Search Menu

Cały rok, aby taki jeden dzień

🏆Relacja Krzyśka „Młodego” z  V Biegu Niepodległości w Jeleniej Górze 10.11.2018r.🏆

Bieg Niepodległośći to bieg na który czekałem cały rok i nie mogłem się doczekać. Czułem ogromny niedosyt po zeszłorocznym biegu, ponieważ wtedy na ostatnich metrach po słabym finiszu straciłem 3 miejsce i zająłem 5 miejsce z czasem 35:29. W tym roku start po raz pierwszy odbywał się wieczorną porą o godzinie 17. Tego dnia dobrze się wyspałem, rano jeszcze zrobiłem krótki rozruch i starałem się jak najwięcej odpoczywać. Pózniej chodziłem po domu i nie wiedziałem co ze sobą zrobić 🤔 . Chciałem już być na starcie i biec. O godzinie 15 pojechałem odebrać pakiet startowy i udałem się na ratusz w Jeleniej Górze, gdzie znajdował się start. Jeszcze trochę czasu spędziłem z przyjaciółmi, rodzinką i trenerem co mnie jeszcze bardziej motywowało. Chwilę po godzinie 16 rozpocząłem swoją rozgrzewkę. Czułem się bardzo dobrze i wiedziałem że ten bieg będzie bardzo dobry w moim wykonaniu. Po rozgrzewce ustawiłem się na starcie z bojowym nastawieniem. Wiedziałem jak mocno obstawiony jest ten bieg, ale nie bałem się bo wiedziałem jaki mam cel i na co mnie stać. Równo o godzinie 17:00 wystartowaliśmy. Pierwsze kilometry mijamy bardzo szybko. Spojrzałem na zegarek tempo 3:10 na km. Cały czas biegniemy w grupie 8 osobowej która utrzymywała się do trzeciego kilometra. Po 3 kilometrze ja i trójka biegaczy trochę odbiegliśmy od reszty trzymając cały czas równe tempo. Jeden zawodnik postanowił zdecydowanie przyśpieszyć i udało mu się trochę od nas odbiec. Ja wiedziałem że chwilę przed 5 kilometrem czeka nas podbieg. Właśnie na tym podbiegu postanowiłem powalczyć i dogonić prowadzącego. Powoli dobiegałem do niego i wiedziałem że w tym tempie którego się podjąłem dam rade go dogonić. Już na piątym kilometrze który minęliśmy z czasem 16minut i 58 sekund biegliśmy razem. Wszystko układało się po mojej myśli do momentu gdy na 6 kilometrze złapał mnie kryzys. Mocne skurcze w brzuchu i kolka 😩 . Po chwili dałem się wyprzedzić i biegłem na 4 pozycji. W głowie przez chwilę miałem najgorsze myśli że zaraz zdecydowanie zwolnię i kolejni zawodnicy zaczną mnie wyprzedzać. Bardzo nie chciałem po raz kolejny w swoim mieście być poza podium. Nagle uwierzyłem że ból może minąć zacisnąłem zęby i przyśpieszyłem. Na 7 kilometrze po bólu nie było już prawie śladu, może po prostu udało mi się wyrzucić go z głowy. Gdy dobiegłem do 3 zawodnika, a dokładniej Michała z którym się dobrze znamy z poprzednich biegów razem zaczęliśmy zmniejszać przewagę do prowadzącej dwójki. Moment w którym walczyłem z kolką bardzo mnie zmotywował. Uwierzyłem w siebie i gdy zobaczyłem na znaku że do mety zostały tylko 2 kilometry przyśpieszyłem i dogoniłem kolejnego zawodnika. 9 kilometr przebiegłem w tempie 3:10. Do mety został tylko jeden kilometr, a prowadzący zawodnik ma nade mną sporą przewagę. W tym momencie przypomniałem sobie mój słaby finisz z poprzedniego roku, nie mogłem teraz tego powtórzyć. Co raz bardziej się zbliżałem do prowadzącego. Ostatnie zakręty, mocny doping kibiców niósł mnie jak nigdy. Na ostatniej prostej doganiam i wyprzedzam pierwszego zawodnika. Zrobiłem to! Wbiegam na metę pierwszy z nowym rekordem życiowym 33minuty i 23 sekundy 😍 .

Nie potrafię opisać tego co czułem po przekroczeniu linii mety. Marzyłem o tym by kiedyś wygrać Bieg Niepodległości w swoim mieście, byłem bardzo szczęśliwy. Cieszę się że mogłem uczcić na sportowo 100-lecie Niepodległości. Do tego pobiegłem w tym roku o 2 minuty szybciej niż rok temu. Pokazuje mi to jak wiele mogę osiągnąć ciężko trenując. Zrobiłem w tym sezonie ogromny progres, a wszystko dzięki mojemu trenerowi Dziękuję Bardzo!. Gratuluję wszystkim ukończenia biegu, wspaniałych wyników i dziękuje za wsparcie szczególnie na ostatnim kilometrze bo było kluczowe 😊
Pozdrawiam Krzysiek.

Jeszcze raz New York

Jeszcze raz o starcie w Nowym Jorku, ale teraz jak to przeżyła Aga 🙂 

Nie lubię biegać maratonów – i właściwie ich nie biegam. Do tej pory na swoim koncie biegacza zapisałam tylko jeden – Orlen w 2017 roku – zbierałam się do niego kilka lat, przebiegłam w czasie 4:19 i jakoś nie rwałam się do kolejnych biegów na tym dystansie. Nawet nie pamiętam, dlaczego zapisałam się na losowanie do Nowego Jorku (chyba skusiła mnie perspektywa wyjazdu do Stanów), nie bardzo też wierzyłam, że zostanę wylosowana. Niespodziewanie okazało się, że szczęście się do mnie uśmiechnęło 🙂

Nie ułatwiałam też Trenerowi sprawy, jeśli chodzi o przygotowania: najpierw ekstremalny pomysł na urlop na rowerze w sierpniu, potem zawaliłam trening jedynej w tym roku 30-ki, a na końcu zafundowałam sobie trzytygodniowe zwiedzanie Stanów tuż przed maratonem. Mimo, że Darek robił co mógł – nie czułam się zupełnie przygotowana do tego biegu. Dodatkowo na dzień przed startem zostałam brutalnie uświadomiona co do trudności trasy (do tej pory myślałam, że jest płaska i szybka 🙂 ) I nagle wszystkie wątpliwości stały się nieistotne – szłam na strefę startu, obok mnie tysiące ludzi, szpaler policjantów oraz wolontariuszy. To może dziwne, ale właśnie ci policjanci i wolontariusze zmienili moje nastawienie – każdy, dosłownie każdy, którego mijałam mówił do mnie: „good mornig, have a nice run”, „hi, you are great”, „hallo, have a nice day”. To był początek czegoś niewiarygodnego, do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Bo to, co się działo na trasie tego biegu było niewiarygodne – próbujemy to opisać, ale nie da się oddać słowami tego szaleństwa. To przypominało zbiorowy trans – tych, którzy biegli oraz tych, którzy kibicowali. To trzeba przeżyć, żeby zrozumieć.
Ostatecznie moje przygotowanie okazało się na tyle dobre, że udało mi się wygrać z mostami Nowego Jorku i zrobić życiówkę. Przez 27 km czułam się świetnie i rozkoszowałam się atmosferą biegu, niestety Most Quensboro (chyba trzeci most na trasie) zweryfikował moje samopoczucie – męczący podbieg, nagły ból w łydce i życie już nie było takie piękne. Potem pozostała już tylko walka o utrzymanie tempa i o to , żeby nie przejść do marszu. Pomogli kibice na trasie i świadomość, że w kraju przyjaciele pchają moją kropkę w aplikacji biegowej. Maraton w Nowym Jorku jednak już zawsze będzie mi się kojarzył z ludźmi – z tysiącami kibiców na trasie; z pozdrowieniami policjantów; z wolontariuszką, która otuliła mnie folią i zakleiła ją taśmą; z panem w punkcie medycznym, który wmasował mi żel chłodzący w łydkę; z chórami gospel, zespołami rockowymi i dźwiękami salsy; z konfetti w Harlemie wystrzeliwanym w powietrze co kilka minut – z wielkim świętem biegowym. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

Biegaliśmy w Nowym Jorku

Tym razem pojawiliśmy się na ulicach Nowego Yorku. 48 TCS NEW YORK CITY MARATHON pozostanie w naszych sercach na zawsze.
Powiedzieć o tym biegu że jest niesamowity, to nie powiedzieć nic! Tyle słów się nasuwa, żeby opisać ten bieg, że aż tak trudno dobrać te właściwie, które opisały by to przeżycie. Pod każdym względem wyjątkowy, idealny w każdym calu, po prostu wymarzony. Ale po kolei. W dniu startu niby rutyna, ale tym razem nieco inna. Pobudka o 4:30 i śniadanie, tym razem pancakes z syropem klonowym i masłem, czarna kawa i sok pomarańczowy. 6:00 odjazd autobusem na Staten Island do miasteczka startowego. Po opuszczeniu autobusu udajemy się do kontroli przed wejściem do miasteczka, kontrola o standardzie podobnej do tej, którą znamy z lotnisk. Samo miejsce otoczone dziesiątkami policjantów, żołnierzy i innych służb mundurowych. W żaden sposób nie potęguje to w nas poczucia strachu. Wszyscy uśmiechnięci, nastawieni bardzo pozytywnie do biegaczy, oni tu s ą dzisiaj dla nas. Nad miasteczkiem nieustannie krążą helikoptery NYPD oraz telewizji. Po przejściu kontroli i wejściu do ogromnego miasteczka biegaczy podzielonego na kilka części, w zależności od fali, z którą się rusza, spotykamy idealnie przygotowane miejsce do oczekiwania kilku godzin na start. Tak kilku godzin, albowiem jedyny most, którym można dostać się na start zamykany jest o 7:00 godzinie, natomiast pierwsza fala startuje dopiero o godzinie 9:50 (Elita), a start kończy się o 11:00.

Oczekujący biegacze są świetnie przygotowani do oczekiwania, Staten Island jak sama nazwa jej wskazuje jest wyspą i przez to jest na niej dość wietrznie. Biorąc pod uwagę, że o poranku jest zaledwie 5 stopni każdy z nich jest bardzo grubo ubrany. Każdy z biegaczy prezentuje niesamowitą rewię mody second-hand. Ludzie poubierani są w zimowe kurtki, szlafroki. Dla wszystkich rozdawane są zimowe czapki. Większość z biegaczy, aby oszczędzać nogi śpi na ziemi. Ci lepiej przygotowani posiadają materace, śpiwory, a nawet kołdry i poduszki. W grupkach lub indywidualnie łapią resztki snu, aby maksymalnie naładować, akumulatory.

W miasteczku przygotowane są w nieograniczonych ilościach ciepłe napoje, kawa, herbata, kakao z miodem cukrem czy słodzikiem, tu liczy się każdy detal, każde upodobania biegaczy są dla organizatorów ważne. Jeżeli chodzi o bufet, to również było w czym wybierać, jeden ze sponsorów przygotował stoiska z bajglami, bułkami i pączkami. Woda izotoniki banany i inne słodkości to oczywistość. Również, żele energetyczne rozdawane są w nielimitowanej ilości dla każdego. Miasteczko oznaczone jest podobnie jak strefy startowe kolorami zielonym, żółtym, i niebieskim. W wyznaczonych godzinach, odpowiednich dla każdej strefy, ludzie zaczynają się gromadzić we właściwy miejscach, następnie przechodząc na start, który usytuowany na Verrazano-Narrows Bridge. I tu duże zaskoczenie, albowiem każda z trzech fal startuje inna trasą. Tak to ogromne zdziwienie, to niespotykane na innych maratonach. Jednak tu w NY ze względu na ogromną ilość startujących, ponad 50 tysięcy, organizatorzy, aby zapewnić płynność startu, puszczają każdą z trzech fal inna trasą, każda z tych trzech tras schodzi się w jedną dopiero około 4 mili. Tak więc każdy ze startujących z innej fali biegnie początek maratonu zupełnie inna trasą. My startowaliśmy z fali pomarańczowej, a więc biegliśmy górą dwupoziomowego mostu, którego długość wynosi ponad 4 km, a wysokość to 211 metrów, czyli jest jedynie 4 metry niższy od Sky Tower. Możecie sobie zatem wyobrazić, jaką niesamowitą panoramę można podziwiać z takiego mostu. Pogoda tej niedzieli była niesamowita, zero wiatru, błękitne niebo i temperatura oscylująca w granicach 12-15 stopni. Wymarzone warunki do biegania i podziwiania widoków, które przygotował dla nas tego dnia Nowy York. Widok na ocean zapiera dech w piersiach, powodując, że nie wiesz czy biec czy lepiej się zatrzymać i podziwiać widoki. Wielu biegaczy ulega pokusie wskakując na betonowe przegrody oddzielające jezdnie, aby wykonać selfi. Ale nawet to zdjęcie nie odda tych widoków.
Most jest kluczem tego biegu, albowiem to mosty odgrywają tu największa rolę na całej trasie, to one kolejno dewastują nogi każdego biegacza rozrywając włókna mięśniowe na strzępy.
W trakcie biegu myśli się o tym, iż każdy biegacz powinien tu wystartować choć raz. Biegnąc w gęstym tłumie zastanawiasz się kiedy się rozluźni. I okazuje się, że rozluźnia się dopiero na mecie. Nie tylko tłum biegaczy się nie rozluźnia, ale i kibice, tak kibice w NY to jest zjawisko. Można by o nich wydać album i napisać kilka artykułów. Od samego początku do samej mety są ich tłumy i każdy z nich kibicuje tak mocno, że masz wrażenie, że jesteś ich wszystkich znajomym. Coś w tym jest, NY kocha biegaczy i jest to miłość odwzajemniona, dzięki czemu masz ciary na całym ciele przez cały czas biegu. Czujesz się jak byś był na olimpiadzie, a wszyscy Ci ludzie są twoimi fanami. Zaangażowanie Nowojorczyków jest ogromne. Całe rodziny stoją na trasie, aby dodać Ci otuchy i podziękować, że wybrałeś właśnie ich miasto, aby pobiec NYC maraton. Drzwi kościołów są otwarte, a na schodach do nich śpiewają chóry gospel, na każdym rogu jest zespół, orkiestra, raperzy, dj. Każdy fragment trasy to inna impreza, każda dzielnica, która oferuje Ci muzyczną ścieżkę w stronę mety, właściwą dla kultury jej mieszkańców. Harlem i Bronx to rap i dobry mocny bit, który Cię niesie niczym tłum pędzący w handlową niedziele do Lidla. Brooklyn to wielkie orkiestry grające donośnie najbardziej motywujące kawałki. Queens wypełniony był kapelami rockowymi:) Ostatnie km przebiegają przez Central Park, w którym biegaliśmy niemal każdego poranka. Jednak tłum, który się tam zgromadził był niewyobrażalny, momentami przypominający górskie etapy Tour dr France, gdzie kolarze przeciskają się pomiędzy kibicami. Ludzie tam zgromadzeni doskonale podnosili na duchu na ostatnich kilometrach, które na maratonie są tak strasznie ciężkie. Nie pozwalali absolutnie nikomu, aby osiągnęła go niemoc. Te ostatnie kilometry mimo ogromnego już bólu biegliśmy dla tych ludzi. Te szczere zaangażowanie w kibicowanie wszystkim biegaczom jest niesamowite. NYC maraton to impreza biegaczy i kibiców, gdzie jedni bez drugich nie stworzyli by tak wspaniałego wydarzenia. Po przekroczeniu linii mety, kiedy ból zmiesza się z euforią, umysł jest zamroczony, a łzy cisną się do oczu, przejmują cię wolontariusze, którzy są tutaj niesamowici. Otrzymujesz medal, zakładają na ciebie folię nrc i zaklejają ja specjalną naklejka żebyś nie musiał jej trzymać i aby się nie zsunęła.

Otrzymujesz worek (recovery bag) pełen magicznych napojów i smakołyków proteinowych, fotografowie robią Ci zdjęcia na specjalnej ściance abyś miał pamiątkę, a następnie zakładają na ciebie ciepłe ponczo abyś w komforcie mógł wrócić do domu. Od minięcia linii mety do wyjścia spacer trwa jeszcze 30minut, aby opuścić strefę finiszera. Wolontariusze i policjanci biją brawo, podają ci dłoń gratulując,czujesz się jakbyś co najmniej wygrał ten maraton. Gdy wracasz do domu na stacjach metra ludzie ci gratulują, uśmiechają się do ciebie, widzisz ich oczach uznanie. Tego na próżno szukać w naszym społeczeństwie, które widząc nas po biegach obrzuca pretensjami, że zablokowaliśmy miasto i że miasto nie jest do biegania. Tu można zamknąć jedno z największych miast na świecie na 9h i tym samym obudzić w ludziach radość i chęć wyjścia na trasę o świadomego uczestnictwa w tej imprezie. Ludzie miło spędzają niedzielę na kibicowaniu maratończykom z całego świata, którzy odwiedzają ich miasto. Wracając do domu, siedzieliśmy na ławce w metrze podeszła do nas przypadkowa dziewczyna i powiedziała, że gratuluje ukończenia biegu i chce zrobić nam zdjęcie. A przecież byliśmy jedynie zwykłymi biegaczami. Jednak w oczach Nowojorczyków znajdowaliśmy uznanie na każdym kroku, wracając przez miasto w ponczo z logo NYC Marathon z medalem na szyi, ledwo włócząc nogami. Napotkani ludzie uśmiechali się i składali gratulacje, to niesamowite uczucie. Mimo, że byliśmy potwornie zmęczeni czuliśmy się wspaniale, że ktoś rozumie, ktoś docenia.

Jak tu nie kochać Nowego Yorku i biegania.
Asia&Adam