Search Menu

Co maraton ma wspólnego z dobrym winem?

Jeśli ktoś mnie dobrze zna to wie, że nie zawsze biegam na wynik. Taka już jestem 😊 Czasami biegam po to, żeby się dobrze bawić i np. skończyć bieg w określonym czasie, albo biegnę w jakimś miejscu, które lubię, choć z góry wiem, że nie jest to czas i miejsce na robienie życiówek. Darek też wie, że bardzo trudno mi wyjść ze strefy komfortu – nie lubię tego i już. Z maratonem w Berlinie miało być inaczej. To od samego początku, odkąd dowiedziałam się, że zostałam wylosowana – miała być walka o życiówkę i w zasadzie to sprawiło, że nie mogłam do tego biegu podejść spokojnie. Najszybsza trasa na świecie w końcu zobowiązuje. Przygotowania jednak nie poszły mi najlepiej – złamany palec u nogi na początku sezonu, potem choroba i wyjazdy służbowe – wszystko to złożyło się na to, że w całym 2019 pobiegłam jedynie jeden bieg sprawdzający formę i to tylko 5 km, a ostateczne treningi zaczęłam chyba dopiero na początku sierpnia. Przez sierpień i wrzesień Darek mi nie odpuszczał – praca była ciężka, ale forma rosła z tygodnia na tydzień. Miałam wrażenie, że nadrobiliśmy naprawdę bardzo dużo – dlatego do Berlina jechałam pewna siebie. Jedyne co mnie martwiło to nieprzewidywalność dystansu królewskiego – nigdy człowiek ostatecznie nie wie, co się może wydarzyć podczas tak długiego biegu, zwłaszcza człowiek z tak małym doświadczeniem jak ja – to miał być dopiero mój trzeci maraton. Spodziewałam się więc wszystkiego. Na miejsce przyjechaliśmy już w piątek wieczorem. Może to będzie nieco przydługie, ale musze opisać to, co się dzieje w Berlinie na dzień wcześniej.

W sobotę rano mianowicie odbywa się tzw. Bieg Śniadaniowy. Jeśli kiedykolwiek będziecie brać udział w maratonie berlińskim to nie omijajcie tego biegu. To jest niesamowicie pozytywne doświadczenie – bieg na dystansie 6 km jest właściwie truchtem (tempo żółwia pustynnego), bierze w nim udział ok 10 tysięcy osób i jest to jedna wielka zabawa – ludzie biegną w różnego typu przebraniach, z flagami, śpiewając i tańcząc. Całe wydarzenie kończy się na stadionie olimpijskim wielkim śniadaniem – jest kakao, herbata, kawa, pączki, owoce i całe mnóstwo innych pyszności. Jest mnóstwo radości i pozytywnej energii – bardzo potrzebnej przed startem głównym na drugi dzień.


A teraz do meritum. Dzień zaczął się idealnie – było pochmurnie i chłodno, zapowiadany był deszcz, ale ja akurat lubię biegać w deszczu, więc szczególnie mnie to nie przerażało. Na starcie znalazłam się kilka minut przed godziną „zero” – miałam okazję zobaczyć start wózkarzy, elity i pierwszej fali. Potem ustawiłam się w swojej strefie i zanim się zorientowałam już ruszyliśmy. Moja taktyka była prosta – biec w tempie ok. 5:35 najdłużej jak się da, a potem walczyć o przetrwanie. I nie odpuszczać za żadną cenę. Naprawdę nie wiedziałam jak mój organizm zareaguje i co się będzie działo. Niestety tłumy na trasie zmuszały mnie do szukania swojego miejsca, wyprzedzania i ciągłego przepraszania kolejnych wolniejszych biegaczy. Przez pierwsze 10 kilometrów skupiłam się wyłącznie na tym. Potem trochę się rozluźniło, więc zaczęłam się rozglądać wokół. Na trasie było sporo kibiców, trochę zespołów muzycznych – niektóre nawet nieźle grały. Gdzieś w okolicy 20 kilometra zorientowałam się, że leje. Nie wiem jak wcześniej tego nie zauważyłam, ale byłam już kompletnie mokra, ulice były śliskie i chwilami trzeba było dosyć mocno uważać – zwłaszcza w okolicy punktów odżywczych (trzeba przyznać, ze było ich bardzo dużo – mniej więcej co 2,5 km). Zakładane tempo z dużą łatwością trzymałam do 27 kilometra i czekałam co będzie dalej. Od 27 do 35 musiałam się już mocniej skupić na utrzymaniu tempa, powoli czułam zmęczenie mięśni, nogi zaczęły boleć. Ściana przyszła gdzieś na 35-tym kilometrze – standard. Nogi zrobiły się słabe i mimo że cała reszta chciała biec to one jakoś nie chciały. Wiedziałam, że dobiegnę, walczyłam tylko, żeby to było jak najszybciej. Szukałam jakiejś coli – mieli dawać, ale nie było tego punktu. Lało coraz bardziej, przebiegałam przez kolejne kałuże i marzyłam tylko o tym, żeby zobaczyć w końcu Bramę Brandenburską. Trasa zaczęła kluczyć – za każdym zakrętem spodziewałam się tej bramy, a jej cały czas nie było. W końcu ją zobaczyłam, a kilkaset metrów za nią biało-niebieski balon mety. W momencie przebiegania pod bramą wybiło mi równe 4 godziny – liczyłam na to, ze uda się je złamać ale niestety – nie tym razem. Mimo to wynik cieszy i to bardzo. Życiówka poprawiona o ponad 8 minut. I wiecie co – mam ochotę na więcej 😊 mimo ze dziś boli mnie totalnie wszystko.

Na koniec kilka słów o organizacji. Wiem, ze Berlin słynie z dobrej organizacji i wspaniałych kibiców. Tych ostatnich na trasie jest naprawdę dużo w porównaniu z biegami w Polsce, i doping niesie biegaczy zwłaszcza w drugiej połowie dystansu. Niemniej jednak jak się miało okazję wypić Rioje Reservę (że pozwolę sobie użyć porównania do wina) to Beaujolais Nouveau nie będzie już smakować. Jeśli zastanawiacie się nad kolejnością – najpierw jedźcie do Berlina, a potem do Nowego Jorku, bo po NYCM nic już nie jest lepsze. Przyjemności w życiu trzeba sobie dozować w odpowiedniej kolejności 😊

 

Pasmo sukcesów

Moje pasmo sukcesów zaczęło się dnia 31.08.2019 r. podczas udziału w X Biegu z Policją w Górze. Chociaż sam start nie był sukcesem i nie zaliczam go do udanych, to ostatecznie ukończyłam go na drugiej pozycji w kategorii K20. W tym biegu rozgrywana była jeszcze jedna ważna dla mnie kategoria, a mianowicie Mistrzostwa Polski Policjantów na dystansie 10 km, gdzie zajęłam 3 miejsce w klasyfikacji generalnej kobiet. Co do samego startu, tak jak wspomniałam nie należał on do udanych, a wpływ na to miała pogoda, która chyba wszystkim startującym w tym dniu dała popalić- upał, duchota- nie było czym oddychać.

Odmienne odczucia przywiozłam z Piły, gdzie 08.09.2019 r. debiutowałam na dystansie 21,0975 km podczas 29. Półmaratonu Philipsa. Bieg był łatwy, płaski i przyjemny, jednak przed startem odczuwałam niepokój i stres, a w mojej głowie kłębiły się miliony myśli. Stanęłam na starcie i ruszyli, pierwszy kilometr klasycznie za szybko, niestety nie należę do rozsądnych biegaczy i już na pierwszych kilometrach wypatrzyłam sobie długie, smukłe, męskie nogi, za którymi biegłam do 12 km- powtarzałam sobie: ten chłopak ma plan na ten bieg, trzymam się go! Jednak mój głos nierozsądku odezwał się i mówił: masz jeszcze dużo siły, nawet się nie zmęczyłaś, przyspieszaj, kiedy jak nie teraz? I tak właśnie zrobiłam, po 12 km opuściłam długie, smukłe nogi i ruszyłam w szaleńczą pogoń. Najpierw na cel obrałam sobie dwie kobiety będące w zasięgu mojego wzroku, po zrealizowaniu celu sukcesywnie zaczęłam wyprzedzać mężczyzn. Wielką rolę odegrali kibice, którzy stali na całej trasie biegu, mocno mnie wspierali swoimi brawami i okrzykami. I dobiegłam do mety nie wiem skąd wzięłam te nieskończone pokłady energii. Dziękuję długim, smukłym nogą i wszystkim kibicom to było niesamowite przeżycie. Za wielki sukces uważam czas ukończenia biegu: 1:25:20, dodatkowo zajęłam 1 miejsce w Międzynarodowym Pucharze Policji w Półmaratonie.

I tak z wielką radością wróciłam do domu, by już 14.09.2019 r. wystartować w II Biegu Przyjaźni- XVII Biegu Służb Mundurowych w Głuchołazach na dystansie 12 km. Trasa nie była łatwa ze względu na liczne podbiegi, prowadziła częściowo po stronie Polskiej, a częściowo po stronie Czeskiej. Piękna okolica warta odwiedzenia. Na metę dobiegłam jako druga kobieta w klasyfikacji generalnej mundurowych i jako druga Policjantka, także kolejny sukces.

Wielkie podziękowania z tego miejsca składam trenerowi, za poświęcony czas i cierpliwość, jak również dla całego KRT, bo bez Was by mi się nie chciało, dziękuję za wszystkie miłe i dodające otuchy słowa, zarówno przed startami jak i po nich.

Pozdrawiam Patrycja.

Wszystko pod kontrolą

Jak połączyć pasję biegania z górską turystyką? Nie jestem „ścigaczką” i nigdy nią nie będę. Za to od zawsze kocham góry i nie ma roku bym nie pokonywała kolejnych szlaków turystycznych. Niestety, praca zawodowa ogranicza mnie czasowo. Pewnie jak każdego z NAS. Trudno standardowo zaplanować trening biegowy, szczególnie na weekendy i jeszcze móc wyskoczyć na szlak w górki podelektować się widokami, horyzontem i wolnością w ciszy. Ale jest na to sposób! Od dłuższego czasu mam apetyt na ultra. Jednak do celu jeszcze długa droga i ciężka praca. Mając za sobą kilka półmaratonów górskich, w 2019 roku postawiłam zrobić kolejny krok do przodu. Długo dojrzewałam do tej decyzji aż stało się. Dokładnie 1 sierpnia 2019 r. opłaciłam start na 35 km. Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój, rewelacyjna impreza. Miejsce, do którego w tym roku powróciłam po raz szósty. Była Życiowa Dycha, Runek Run aż w końcu przyszedł czas na VisegRun bieg 7 Dolin z przewyższeniem 1520 -1380 m.

Do Krynicy w przeddzień biegu dotarłam z Trenerem, który osobiście chciał wspierać swoich podopiecznych, biorących udział w innych biegach Festiwalu. Uspokajał mnie tłumacząc, że głowa musi być „wolna”. Ale niestety. Strach narastał.

Sobota rano, autokary pełne biegaczy docierały kolejno na miejsce startu tj. Mniszek nad Popradem. Bez mała 1300 osób. O 11.30 gotowi podjąć wyzwanie z naturą ruszyliśmy. Pierwsze 4 km po szerokiej nowiutkiej drodze asfaltowej. I gdyby nie to, że nagle z za chmur wyjrzało słonko (uff gorąco) dając nam pierwszego „psztyczka”, pomysł z nowym miejscem na start był ok. Obiecałam sobie, że pobiegnę rozsądnie. Równo bez szarpania a na podbiegach delikatnie bez ścigania. Nie wiedziałam co mnie czeka. Ile dam radę przebiec? Czy nogi wytrzymają? Mapka biegu skutecznie zadziałała na moją wyobraźnię i żołądek oczywiście. Ten niestety skurczony jak kamień utrudniał mi zbieganie, po wąskich ścieżkach, kamieniach i w gęstym towarzystwie innych biegaczy. Głębokie wdechy, uzupełnienie magnezu i minerałów przyniosło lekką poprawę. Pozostało pokonać Wierchomlę. Obraz jaki ukazał się moim oczom był jednoznaczny. Będzie ciężko. W tym momencie obejrzałam się za siebie. Cudowne widoki. Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont. A co przede mną, mnóstwo podchodzących szybciej lub wolniej kolorowych ludków i przekonanie, że wszyscy cierpią a ja razem z nimi. Sztywniały nogi a szczególnie stopy. A efekt tego taki, że zbieg był bardzo asekuracyjny. Trzy godziny zapasu w ustalonych limitach spowodował, że czułam się bezpiecznie. I nagle 21 km. Znana mi ścieżka sprzed 2 lat. O dziwo czułam się coraz lepiej. Łyk coli i kęs banana na 23 km dodał mi jeszcze większego powera. Nogi stały się lżejsze. Niewiedzieć kiedy minęłam Runka. Przede mną już tylko jakieś 8 km zbiegu. Mimo to musiałam zachować ostrożność. Zmęczenie dawało o sobie znać. Korzenie, kamienie i znów wąskie ścieżki. Skipy i przeskoki. Aby do przodu. Niestety na 32 km nie obeszło się bez upadku. Niespodziewanie omijając jednego z biegaczy zaczepiłam o korzeń. Upadek spowodował nagły skurcz w lewej łydce. Nie dałabym rady wstać bez pomocy kolegi z trasy. Obejrzałam nogę i stwierdziłam , że nic poważnego się nie stało. Podziękowałam za pomoc i już pełna euforii biegłam w stronę mety. A tam, mnóstw kibiców głośno dopingujących. Ach co to było za wspaniałe uczucie. Dałam radę !!! I od razu pomyślałam – wracamy tu za rok Trenerze 🙂

Pozdrawiam Sylwia 🙂