Search Menu

Nie zacznij za szybko!!!

Decyzja o starcie w Rybnickim Półmaratonie Księżycowym została przeze mnie podjęta na fali sukcesów moich koleżanek i kolegów klubowych, zapragnęłam jak oni poczuć atmosferę dużych imprezach biegowych 🙂 Znalazłam zawody w Rybniku, już sama odległość 267 km od miejsca mojego zamieszkania wywołała u mnie zwątpienie, do tego musiałam ustalić z naszym „treneiro” czy mój start jest w ogóle możliwy, bo przecież nie trenowałam pod półmaraton. No i został jeszcze jeden najtwardszy orzech do zgryzienia 😉 mój mąż. Chłopak 🙂 miał już swoje plany więc wyjazd na weekend do Rybnika nie będzie mu zdecydowanie na rękę. Ja tylko biegnę, natomiast On mnie wiezie, nosi torby, kibicuje, denerwuje się, czeka 🙂 Nic przyjemnego 😉 Mimo moich obaw Darek nasz trener wyraził zgodę i na około tydzień przed startem zmodyfikował trening na tyle ile się dało i dał sygnał, że ten start może się udać z jednym zastrzeżeniem – nie zacznij za szybko! Mąż również dostosował swoje plany do moich, także pozostało tylko dojechać i dobiec 🙂 Na miejscu spotkała mnie ogromna niespodzianka bo okazało się, że rodzina która zamieszkuje w okolicach Rybnika postanowiła zwartą grupą mi pokibicować. Ich obecność choć bardzo mnie ucieszyła jednocześnie wywoła lekki niepokój i tremę. To miał być drugi półmaraton w moim życiu i pierwsze zawody gdzie bieg rozpoczynał się o godzinie 22. Ileż miałam w głowie tego dnia wątpliwości, najbardziej obawiałam się kłopotów żołądkowych na trasie.

Impreza okazała się bardzo dobrze przygotowana, spiker informował, że zgłosiło się tego dnia 1500 zawodników. Ruszyliśmy – w głowie miałam ułożony plan początek w tempie 4.20 a potem zacznę przyspieszać.

Ale jak to zwykle bywa plan planem, a życie układa swoje scenariusze, po pierwszym kilometrze zegarek wskazał tempo 3:44 myślę to jest nie możliwe bo przecież biegnie mi tak się bardzo lekko 🙂 zwalniam, ale nie widzę tempa na zegarku i trochę panikuję. Dobiegam do piątego kilometra a tam zegar wskazuje 19:36 myślę- Kruczkowski mnie zabije miało być spokojnie, a mąż pewnie teraz myśli, że jak tak będę dalej biegła to nie dotrwam do dziesiątego kilometra- dotrwałam 😉 Choć powtarzam okrążenie, kiedy rozpoczynam drugą dziesiątkę mam wrażenie, że biegnę inną trasą. Dopiero teraz zauważam, że trasa ma lekkie wzniesienie i niewielkie ale długie podbiegi. Do piętnastego kilometra biegnę prawie samotnie potem dobiega mnie grupka biegaczy. Spostrzegam zawodniczkę, która mnie właśnie wyprzedza- ma lekki biegowy krok i pięknie umięśnioną szczupła sylwetkę, która wskazuje na setki przebiegniętych kilometrów. Myślę – no Ta to biega! co ja tu robię, gdzie ja do niej ? Odpuszczę niech leci, na pewno nie wytrzymam jej tempa. Ona chyba czyta w moich myślach i przyspiesza a ja muszę podjąć w jednej sekundzie decyzję czy próbuję powalczyć czy pozwalam jej odbiec. Podejmuję rękawicę i trzymam się jej kroku. Tasujemy się do prawie 21 km, na około 500 metrów przed metą ryzykuję i przyspieszam, finiszuję. Wyprzedzam ja o 1 sekundę, a żołądek na mecie przypomina o sobie – wymiotuję 😉 Myślę- treneiro się ucieszy 😉 bo w końcu jak to się mówi w naszym klubowym żargonie- jest do porzygu 🙂 🙂
Ostatecznie poprawiłam rekord życiowy z marca o prawie 6 min 1:28:46 i zajęłam 2 miejsce w kat.

Pozdrawiam Teresa 🙂