Search Menu

4 Dniowa przygoda

„4 Dniowa biegowa przygoda, a dokładniej FESTIWAL BIEGOWY W KRYNICY ZDRÓJ 2018”

Na festiwal pojechałem zdobyć cenne doświadczenie. Zobaczyć jak wygląda jedna z największych imprez biegowych oraz wystartować w gronie najlepszych zawodników z Polski i wielu bardzo utalentowanych biegaczy z zagranicy.

Dzień 1 – Długa męcząca podróż z Jeleniej Góry do Krynicy Zdrój. Wieczorem jeszcze małe problemy z żołądkiem, dlatego jak najszybciej położyłem się spać, aby odpocząć.

Dzień 2 – Rano całą drużyną wyszliśmy na lekki rozruch, następnie udaliśmy się na Krynicki deptak odebrać pakiety startowe. Mój pierwszy start na festiwalu dokładniej „Nocny bieg na 7 km o puchar przeglądu sportowego” zaplanowany był dopiero na godzinę 22:35, dlatego wróciłem do domku odpoczywać i zbierać siły na bieg. Nie mogłem się doczekać startu, z godziny na godzinę czas mi się dłużył chciałem już być na lini startu i biec. Mija parę godzin i została mi nie cała godzina do startu. Wychodzę na rozgrzewkę czuję się bardzo dobrze i jestem dobrej myśli, a tu nagle skurcz w nodze. Po chwili nie wiedziałem czy to chwilowe czy sobie coś zerwałem. Nie ukrywam trochę się zestresowałem. Na szczęście po chwili po bólu i stresie nie było śladu. Ustawiam się na lini startu. 3,2,1 i ruszyli! Pierwszy kilometr bardzo mocny. Mimo to nie odstawałem od czołówki bo wiedziałem że za chwilę ciężki podbieg i tam zawalczę. Przed startem wymyśliłem sobie małą taktykę którą zachowam w tajemnicy, miałem ją zamiar wykorzystać właśnie na podbiegu. Wszystko poszło po mojej myśli na podbiegu prowadzę. Mijam 3,5 km gdzie czeka mnie nawrót i długi ostry zbieg do mety. Na nawrocie wiedziałem że rozegra się ten bieg między mną, zawodnikiem z Mołdawi i zawodnikiem z Polski. Biegniemy w trojkę mijamy 5 km, na zegarku widzę czas na kilometr 3:02, a do mety jeszcze 2 kilometry. Tempo się utrzymuje przez cały czas nikt nie ma zamiaru zwalniać. Wbiegamy na deptak gdzie czeka nas ostatni kilometr biegu nikt nie miał zamiaru odpuszczać. Na metę wbiegłem jako 3. Byłem bardzo szczęśliwy i zadowolony bo mogłem zaliczyć ten bieg jako mój kolejny sukces.

 Dzień 3 – Od samego rana emocje związane z biegiem 7 Dolin na 100 km gdzie startowała Paulina i Paweł najwięksi mocarze z klubu KRT. Cały czas w telefonie obserwowałem międzyczasy z trasy i mniej więcej wiedziałem kiedy się zjawić na mecie, aby dopingować ich na ostatnich metrach. Paweł dobiega uśmiechnięty do mety, a parę minut po nim Paulina która ukończyła bieg na 3 miejscu. Wszyscy czuliśmy ogromną radość widząc jak  nasza klubowa koleżanka osiąga swój życiowy sukces:). Tego dnia jeszcze miałem okazję poznać i chwilę porozmawiać z polskim Mistrzem biegów górskich Marcinem Świercem oraz rekordzistą i reprezentantem Polski w maratonie Henrykiem Szostem. Super chwila i ogromna motywacja.

Dzień 4 – W ostatni dzień Festiwalu miałem okazję sprawdzić się w biegu na Jaworzynę Krynicką. Trasa biegu liczyła 2,5 km z przewyższeniem około 450 m. Kto był ten wie że przebiegnięcie całej trasy bez przejścia do marszu jest mało możliwe. Nie jeden biegacz jaworzynę nazwał by ścianą płaczu. Ja lubię ryzykować, dlatego przed startem postawiłem sobie cel że przebiegnę całą trasę mimo wszystko. Na zegarkach godzina 13:30 a więc odliczanie 3.2.1 Start!. Ruszyłem bardzo spokojnie. Pierwsze 500 m biegłem swoim spokojnym tempem na 6 pozycji. Po chwili widzę że zawodnicy którzy biegną przede mną przeszli do szybkiego marszu. Mimo to że biegłem cały czas nie zbliżałem się do nich. Wtedy przez głowę przechodziła mi myśl czy szybki marsz nie będzie lepszym rozwiązaniem. Powiedziałem sobie Nie! i bardzo szybko wyrzuciłem tą myśl z głowy. Postawiłem sobie cel i zrobię wszystko żeby się udało go zrealizować. Mijam pierwszy kilometr zaczynam wyprzedzać po kolei wszystkich zawodników i już prowadzę bieg. Wiedziałem że już nie odpuszczę. Przez chwilę jeszcze z jednym zawodnikiem się wymienialiśmy raz on prowadził raz ja. Nie do końca mi się to podobało, dlatego postanowiłem zaryzykować i zdecydowanie przyśpieszyć. Z metra na metr budowałem co raz większą przewagę. Patrzę na zegarek tam zobaczyłem że już 2 km za mną. Zostało mi tylko i aż 500 m  do mety. Widzę trenera, który krzyczy mi że przewaga jest spora, to jeszcze bardziej mnie zmotywowało i przyśpieszyłem.

Przede mną już tylko meta i duża ilość kibiców. Na metę wbiegłem z ogromną radością i łzami w oczach. Na jaworzynę wbiegłem w 18 minut i 2 sekundy z przewagą 40 sekund nad drugim zawodnikiem.

Minęła chwila emocje lekko opadły i po raz pierwszy miałem okazję udzielić wywiadu TVP. Jeszcze nie dawno marzyłem o tym żeby zobaczyć siebie w telewizji, teraz to się spełniło. Na festiwal jechałem ze spokojem zdobyć jak największe doświadczenie, nie sądziłem że uda mi się osiągnąć tak wspaniałe wyniki. Teraz wiem że im ciężej się trenuję tym bardziej sukces cieszy i uszczęśliwia, ale trening to przecież nie wszystko. Trzeba mieć swojego mistrza od którego można się uczyć, który zna się na bieganiu i poprowadzi mnie dobrą drogą do sukcesów. Moim mistrzem jest mój trener Darek 48-krotny medalista Mistrzostw Polski założyciel klubu KarkonoszRunningTeam, bez którego byłoby mi ciężej uwierzyć że to wszystko co robię ma sens. Dziękuje Trenerze i dziękuje drużyno za  spędzenie czasu w super atmosferze.

Pozdrawiam Krzysiek 🙂

MOJA MILA I NIE TYLKO

MOJA „MILA” CZYLI KRÓTKA HISTORIA JEDNEGO CHIPA I NIE TYLKO

Jakże rożni, inni jesteśmy a jakby tacy sami. To fantastyczne jak ludzi tak różnych charakterem, sposobem bycia, łączy jedno: MIŁOŚĆ do biegania, wyrażana na tysiąc różnych sposobów. Każdy biega inaczej, jedni szybciej, drudzy wolniej, krótkie, długie dystanse a jednak realizujemy się w swojej roli, słowem każdy ma swój „szczyt”. W ubiegłym roku obiecałam sobie, że jeśli nic się nie wydarzy to w tym roku ponownie zmierzę się z dystansem jednej mili. Po ubiegłorocznej przygodzie obudził się we mnie duch sprintera, mimo, że uwielbiam długie dystanse to jednak moje początki były związane głównie z bieżnią. Ku mojemu zdziwieniu organizator, pewnie z prozaicznych powodów         (sponsorskich) zmienił dystans biegu na 1918 metrów. Trochę nie po mojej myśli, jednak trzeba było się z tym zmierzyć, najpierw pozytywnie przejść eliminacje a potem ile fabryka dała. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. I tak nastała ta chwila, eliminacje absolutnie na tzw. lajcie, wszystko pod kontrolą, zwłaszcza że do biegu głównego dzieliła mnie tylko godzina, nie było więc sensu tracić energii a rywalki jakby znajome z ubiegłego roku. Z dwiema z nich przegrałam, teraz chciałam powalczyć. Jedna zawodniczka z Ukrainy, jak się potem okazało była zawodowa biegaczka była poza moim zasięgiem ale reszta była kwestią absolutnie otwartą. W głowie tylko myśli, spokojnie dasz radę, jesteś przygotowana, nic się nie może zdarzyć a jednak… Trzy, dwa, jeden, start i co ? i czar prysł, już po starcie zobaczyłam rozwiązaną sznurówkę mojego buta, na dodatek ta na której był chip. W głowie sto tysięcy myśli, jak to się mogło zdarzyć, pierwszy raz w życiu, takie rzeczy zawsze mam pod kontrolą, nieeeeee tylko nie tooooooo. Lecę jednak dalej, co ma być to będzie, kontrolowałam bieg, mniej więcej do połowy dystansu z rozwiązanym butem biegłam na 3 pozycji, tuż za drugą zawodniczką ( z którą miałam porachunki z zeszłego roku). Po nawrotce nie dałam jej jednak szans i całkiem swobodnie biegłam do mety na drugim miejscu. I kiedy wydawało się, głównie trenerowi 🙂 że już nic się nie może zdarzyć to przy tej zawrotnej, nawet jak dla mnie prędkości, moja sznurówka tak fruwała, że i chip pofrunął hen daleko. Spanikowana, w przeświadczeniu o dyskwalifikacji, bo tylko taka myśl przychodziła mi do głowy stanęłam na ok. 300-250 metrów przed metą w poszukiwaniu zguby, jak w amoku, dopiero jak przegoniła mnie ta trzecia i jak spiker, znaczy nasz klubowy Tomek warknął do mikrofonu ruszyłam w pogoń. To była chyba najszybsza dwusetka jaką biegłam ale udało się dosłownie na kilka kroków przed metą wyprzedzić i zająć jednak 2 lokatę.

W tym miejscu nie mogę pominąć moich kochanych klubowiczów a w szczególności pokłony dla Asi i Adama bo nie dość, że o mało nie przefrunęli przez barierki to ich głos był donośniejszy niż Tomka z mikrofonem. Dzięki bardzo, to dodało skrzydeł. Taki horror zafundowałam sobie, trenerowi i kibicom, dobrze, że z happyendem. Kiedy stanęłam na podium dużej sceny ścisnęło mi serce, gardło nie powiem co jeszcze a przecież to nie koniec krynickiej przygody.

Już następnego ranka stawiliśmy się dumnie na starcie biegu życiowej dychy, która nie wiedzieć czemu tak się przewrotnie nazywa, bo nielicznym się zdarza zrobić na tej trasie tzw. życiówkę. Trasa niby z górki a jednak nie całkiem, od szóstego kilometra jak za ścianą pojawił się wmordewind i nie chciał przestać, niemal jak hamulcowy i tak prawie do mety. Poczułam się spełniona, jak nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia skłoniłam biegnącego kolegę do poprawy rozwiązanej sznurówki, na której latał sobie swobodnie chip 😉 Nie byłam wyjątkiem i nie zrobiłam życiówki, utwierdziłam się jednakże w przekonaniu, że bieganie poniżej 45 minut jest już wytrenowane. Drugi wynik pozwolił na zajęcie 3 lokaty w kategorii. Po krótkim odpoczynku Asia, kierowca klubowy tego dnia odwiozła nas do Krynicy, gdzie znowu po szybkiej toalecie stanęliśmy na ostatnich metrach biegu 7 Dolin na 100 km, żeby wspólnie kibicować na ostatnich metrach. Deptak w Krynicy aż trząsł się jak nasze towarzystwo zdzierało gardła, dopingując najpierw kończącemu bieg Pawłowi a potem Paulinie. To są nasi klubowi MOCARZE. I znowu radość i znowu łzy. Dla mnie jednak emocje sięgnęły zenitu podczas dekoracji, tym razem na małej scenie. Popołudnie było dość długie, najpierw biegi, jedne , drugie, kibicowanie, wreszcie czas oczekiwania na dekoracje dały już się we znaki, czułam już zmęczenie i nie mogłam się doczekać końca, choć ciarki miałam na plecach jak koledzy klubowi Kamil z Krzyśkiem odbierali swoje nagrody, potem ja i znowu oni, tym razem w kategorii MASTERS. Kiedy już sądziłam, że możemy wracać okazało się, że moje nazwisko znów zostało wyczytane, II miejsce Mistrzostw Polski Masters.

Tym razem ledwo stłumiłam łzy, wzrok na trenera, z trudem opanowałam emocje. Na podium weszłam oszołomiona, nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Radość w sercu, łzy w oczach i wszechogarniające napięcie przemieszane z niedowierzaniem. W tym miejscu powiem tak, największe uznanie dla naszego Trenera, Darek Kruczkowski jesteś THE BEST !!! Mając taką liczbę zawodników, przygotować nas do tak dużej imprezy w tym samym czasie, na tak różnych dystansach i takiej rozpiętości od 1 -100 km. To jest wiedza, doświadczenie, intuicja i ogromne serducho do nas i samego biegania. DZIĘKUJĘ!!!

To byłoby na tyle, biegów było jeszcze kilka ale o tym niech opowiedzą ich bohaterowie 🙂

       ELA

100km do marzeń

Gdy w głowie zaczyna się coś tlić, pojawia się myśl a potem stawiam sobie cel. Tak jest ze wszystkim, tak chciałam kiedyś przebiec maraton, potem wystartować w maratonie górskim, ultramaratonie aż wreszcie dokonać czegoś dla mnie niezwykłego, ukończyć bieg na dystansie 100 km. Bo 100 km to już poważne bieganie więc musiałam być przygotowana nie tylko fizycznie ale mentalnie. W 2017 odpuściliśmy mimo, że jak się później okazało byłam na to już wtedy gotowa. Marzenia się spełnia. Zawsze to powtarzam- sobie i innym. I od początku sezonu właśnie z tą myślą układaliśmy z Darkiem mój plan treningowy i startowy. To wyzwanie nie tylko dla mnie ale także albo i przede wszystkim dla Trenera, bo ułożyć wszystko, by zagrało nie jest łatwo. To miał być inny sezon. Praktycznie wszystko ustawione pod ten jeden start docelowy w sezonie. Po drodze pojawiły się wątpliwości, jednak na 5 dni przed startem ostatecznie zdecydowaliśmy, że ryzykujemy. Bo jak nie teraz to kiedy??
Ustaliliśmy taktykę, zadbaliśmy o szczegóły. Pozostało o 3 nad ranem ustawić się wśród najlepszych biegaczy górskich w kraju na linii startu i ruszyć na trasę. Wiedziałam, że muszę zacząć spokojnie. W głowie podzieliłam sobie dystans 100km na odcinki i z taką myślą biegłam. Noc, cisza zupełna a jedyny dźwięk dochodzący moich uszu to ciężki oddech biegaczy i stukot kijków. Światła czołówek, piękne bezchmurne niebo i tysiące gwiazd a pod nogami mnóstwo kamieni, korzeni i błota.To była piękna chwila.
Kilometry mijały mi bardzo szybko, pierwszy fragment trasy do Rytra, który przebiegłam jedynie raz podczas rekonesansu wydawał mi się… jakiś inny niż rok temu. Nie pamiętałam praktycznie nic, jedynie przypomniał mi się fragment z moich notatek „kamienisty zbieg” i faktycznie na trasie tak było. Tak naprawdę pierwszego odcinka jakoś nie zarejestrowałam i po prostu nie chciałam się na nim skupiać, musiał minąć a moim celem było dotrzeć do Rytra i ruszyć na trasę, którą znałam bardzo dobrze.Na punkcie odżywczym odbiłam tylko chipa, od Grzesia i Darka, którzy w tym dniu byli moim supportem wzięłam tylko kolejne bidony i ruszyłam przed siebie. Na „swojej” trasie czułam się już dobrze. Wiedziałam czego się spodziewać. Dopiero od tego momentu miała zacząć się prawdziwa zabawa. I nawet ta Przehyba jakaś straszna nie była, jakby z roku na rok coraz łagodniejsza? To tutaj zbliżyłam się a w końcu i wyprzedziłam Kasię Winiarską, która uciekła mi na kilka minut. Starałam się kontrolować bieg i przewagę jaką powolutku wyrabiałam. Początkowo błędnie myśleliśmy, że przede mną są tylko 3 dziewczyny i jakie było moje zdziwienie gdy na podejściu na Eliaszówke, wyprzedziłam kolejną dziewczynę i po krótkiej wymianie zdań okazało się, że ona także biegnie 100km. Pomyślałam sobie wtedy, że „mam jednak dwie na ogonie”. I to jakby mnie spięło, bo zupełnie się tego nie spodziewałam. W głowie milion myśli. I chyba nawet pojawił się strach. Starałam się wtedy zająć głowę zupełnie czymś innym- śpiewałam- w myślach oczywiście, bo tylko to wtedy chyba mi pomagało. Do kolejnego punktu w Piwnicznej dobiegłam jeszcze w dobrej dyspozycji. Od chłopaków dowiedziałam się jaką mam stratę do liderek i jaką przewagę nad goniącymi mnie dziewczynami. Szybka wymiana pustych bidonów i w drogę. Ostatni 34-kilometrowy fragment trasy w zeszłym roku należał do mnie. To tutaj włączyłam wtedy 6 bieg i zawalczyłam. Teraz tez nie mogło być inaczej. Chciałam, bardzo chciałam „dowieźć” to 3 miejsce do mety. Podejścia musiały należeć do mnie. Krok po kroku wdrapywałam się coraz wyżej. Chyba tak naprawdę poważniejszy kryzys pojawił się, gdy poczułam, że zaczynaja łapać mnie skurcze w lewym udzie. Przed podejściem na Wierchomlę czekał na mnie Support. „To Twoja góra” to zapamiętam chyba do końca życia i zawsze myśląc o Wierchomli będę słyszała te słowa, które Darek wypowiedział mi jeszcze przed początkiem tego podejścia. Miał rację. W zeszłym roku byłam tutaj najszybsza, tutaj zawalczyłam i tym razem musiałam zrobić to samo. Wdrapując się po stoku powtarzałam te słowa jak mantrę. Nie chciałam się odwracać za siebie, patrzyłam jedynie przed siebie i zaciskając zęby szłam. Skurcze spinające mi „czwórki”, pot zalewający mi oczy wszystko już bolało a ja czułam w środku radość, że robię to ponownie, że walczę, że udowadniam sobie po raz kolejny, że mogę i potrafię a że wszystko jest w głowie a bieganie ultra to bieganie sercem. A ja to po prostu kocham! Cierpiałam bardzo, szczególnie na zbiegu. Tutaj nie miałam możliwości zbiegać tak jakbym chciała. Kołki a nie nogi, ból. Czy naprawdę to można kochać? To uczucie zupełnej bezradności? Od Szczawnika trasa już była mniej wymagająca ale zmęczenie powodowało, że kolejne kilometry wcale do łatwych i przyjemnych nie należały.
 „Myśl pozytywnie…” ta piosenka towarzyszyła mi chyba przez większość trasy. Zajmowałam głowę wszystkim, byle nie patrzeć na zegarek i nie wiedzieć ile jeszcze mi zostało. Co jakiś czas słyszałam tylko od Darka, który był w ciągłym kontakcie z innymi jak wyglądają starty czasowe. Usłyszałam 16 minut a do końca było jakieś 12 km, wtedy zaczęła się już „skomplikowana” matematyka- czy one dadzą radę biec na każdym km na tyle szybko by te stratę odrobić? Czy mają na tyle siły? Patrzyłam na tempo biegu i wiedziałam, że szału to nie ma i liczyłam jak szybko musiałyby biec dziewczyny, żeby wydrzeć mi te 3 miejsce. W głowie powtarzałam sobie słowa „one też mają w nogach już ponad 80km, są tak samo zmęczone albo i bardziej… muszę cierpieć, żeby później się cieszyć” Motywowałam się do biegu, choć nogi nie chciały już tak słuchać. Kroczek za kroczkiem przesuwałam się do przodu. W głowie istne szaleństwo- strach i radość, ból przeplatający się ze wzruszeniem. Łzy, które ukrywałam. Już nawet Trenerowi się oberwało, musiał już zamilknąć… miałam ja wyrzuty sumienia, miałam. Ale tyle emocji, że człowiek nie jestem w stanie zapanować nad wszystkim. Gdy wreszcie minęliśmy tabliczkę z napisem „5km” poczułam ulgę. Przede mną był ostatni fragment, ostatnie kilometry dzielące mnie od spełnienia marzenia. To musiało się udać! To był mój dzień. Tym razem na zbiegu nie byłam w stanie już przyspieszyć, musiałam się porządnie skoncentrować, by nie zaliczyć żadnej wywrotki i dotrwać do mety. Gdy wbiegłam już na deptak byłam przeszczęśliwa. Moi klubowi przyjaciele stali wzdłuż trasy i głośno mi kibicowali. Mogłam się wtedy cieszyć, przybić z nimi piątkę i widząc ich poczułam ogromna radość, bo z takimi ludźmi można wszystko!
Przed samą metą uścisnęłam jeszcze Trenera, podziękowałam i wbiegłam na metę jako 3 kobieta na dystansie 100 km!!
A na mecie „moje bębny”, piosenka życia ze specjalna dedykacją… tutaj łzy już się polały! Bo emocje sięgnęły zenitu. Tylu wspaniałych ludzi kibicujących mi przez cały bieg, przyjaciół którzy szczerze gratulują, cieszą się z mojego sukcesu i zawsze wierzący we mnie Trener.
Miałam wszystko! Nagle jakby zmęczenie minęło, jakby człowiek zapomniał, że zrywał się w środku nocy i spędził na trasie ponad 11 godzin, jakby nic się wielkiego ani ważnego nie wydarzyło. To koniec. Meta. Cel osiągnięty. Dopiero uściski bliskich, ich łzy w oczach i jednocześnie ogromna radość sprawiła, że zrozumiałam czego właśnie dokonałam. Spełniłam swoje marzenie. Stając na mecie nie wiedziałam nawet co myśleć, co czuć. Aż dziwnie. Co dalej? Gdzie tym razem? Bo, że to powtórzę-to wiem na pewno.
Góry się kocha bezinteresownie.
Bieganie się kocha na zabój.
Marzenia się spełnia, tylko trzeba znaleźć w sobie odwagę.
Dziękuje…