Search Menu

Działo się :)

Kiedy dzieje się tak dużo jak teraz, to ciężko nam okiełznać nasze starty, ale i tym razem spróbujemy opisać w skrócie, to co się wydarzyło w ostatni weekend 🙂 Zaczniemy od Łodzi, gdzie w ramach maratonu były rozgrywane biegi na 5km i półmaratonie. To właśnie tutaj Ania I Grzesiek Haładewicz najpierw wystartowali na dystansie 5km, a następnego dnia na dystansie cztery razy dłuższym. Trasa kręta nie do końca do bicia rekordów, ale i tak było blisko. Grześkowi zabrakło zaledwie 7 sekund. To jednak nie miało większego znaczenia, bo nastawienie na ten weekend było takie, a by bieganiem się cieszyć. Z takim samy nastawieniem Bożena Kozak Sroka i Przemek Kowalczyk udali się do Berlina na wieczorną dyszkę. Miejsce i trasa nietypowe, bo na lotnisku! Kilka tysięcy osób startujący w pobliżu startujących i lądujących samolotów musiało robić wrażenie. I chyba zrobiło, Bożena nareszcie pobiła swój rekord życiowy łamiąc barierę 46 min. W takiej euforii szybko postanowiła wracać do domu, a szkoda, bo jak się okazało w stawce 1400 pań zajęła 1 miejsce w swojej kategorii!!! Brawo 🙂

Z innym nastawieniem, udaliśmy się na kolejny wieczorny bieg do Brzegu, gdzie rozgrywana była tam „Nocna dycha”. Tutaj z zamiarem osiągnięcia dobrego wyniku na starcie stanęła Beata Lupa. Wyzwanie duże, bo dwa tygodnie ciężkiego treningu w Szklarskiej Porębie mogło dać o sobie znać. Klimat i oprawa biegu na najwyższym poziomie, więc nic innego jak tylko walczyć. Beata zadanie to wykonała bardzo dobrze, wygrywając bieg z dużą przewagą i ustanawiając rekord klubu 37:02. Prezent idealny gdyż tego dnia Beatka miał urodziny 🙂 Na dokładkę wygrana w kategorii mundurowych. Szkoda tylko, że kiedy spiker został poproszony o podanie, że właśnie wygrała solenizantka nie wspomniał o tym ani słowa.

Nam to na pewno nie zepsuło dobrych humorów, ale pana będziemy wspominać nie miło.

Następnego dnia kolejne dobre informacje docierały z Wrocławia, Poznania i Łodzi. Tak jak pisaliśmy wyżej dla czystej przyjemności w Łodzi na mecie półmaratonu zameldowali się Grzesiek z Anią. Tutaj wyniki nie maiły znaczenia, bo jak już nas znacie czasami wolimy odpuścić i pobiegać tylko dla zabawy. W Poznaniu gdzie również był rozgrywany półmaraton wystartowali Michał Walski i Romek Zimbicki. Tutaj zabawy nie było i cel był jasny próbujemy pobić swoje rekordy życiowe. Zadanie utrudniała pogoda, bo było praktycznie bez wietrzenie, a unosząca się w powietrzu duchota mocno dała o sobie znać. Kilka tysięcy osób na starcie i poszło. Pierwsze km pokazywały, że jest szansa na uzyskanie dobrych rezultatów, ale z czasem podnosząca się temperatura spowodowała, że począwszy od elity prędkości zaczęły spadać. Michał i Romek jednak łatwo skóry nie oddali i walczyli do samego końca.  Ostatnie metry to finisz, ale też walka z samym sobą.  W końcu meta i jest Michał poprawia się w tych warunkach o ponad dwie minuty!!! 1:27:14 a Romkowi zabrakło 57 sekund.  Meta wyglądała jak pobojowisko, a większość dochodziła do siebie bardzo długo.

Kolejnym biegiem gdzie się pojawiliśmy był bieg „Dla kobiet „ we Wrocławiu. Tym razem dystans krótszy, bo nieco ponad 5km. Na starcie w stawce dwóch tysięcy pań Ela Kościk i Jadzia Ostrowska.

Kto sobie może to wyobrazić dwa tysiące pań i ani jednego pana 🙂 🙂 🙂 Musiało być super i było. Ela, która w ostatnim czasie jest w doskonałej formie zajęła bardzo wysokie miejsce open, bo 10!!! Humor jeszcze został poprawiony wiadomością o 2 lokacie w swojej kategorii. Jadzia natomiast uplasowała się na 13 pozycji w swojej kategorii. Panowie na przyszły ro będzie trzeba jechać to zobaczyć 🙂

Na swój dobry start liczyła również Asia jednoróg, która również jest bardzo dobrej formie i chciała to wykorzystać startując w Warszawie na 10km. Niestety pech Asi nie opuszcza i kiedy zapowiadał się super wynik, bo po drodze padł rekord życiowy na 5km, to pojawiła się kolka, która nie pozwoliła kontynuować biegu. Asia do trzech razy sztuka i następnym razem będzie dobrze.

Kończąc nasze weekendowe zmagania wspomnimy jeszcze o zwycięstwie Ani Wyszkowskiej, która wygrała bieg w Kamiennej Górze, a od 2 dni jest już w naszym Teame.

Dla wszystkich wielkie brawa i gratulacje. Biegamy dalej, dla pasji, zabawy, czy też pokonania swoich barier. Do następnego 🙂

 

 

Trenujemy pod kontrolą

Sezon startowy już się rozpoczął, a my mamy na swoim koncie kilka dobrych występów i rekordów życiowych. Wiemy, że to efekt ciężkiej i systematycznej pracy i że po dobrze przepracowanej zimie nadszedł czas na treningi na wyższym poziomie. Po treningach bazujących na spokojnych wybieganiach, treningach w drugim zakresie, czy tez treningach tempowych. Nadszedł czas na treningi na wyższych prędkościach, czy wreszcie na treningi bardziej złożone specjalistycznie. Jednak im większy poziom wytrenowania reprezentujemy, tym bardziej musimy uważać i przede wszystkim słuchać swojego organizmu.

Tutaj nie ma czasu na błędy, bo chcąc być coraz lepszym, by biegać szybciej i lepiej, musimy zwracać uwagę na wiele elementów: jak odpowiedni czas na regenerację, zdrowie, odżywianie, a także dbanie o ogólną sprawność, czy choćby profilaktyczne badania. Wierzymy, że wszystko idzie w dobrym kierunku i z biegania będziemy mogli cieszyć jeszcze długo- w zdrowiu i z tą samą energią co zawsze.

300% normy w Mediolanie

W sumie maratonu w planach nie było, a na pewno już nie było ulicznego maratonu. I jak to najczęściej bywa- spontaniczne decyzje są najlepsze! Gdy po udanym półmaratonie przez myśl przeszło mi by wystartować w maratonie, wtedy nie miałam wątpliwości, że to dobry pomysł. Pytanie było tylko gdzie i kiedy? Był początek marca, także na przygotowanie nie było już dużo czasu. Dzięki zaproszeniu zostałam ambasadorem RunLife i mogłam wystartować w maratonie w Mediolanie. Zapadała decyzja, potwierdziłam swój przyjazd i pozostało tylko trenować. Pozostało 5 tygodni. Wydawało się mimo wszystko, że to dobry pomysł. Z czasem wyszło inaczej. Bo wkradł się jakiś niepokój. Jeden gorszy trening jeszcze nie zapowiadał tragedii ale warunki zimowe, które nie ułatwiały sprawy, budziły obawy. Kolejny zupełnie nieudany, przerwany trening, ogólny spadek mocy a właściwie zupełna niemoc… Wtedy wydawało się, że chyba to była zbyt pochopna decyzja. Bo w 5 tygodni trudno przygotować się porządnie do maratonu. Po drodze kontrolny start na 10km przed którym było więcej obaw niż przed jakimkolwiek innym biegiem. Jakoś poszło. Więc nie było już odwrotu. W końcu nie na co dzień biega się na zaproszenie 🙂 Trener powtarzał, że dobry sezon to taki, w którym pada choć jeden rekord życiowy. Ja już wtedy wyrobiłam 200% normy 😉 Maraton w Mediolanie reklamowany jest jako najszybszy we Włoszech. Trasa faktycznie na profilu wydawała się płaska więc tym bardziej kusiło by pobiec tam mocno i poprawić rekord życiowy sprzed roku. Po przylocie nie było czasu na zwiedzanie. Odebrałam tylko numer startowy, spotkałam się z przedstawicielami RunLife i czekałam na godzinę zero.

Przydzielono mi sektor pierwszy, choć wiadomo, że do elity to mi baaaardzo daleko 😉 Stanęłam więc grzecznie w tyłu, co by nikomu nie blokować drogi. W końcu to sektor dla ścigaczy. Ruszyliśmy i nagle okazuje się, że ciasno, tłoczno i przed nami dość spory podbieg, czyli z taktyki na bieg nici??? Myśle sobie „czy to niby jest ta płaska trasa?” Z każdym kilometrem jest lepiej, stawka biegaczy się rozciąga, trasa już bardziej płaska i szersza. Kolejne kilometry mijają nie wiadomo kiedy, tylko oznaczenia jakieś niedokładnie więc już od początku musiałam być czujna bo wychodziły duże rozbieżności. Pogoda dla wszystkich taka sama- czyli słońce, ciepło i wiatr w roli głównej. Wiatr wiejący w twarz, wiatr wiejący z boku, wiatr wiejący na każdym odcinku trasy i zamiast pomagać, utrudniał. I wtedy pomyślałam sobie „miałeś dmuchać, ale w plecy, nie w twarz…” 10 kilometr minął, 21 kilometr też a ja wciąż biegnę i czuje się dobrze. Jak na złość zawsze jestem w dziurze, schować się nie ma za kim, co by za lekko mi nie było. Wiatr już mnie rozzłościł na dobre… Na 26-27km czuję pierwsze zmęczenie ale w końcu maraton musi boleć. Biegnę i powtarzam sobie „przecież to kochasz!!  Sama chciałaś to teraz masz, cierp” 😉 Kilometry mijają, tempo już nieco spada ale walczę i wiem, że nadal mam spory zapas czasu. Gdy mijam 32km wiem, że już praktycznie koniec, zostało tak niewiele a ja mięśniowo czuję się w miarę dobrze. Energetycznie też jest dobrze, tylko ten wiatr… czy on nie mógł mieć dla nas choć odrobinę litości?? Ostatnie 2km to jakiś żart- kto wymyślił te podbiegi na sam koniec????  I nawet ja- górska kozica mam dość 😉 Na ostatnich metrach finiszuje na tyle, na ile pozwalają mi jeszcze siły i wpadam na metę z uśmiechem i grymasem bólu. Patrzę na czas i mówię do siebie „dobra robota kobietko” -3:07:25

361 miejsce OPEN, 18 miejsce wśród kobiet, 10 miejsce w swojej kategorii wiekowej i 1 wśród ambasadorów.

Wracam z tarczą i normą wyrobioną w 300%

Teraz czas na góry, bo stęskniłam się ogromnie.

Tylko śnieg ktoś mógłby już z gór uprzątnąć 😉