Search Menu

Debiut marzenie

Wizja maratonu krążyła nade mną już od dłuższego czasu. I pewnego sierpniowego dnia decyzja zapadła – zadebiutuję w Poznaniu. Nie byłabym sobą gdybym nie miała tysiąca wątpliwości, bo przecież zostało mało czasu, trzeba mocno i dużo biegać, a ja mam dużo zajęć, nie dam rady itp itd. Ale Darek był nieugięty ,a kogo jak kogo ale trenera słucham 🙂 No i się zaczęło. Istny kołowrotek. Trening, praca, trening, praca i tak dzień w dzień. Nie ukrywam, że bardzo trudno łączyć 2 treningi dziennie z pracą, dojazdami po 50km w jedną stronę, przeprowadzką i urządzaniem mieszkania. Ale nie ma nic za darmo. Teraz ciężko, ale wiedziałam, że jak wytrzymam to może później będzie łatwiej. Fajnie byłoby móc się skupić tylko na trenowaniu, ale takiej możliwości nie ma, więc trzeba sobie jakoś radzić bo jestem twarda sztuka.

I radziłam całkiem dobrze. Wszystko szło zgodnie z planem. Biegało się super, więc wizja startu była bardzo optymistyczna. Według Michałka byłam nieprawdopodobnie grzeczna przez ten cały okres, chyba dlatego że nie miałam czasu narzekać 😉 Do Poznania pojechałam z mocną grupą wsparcia – Trener, Michał i Krzysio Tschirch.  Ekipa na medal więc musiał być medal. Znalazłam się w elicie biegu, a to oznaczało świetne warunki okołostartowe. Nocleg w 5 gwiazdkowym hotelu oddalonym o zawrotny dystans całych 100 metrów od lini startu.

Oddzielna ulica rozgrzewkowa, osobne toalety, kontener na ubrania, poczekalnia, własny stół z odżywkami na trasie i wiele wiele innych. Wszystko dosłownie podstawione pod nos. Organizator spisał się naprawdę świetnie, niczego nam nie brakowało. Można było skupić się tylko i wyłącznie na biegu. Na odprawie dzień wcześniej zaprezentowano wszystkich zawodników z elity i omówiono najważniejsze sprawy.

Po szybkim rozeznaniu rywalek uznałam, że Top 5 jest jak najbardziej realne, ale maraton to maraton nic nie można przewidzieć tym bardziej w tym pierwszym. Miałam po cichu swoje marzenia, ale wolałam nie mówić o nich głośno. No i nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Chyba dopiero rano ogarnęłam co mnie niebawem czeka i pojawiło się lekkie przerażenie. W dodatku jak na złość na śniadaniu było tyle pysznych rzeczy których nie mogłam zjeść, że marzyłam żeby było już po wszystkim. Stresik jak mało kiedy. W okolicy startu czuć było tą wyjątkową atmosferę. Chyba nigdzie wcześniej nie doświadczyłam podobnego uczucia. Takiego dreszczyku emocji jakby miało wydarzyć się coś wielkiego. Na krótko przed startem ustaliliśmy taktykę optymalną do słonecznej i dość wietrznej pogody i pozostało ją tylko i aż zrealizować. 9.00 więc ruszamy. Udało się idealnie wyczuć tempo o co się początkowo martwiłam.

Po krótkim czasie wkoło mnie uformowala się około 10 osobowa grupa zawodników, którzy chętnie ze sobą współpracowali. Bardzo mi to odpowiadało gdyż mogłam się schować i spokojnie biec. Kilometry mijały niezwykle szybko, a samopoczucie było zadowalające. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że spokojny początek zaprocentuje później i się nie myliłam. Wyprzedzałam dziewczyny które zaczęły szybciej, a to dodatkowo motywuje. Żeby mnie wspomóc Darek z Michałem znaleźli cudowny sposób poruszania się, a mianowicie głośne na 100m, skrzypiące rowery miejskie! Gdy ich zobaczyłam pędzących na za niskich siodełkach, to prawie się zakrztusiłam izotonikiem, ale za to co chwila miałam najświeższe info co się dzieje na trasie.
Na 22km Darek powiedział że biegnę już na 3 miejscu wśród kobiet. To było wielkie WOW . Okazało się, że murowana faworytka do zwycięstwa zeszła z trasy. Jednak to prawda że na maratonie wszystko się może zdarzyć, nie ma nic pewnego na 100%.Pomyślałam sobie, że dobiegnę choćby nie wiem co. Druga część dystansu była znacznie trudniejsza. Długie podbiegi zdziesiątkowały moją grupę i po 30km zostało nas 3. Trudy biegu powoli dało się już odczuć w nogach ale trzymałam tempo. W pewnym momencie koledzy zostali z tyłu i musiałam walczyć już sama. Wiedziałam, że jeśli do 35km nic się nie stanie to dobiegnę. Tzw słynna ściana na szczęście się nie pojawiła W głowie włączyłam odliczanie wsteczne na ostatnie 7km. Na tym odcinku mój support okazał się nieoceniony Darek z Michałem pędzili obok po chodnikach krzycząc i motywując że dam radę, że jest super. Jak się potem okazało trener okupił to czołówką z samochodem, cud że nic mu się nie stało. Zmęczenie w końcu musiało nadejść i nadeszło. Nogi zrobiły się ciężkie, ale biegły cały czas tym samym rytmem. Ostatni km nawet udało się przyspieszyć żeby wbiec w dobrym stylu na piękny niebieski dywan do mety Koniec!!! Zrobiłam to. Byłam taka zadowolona. Marzyło mi się podium i się udało, nieprawdopodobne Przed biegiem pewnie kręciłabym nosem na wynik i te 41 sekund których brakło do złamania 2.40 ale nie, nie po biegu, nie tym razem! Wiedziałam ile to kosztowało, ile z siebie dałam. Byłam naprawdę szczęśliwa, jak chyba nigdy wcześniej. Gdy zobaczyłam radość trenera i Michała to poczułam się taka dumna, że mi się udało, że są że mnie zadowoleni.

To chyba największą nagroda za ten cały wysiłek. Wiem, że najlepsze przed nami ale póki co cieszę się z tego co mam. Trenerze dziękuję, że jestem w tym miejscu w którym jestem

  Pozdrawiam Wszystkich Beata 🙂

Mamy sprzęt

Po dłuższym oczekiwaniu, w końcu dotarł do nas sprzęt.Nareszcie będziemy mogli jeszcze lepiej przygotowywać się do naszych startów i mamy nadzieję, że będzie długo nam służył 🙂

SZKLARSKA PORĘBA BIEGA

Mój pierwszy raz …. poniżej 40 minut

W życiu każdego biegacz amatora, który jest sam dla siebie trenerem, nadchodzi taki okres, że dochodzi się do momentu, w którym nie uzyskuje się już satysfakcjonujących postępów. Potrzebny jest wtedy ktoś, kto swoim doświadczeniem zawodniczym oraz trenerskim pomoże w osiągnięciu lepszych wyników, poprzez ułożenie odpowiedniego treningu. A należąc do Karkonosz Running Team i mając w klubie Darka jednego z najlepszych zawodników, multimedalistę mistrzostw Polski trudno nie byłoby skorzystać z jego wiedzy i doświadczenia. I tak od sierpnia zacząłem trenować pod jego bacznym okiem. Plan jest jasny – poprawa wyniku w półmaratonie. Cel – listopadowy półmaraton w Kościanie. Jednak przed docelowa imprezą należy sprawdzić gdzieś formę. Wybór padł na bieg na 10 km towarzyszący Półmaratonowi w Legnicy. Dzień przed zawodami postanowiłem skonsultować tempo startowe z Trenejro. Na moje asekuracyjne 4:05 min/km Darek mi odpisał, że mogę nawet po 4:00 min/km z myślą o ataku czasu poniżej 40 minut. Oczywiście wszystko zależy od trasy i pogody. A pogoda w dniu biegu była idealna do biegania. Chłodno i słonecznie. Przed startem krótki rozruch, pogawędka z innymi klubowiczami z KRT i wspólne zdjęcie.

Stojąc na starcie cały czas w głowie powtarzałem sobie „Maciej potraktuj ten bieg jak trening…Darek zadał ci BC na odcinku 10 km w przedziale 3:55-4:00 min/km. Trening trzeba wykonać”. Odliczanie 3…2…1…. i lecimy. Mijam pierwszy kilometr. Patrzę na GARMINA 3:57 min/km drugi kilometr 3:58 min/km i tak samo kolejne dwa. Chwila zastanowienia czy, aby nie za szybko. Ale nie. Biegnie mi się lekko bez większego zmęczenia.

Pierwsza „agrafka” i biegnę dalej. Przed piątym kilometrem dobiega do mnie chłopak startujący na dystansie półmaratonu. Postanawiam się z nim zabrać. Przed szóstym dobiegamy do kolejnych dwóch startujących w półmaratonie. Tak czteroosobowym składem pokonujemy kolejne kilometry. Tempo 3:55-3:56. I o dziwo biegnie mi się dobrze. Czuje zmęczenie, ale do zniesienia. Dobiegam do 8 km i sobie myślę, że to nie ma być przyjemny bieg. Bieg na 10 km ma boleć …musi boleć. Przyspieszam i zostawiam moich współtowarzyszy biegu z tyłu. Druga „agrafka”, potem skręt w prawo, kostka brukowa i skręt w lewo. Piknięcie zegarka i dziewiąty kilometr. Tempo 3:47 min/km. Wiem, że jest dobrze. Jeszcze tylko jeden kilometr i meta. Ostatni nawrót i wbiegam na stadion. Koniec. Czas brutto 39 minut i 33 sekundy.

Pierwszy raz poniżej 40 minut. Jestem zadowolony z wyniku jak i całego biegu. Sprawdzian przed impreza docelową zdany. Wiem, że trening idzie w dobrym kierunku i już nie mogę się doczekać listopadowego startu.

Pozdrawiam
MACIEJ

Tak wysoko jeszcze nie byliśmy

Byliśmy już w Afryce, Ameryce Płn, Azji i wielu krajach Europy, ale tak wysoko jeszcze nie 🙂 Dzięki naszym klubowiczom Uli i Andrzejowi dziś nasza klubowa flaga „Karkonosz Running Team Szklarska Poręba biega” znalazła się na wysokości 5416 m n.p.m. A dokładniej na Przełęczy Thorung Pass w Nepalu!!!

Trzymamy kciuki za ekspedycje i cóż trzeba planować kolejne wyprawy

Co maraton ma wspólnego z dobrym winem?

Jeśli ktoś mnie dobrze zna to wie, że nie zawsze biegam na wynik. Taka już jestem 😊 Czasami biegam po to, żeby się dobrze bawić i np. skończyć bieg w określonym czasie, albo biegnę w jakimś miejscu, które lubię, choć z góry wiem, że nie jest to czas i miejsce na robienie życiówek. Darek też wie, że bardzo trudno mi wyjść ze strefy komfortu – nie lubię tego i już. Z maratonem w Berlinie miało być inaczej. To od samego początku, odkąd dowiedziałam się, że zostałam wylosowana – miała być walka o życiówkę i w zasadzie to sprawiło, że nie mogłam do tego biegu podejść spokojnie. Najszybsza trasa na świecie w końcu zobowiązuje. Przygotowania jednak nie poszły mi najlepiej – złamany palec u nogi na początku sezonu, potem choroba i wyjazdy służbowe – wszystko to złożyło się na to, że w całym 2019 pobiegłam jedynie jeden bieg sprawdzający formę i to tylko 5 km, a ostateczne treningi zaczęłam chyba dopiero na początku sierpnia. Przez sierpień i wrzesień Darek mi nie odpuszczał – praca była ciężka, ale forma rosła z tygodnia na tydzień. Miałam wrażenie, że nadrobiliśmy naprawdę bardzo dużo – dlatego do Berlina jechałam pewna siebie. Jedyne co mnie martwiło to nieprzewidywalność dystansu królewskiego – nigdy człowiek ostatecznie nie wie, co się może wydarzyć podczas tak długiego biegu, zwłaszcza człowiek z tak małym doświadczeniem jak ja – to miał być dopiero mój trzeci maraton. Spodziewałam się więc wszystkiego. Na miejsce przyjechaliśmy już w piątek wieczorem. Może to będzie nieco przydługie, ale musze opisać to, co się dzieje w Berlinie na dzień wcześniej.

W sobotę rano mianowicie odbywa się tzw. Bieg Śniadaniowy. Jeśli kiedykolwiek będziecie brać udział w maratonie berlińskim to nie omijajcie tego biegu. To jest niesamowicie pozytywne doświadczenie – bieg na dystansie 6 km jest właściwie truchtem (tempo żółwia pustynnego), bierze w nim udział ok 10 tysięcy osób i jest to jedna wielka zabawa – ludzie biegną w różnego typu przebraniach, z flagami, śpiewając i tańcząc. Całe wydarzenie kończy się na stadionie olimpijskim wielkim śniadaniem – jest kakao, herbata, kawa, pączki, owoce i całe mnóstwo innych pyszności. Jest mnóstwo radości i pozytywnej energii – bardzo potrzebnej przed startem głównym na drugi dzień.


A teraz do meritum. Dzień zaczął się idealnie – było pochmurnie i chłodno, zapowiadany był deszcz, ale ja akurat lubię biegać w deszczu, więc szczególnie mnie to nie przerażało. Na starcie znalazłam się kilka minut przed godziną „zero” – miałam okazję zobaczyć start wózkarzy, elity i pierwszej fali. Potem ustawiłam się w swojej strefie i zanim się zorientowałam już ruszyliśmy. Moja taktyka była prosta – biec w tempie ok. 5:35 najdłużej jak się da, a potem walczyć o przetrwanie. I nie odpuszczać za żadną cenę. Naprawdę nie wiedziałam jak mój organizm zareaguje i co się będzie działo. Niestety tłumy na trasie zmuszały mnie do szukania swojego miejsca, wyprzedzania i ciągłego przepraszania kolejnych wolniejszych biegaczy. Przez pierwsze 10 kilometrów skupiłam się wyłącznie na tym. Potem trochę się rozluźniło, więc zaczęłam się rozglądać wokół. Na trasie było sporo kibiców, trochę zespołów muzycznych – niektóre nawet nieźle grały. Gdzieś w okolicy 20 kilometra zorientowałam się, że leje. Nie wiem jak wcześniej tego nie zauważyłam, ale byłam już kompletnie mokra, ulice były śliskie i chwilami trzeba było dosyć mocno uważać – zwłaszcza w okolicy punktów odżywczych (trzeba przyznać, ze było ich bardzo dużo – mniej więcej co 2,5 km). Zakładane tempo z dużą łatwością trzymałam do 27 kilometra i czekałam co będzie dalej. Od 27 do 35 musiałam się już mocniej skupić na utrzymaniu tempa, powoli czułam zmęczenie mięśni, nogi zaczęły boleć. Ściana przyszła gdzieś na 35-tym kilometrze – standard. Nogi zrobiły się słabe i mimo że cała reszta chciała biec to one jakoś nie chciały. Wiedziałam, że dobiegnę, walczyłam tylko, żeby to było jak najszybciej. Szukałam jakiejś coli – mieli dawać, ale nie było tego punktu. Lało coraz bardziej, przebiegałam przez kolejne kałuże i marzyłam tylko o tym, żeby zobaczyć w końcu Bramę Brandenburską. Trasa zaczęła kluczyć – za każdym zakrętem spodziewałam się tej bramy, a jej cały czas nie było. W końcu ją zobaczyłam, a kilkaset metrów za nią biało-niebieski balon mety. W momencie przebiegania pod bramą wybiło mi równe 4 godziny – liczyłam na to, ze uda się je złamać ale niestety – nie tym razem. Mimo to wynik cieszy i to bardzo. Życiówka poprawiona o ponad 8 minut. I wiecie co – mam ochotę na więcej 😊 mimo ze dziś boli mnie totalnie wszystko.

Na koniec kilka słów o organizacji. Wiem, ze Berlin słynie z dobrej organizacji i wspaniałych kibiców. Tych ostatnich na trasie jest naprawdę dużo w porównaniu z biegami w Polsce, i doping niesie biegaczy zwłaszcza w drugiej połowie dystansu. Niemniej jednak jak się miało okazję wypić Rioje Reservę (że pozwolę sobie użyć porównania do wina) to Beaujolais Nouveau nie będzie już smakować. Jeśli zastanawiacie się nad kolejnością – najpierw jedźcie do Berlina, a potem do Nowego Jorku, bo po NYCM nic już nie jest lepsze. Przyjemności w życiu trzeba sobie dozować w odpowiedniej kolejności 😊