe poziomy. Powoli krok po kroku, tak jak zimą uczyłem się na nowo chodzić… Każdy trening zbliżał mnie do mojego celu, który głośno wypowiedziałem wiosną.. te 10km w 40’.. nastąpiło to całkiem nieoczekiwanie „z marszu”, na treningu – powoli rosłem w siłę. Czułem ogromną radość i chęć biegania. Byłem i jestem mega zmotywowany do przebiegnięcia każdego kilometra. Każdy kilometr daje mi niesamowitą radość, gdyż doświadczyłem braku tej pasji, niemożność jej kontunuowania. Byłem jak poczwarka w kokonie pełnym gromadzonej energii i radości…

Decyzja o pierwszym starcie nastąpiła w czerwcu. Chciałem sprawdzić się sam ze sobą, zobaczyć co prezentuję, jak reaguje mój organizm i ciało na jeszcze większą dawkę wysiłku. Wybrałem miting we Wrześni i dystans 5000m. Przed kontuzją dokładnie rok wcześniej zakończyłem bieganie startem na tym właśnie dystansie (17’13” Poznań). Do Wrześni przyjechałem z konkretnym celem – połamać 18 minut. Pamiętam, że przed biegiem podczas rozmowy z Kolegą kiedy zapytałem na ile biegnie, podając wynik w granicach 17’50”. Odpowiedział „ na trening tutaj nie przyjechałem..” – zabolało, cholernie zabolało. Miałem wówczas świadomość, że jestem daleko od wyników, które osiągałem wiele lat temu (14’59” Gdańsk) ale wiedziałem też, ze po tej kontuzji mój poziom jest dużo niższy niż kiedykolwiek. Wystartowałem, dając z siebie ponad 100% możliwości zaczynając (przez pomyłkę) finisz 800 metrów przed metą. Osiągnąłem cel przybiegając w czasie 17’46”, notabene przegrywając ze wspomnianym Kolegą o kilka sekund. To dało mi ogromnego kopa motywacji i jeszcze więcej energii. Chciałem jeszcze więcej dać z siebie, dobiegać na omdlałych nogach zalanych kwasem… Czerpałem z tego „nakręcenia” coraz więcej radości, kiedy na treningach zaczynałem urywać kolejne sekundy na przebieganych odcinkach. Niewiele już zostało do końca pierwszej części sezonu. Z odsieczą przyszedł Nasz klub organizując koleżeński miting w Legnicy. Tutaj miało być dużo szybciej i mocniej. Decyzja o biegu na 3000m zapadła natychmiast. Ten bieg przy blasku jupiterów i głośnym dopingu dał mi ponownie niesamowitą moc.

Znów za metą leżąc walczyłem o każdy oddech łapiąc powietrze. Jednak wynik zaskoczył chyba każdego 9’55”. Dla mnie był jak wygranie głównej nagrody! Pobiegłem sercem dając z siebie chyba więcej niż na to był gotowy mój organizm. Wiedziałem już, że powracam.. to była niesamowita dawka pozytywnej energii, mocy i motywacji do dalszej pracy. Na koniec pierwszej części tego sezonu przebiegłem jeszcze w upalne popołudnie bieg organizowany przez Decathlon w Poznaniu potwierdzając, że mój poziom na obecnym etapie jest stabilny. Dystans 5000m pokonując zaledwie o sekundę gorzej niż w pierwszym biegu (17’47”) był bardzo dobrym rezultatem.

Przyszedł czas planowania wakacji.. W czasie pandemii oczywiste było, że napotkam wiele ograniczeń chociażby logistycznych zatem niewiele się zastanawiając obrałem kierunek dobrze mi znany – Szklarska Poręba. Setki razy już wspominałem , ze to miejsce jest dla mnie magiczne. Droga pod reglami to miejsce moich młodzieńczych lat, wspomnień trzydziestoletniej pasji w której trwam.. czułem, że znów rosnę w siłę. Biegało mi się coraz to lepiej, co widoczne było na mocnych jednostkach. Po adaptacji do wysiłku na wyższej wysokości, z czym ostatnie lata miałem ogromny problem zdecydowałem się bezpośrednio ze Szklarskiej na wyjazd w wyższe góry. Za namową wielokrotnego medalisty Polski, w którego cieniu rozpoczynałem swoją przygodę z bieganiem Darka Kruczkowskiego wraz z nim rozpoczęliśmy wakacyjne bieganie w Alpach Salzburskich. To był porządnie przetrenowany czas. Porządnie wcale nie oznaczało katorżniczych treningów i ogromnego kilometrażu. Każdy trening był przemyślany i analizowany. Wyszło super!

Pierwszy raz od wielu lat czułem, się po wysokich górach silny. Do najbliższego startu był jeszcze miesiąc…   Chwila prawdy.. to pierwszy start w drugiej części sezonu. Po kontuzji został tylko dyskomfort i sporadyczny ból po mocniejszym bieganiu. Bardziej czuję braki z nieprzetrenowanej zimy. Pomimo tego mam w sobie moc! Tak też podszedłem do pierwszego startu na dystansie 5km na torze wyścigowym w Poznaniu. Mogę wiele sobie zarzucić w tym biegu, ale wynik dyskwalifikuje i sprowadzana na dalszy plan te małe niedociągnięcia – 17’20”! To zaledwie o 7” wolniej niż rok temu, kiedy biegałem na bardzo fajnym poziomie! Euforia radości i kolejna dawka pozytywnej energii! Nie spodziewałem się, że tak wszystko może fajnie przebiegać!

Tydzień po tym starcie powiedziałem – teraz finalna próba. Start na bieżni na dystansie już wszystkim znanym: 5000m. Pogoda zdecydowanie nie sprzyjająca bieganiu na czas, ale nie było to dla mnie istotne. Czułem się bardzo mocny psychicznie i fizycznie. Wynik w ferworze walki do ostatnich metrów to potwierdził – 17’30”! Ponownie wskaźnik wysiłku przekroczył skalę notując powyżej 100% zaangażowania i oddania!

Już prawie jesień…. A przede mną jeszcze tyle wspaniałych i barwnych jak motyle chwil…

#moja_bieżnia_ma_zawsze_400_metrów

Pozdrawiam Tomek