Search Menu

Dużo szybciej niż w planie :)

Bardzo byłem ciekawy jak to będzie w pierwszym biegu tego sezonu ponieważ to pierwszy mój start dla Karkonosza. Odkąd zacząłem trenować z Darkiem tj od 1 grudnia 2018 ciekawiło mnie jakie będą treningi, czy coś nowego niż do tej pory z poprzednim trenerem, czy dam radę no i czy poprawie moje życiówki które już jakiś czas, zwłaszcza na 10km jakoś nie mogłem się zbliżyć. Zaczęliśmy z trenowaniem dość spokojnie ( trener musiał wybadać teren 😉) i powoli powoli się rozkręcaliśmy aż tu bach – kontuzja…odnowiła mi się stara kontuzja łydki, którą kiedyś naderwałem ( przez mój stojący tryb pracy od kilku do kilkunastu godzin dziennie z pacjentami przy stole do masażu )no i zaś przerwa w treningach…po 2 tygodniowej przerwie zacząłem powoli od nowa przygotowania do sezonu, było ciężko bo widziałem jak inni już szybko biegają a ja znów w tyle..no ale co nie zabije to wzmocni…jak już prędkości zaczynały być coraz lepsze a nogi kręcić się jakoś luźniej i swobodniej uwierzyłem w to, że może mój cel numer jeden na wiosnę czyli złamać barierę 40min na „dychę” w końcu się uda…w Szklarskiej Porębie treningi nie są łatwe zwłaszcza zimą gdzie śniegu dużo, warunki ciężkie a trenować trzeba…pod koniec lutego udało się nawet na parę dni wyskoczyć do Spały na obóz ..Tam wraz z Beata przepracowaliśmy ten czas dość solidnie i sumiennie, zmęczenie się nawarstwiało, nogi coraz cięższe się wydawały a Trener jak na złość podkręcał tempo i km 😋Ok dość opowiadania o przygotowaniach i perypetiach miałem tu opisać start w Maniackiej/Rekordowej Dziesiątce 😁Pojechaliśmy do Poznania wraz z Andrzejem i Młodym dzień wcześniej żeby się wyspać i przygotować do biegu jak należy bez pośpiechu jak to bywało do tej pory…Udało się znaleźć spanie dość blisko Malty bo całe 300m od mety 😎po odebraniu pakietów poszliśmy z Beata do domków (camping Malta ) na szybki rozruch po podróży 5km i kilka rytmów no i spać bo jutro miała być walka o życiówki 💪💪💪start o 12:00 więc mogłem się w końcu wyspać od nie pamiętam kiedy…szybkie śniadanko i powoli szykowanie wszystkich startowych rzeczy…z każdą minutą były myśli co to będzie czy zacząć szybciej czy spokojnie zwłaszcza że pogoda była wietrzna. Stres powoli się nasilał, nadszedł czas rozgrzewki – nogi wydawały się jakieś takie ciężkie, aż przechodziły myśli zwątpienia, że chyba jeszcze dzisiaj nie będzie tak jakbym chciał, ale walczyć będę do samego końca żeby trener był zadowolony… 12:00 godzina wybiła, wszyscy na starcie w swoich sektorach startowych …Wraz z Tereską, Jagoda i Andrzejem ustawiliśmy się w sektorze „C” życzyliśmy sobie powodzenia odliczanie spikera iiiii…….START!!! 1km z górki ale pod wiatr…Na szczęście były jeszcze tłumy, więc nie odczuwało się go za bardzo ale trzeba było jak to bywa na początku się przeciskać to w prawo to w lewo ale udało się wypracować jakieś swobodne miejsce gdzie można było narzucić swoje tempo i kontrolować zegarek…1km pokazał 4:00 trener kazał zacząć „spokojnie”😎 pomyślałem jest dobrze nawet nie podpaliłem się tym że to pierwszy start. Współpracowaliśmy wraz z Andrzejem i dziewczynami z teamu przez 2 pierwsze km potem postanowiłem trochę przyspieszyć i zobaczyć jak to będzie…o dziwo dobrze się czułem zmęczenie stałe, takie które wydawało mi się, że dam rady ogarnąć do końca…po 3km zorientowałem się, że nie zalapowałem drugiego 😎patrzę 7:37 😮 no to przyśpieszyłem… pomyślałem sobie poniżej 3:50 ale żeś dowalił zaraz tąpnie i będzie po biegu..w głowie dużo myśli ale biegnę dalej jak to mówią „kto nie ryzykuje ten nie pije szampana” zwłaszcza, że dyspozycja dnia wydawała się dobra i nogi jednak już nie były takie ciężkie jak na rozgrzewce 😁 5km patrzę na zegar 19:40 – czyli jest szansa na złamanie 40min pomyślałem…jeszcze tylko 5km i będzie meta, jak nie osłabne będzie super…wiatr powiewał cały czas z różnych kierunków ale podobno przy Malcie na sam koniec miało wiać w plecy…utworzyła się grupka do której dołączyłem myśląc pewnie oni biegną też na łamanie 40min więc jak się ich przytrzymam będzie dobrze…kilometry mijały szybko nawet nie spoglądałem na zegarek tylko na buty biegaczy przede mną próbując się z nimi zsynchronizować żeby nie myśleć o zmęczeniu…wbiegliśmy na Malte, gdzieś tam w oddali było widać metę a ja cały czas zastanawiałem się czy zmęczenie nagle nie przyjdzie i będzie tzw Zgon 😁udało się minąć jeszcze kilkanaście osób 2km do mety dalej nie spoglądam na zegarek tylko odliczam metry ile by to było na stadionie kółek i z jakim treningiem to porównać…1km do mety euforia coraz większa i ciekawość jaki będzie wynik…uda się złamać 40min?czułem, że nie jest źle że nawet przebieram tymi nogami ale pewności nie było, wolałem nie patrzeć na zegarek 😁.Widząc już metę dobre 500m przede mną jedna myśl – to tylko ponad kółko na stadionie dawaj trzeba zafiniszować!!!Przepychając się jeszcze między innymi biegaczami wybiegłem na ostatnią prostą zacisnąłem jeszcze mocniej zęby iiii jest meta…Patrzę i oczom nie wierzę.. Ale jak to ??chciałem łamać 40 min a tu 39 złamałem ??zegarek wskazał 38:48 !!!Nie mogę się doczekać kolejnych startow😁no i treningów oczywiście 💪💪💪

pozdrawiam Michał M

Armagedon i podium na ZUKU !!!

No to co zaczynamy jazdę bez trzymanki. W Karpaczu o 4:45 sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego. Później wsiadamy do autobusów i jedziemy do Jakuci. W autobusie troszkę ciepławo, więc parę ciuszków ściągnąłem. Już dojeżdżamy i spoglądam na zegarek a tu 7 min do startu🤔hmm a kiedy rozgrzeweczka?Ale co się potem okazało jeszcze czekaliśmy na dwa autobusy aż dojadą z zawodnikami, także luzik😉Start się spóźnił ok 20min.3.2.1 poszli pierwszy kilometr spoko, a następne 5-6km rzeźba w białym g…zapadający się śnieg lekko zamarznięty, także co drugi kroczek wpadka po kolana, a czasami po jajka. Tam się troszkę ujechalem, ale co cisnę dalej za liderem Michałem Rajcą. Wspomnę że biegnę na drugiej pozycji z lekka przewaga nad grupą za nami. Potem wpadamy już na szeroką drogę asfaltową jest git, ale Michał coś ucieka i ucieka. Nie próbowałem szarpać bo domyśliłem się, że łatwo taaaaam na górze nie będzie. Biegłem swoje. Kolejny odcinek trasy był wymagający bo cały czas do góry. No i właśnie przed halą Szrenicką dopadł mnie Dominik Grządziel, ale co się potem działo to ciężko to opisać. To niebyła rywalizacja między mną a Dominikiem, a o przetrwanie w górach w tych ekstremalnych warunkach😨 Wiejący wiatr z prawej strony do 90-100 dawał po nogach i po twarzy niemiłosiernie. Nawet nie wiem, bo nie widziałem czy przebiegaliśmy przez Śnieżne Kotły, ale musieliśmy. I chyba tam był taki armagedon, że nagle wiatr zaczął wiać prosto w twarz, mało tego jeszcze marznący deszcz niezafajne uczucie. Razem z Dominikiem stwierdziliśmy że biegniemy tyłem, bo naprawdę było niebezpiecznie nie mogliśmy oddychać. Czułem bezradność nie mogłem stanąć i się rozpłakać, bo bym zamarzł. A propo bałem się jeszcze o to, że mi zamarzły ręce bo ich już nie czułem, ściskałem, machałem, próbowałem je ogrzać. Cały czas bark w bark z Dominikiem. Pozniej niewiem kiedy, bo widoczność była zerowa odskoczyłem mu. Gdzieś za jakąś skałką był fotograf poprosiłem go, żeby mi wyciągnął z plecaka ogrzewacze chemiczne, ale nie mógł ich znaleźć. Dominik wyprzedza mnie ja marznę denerwuje się i stwierdzam, że lecę za nim. No a sam i tak bym nie wyciągnął tych ogrzewczy bo miałem sztywne dłonie. Cisniemy z Dominikiem przez te góry, nie wiem gdzie jesteśmy prawa strona twarzy lekko zamarznięta na jedno oko praktycznie nie widziałem, bo mi się trochę rzęsy posklejały😉Patrzyliśmy tylko na te drewniane wystające paliki. Czasami się zastanawiałem czy dobrze biegnę. Znowu odskoczyłem niewiem na ile koledze mijam Petrovke i myślę że już jest dobrze. I biegnę jak najszybciej, żeby dobiec w końcu do tej pieprzonej mety i ogrzać ręce.Tu już rywalizacja poszła na drugi plan. I gdzieś tak 2km może 1,5km od odrodzenia pach pobiegłem źle 😬zamiast troszkę w lewo na odrodzenie pobiegłem prosto, a skapnąłem się po 500m spoglądając na zegarek na tracku wklepanym wcześniej z trasą zuczka. I lecę wkurzony w stronę mety. Na mecie wita mnie Dominik i Michał także na finiszu praktycznie straciłem drugie miejsce, ale akurat w tym dniu niebyło to aż tak ważne. Ważne, że dobiegłem cały i zdrowy i rącie doszły do siebie, jednak czuję takie mrowienie, ale do wesela się zagoi chyba moich dzieci😂Jestem dumny z siebie, że dobiegłem w takich warunkach nawet teraz siedząc i pisząc tą relację. Nie chcę mi się wierzyć, że mogą być tak straszne warunki w górach. Myśle, że wolałbym pobiec 100 km w normalnych warunkach.

To chyba tyle tak na gorąco relacja prawie live.

Wygrana Tomka

Tą krótką relację zacznę od końca – kiedy podszedłem do punktu pomiaru czasu znajdującego się na pięknej hali sportowej znajdującej się przy szkole w Dąbrowie. Chcąc wydrukować swój czas oraz miejsce w klasyfikacji podszedł do mnie starszy Pan. Z nieskromną dumą skomentował mój dzisiejszy bieg „ Ja biegałem szybciej niż Ty dziś wygrałeś ten bieg”. Uśmiechnąłem się do ów Pana odpowiadając „Tak wyszło”. Wiedziałem ile ten biegacz w przeszłości przebiegał pięć kilometrów. Faktem jest, że dzisiejszy wynik jest około trzy minuty wolniejszy od tego co biegałem kilkanaście lat temu (ale ponad minutę szybszy od rekordu tego Biegacza). Wspomnienia jednak powróciły do tych wspaniałych lat, kiedy potrafiłem finiszować ostatni kilometr poniżej trzech minut. Dzisiejszy bieg poza wynikiem na mecie niewiele się różnił od przebiegu rywalizacji tych sprzed dekady. Teraz od początku…

Na starcie spotkał mnie zaszczyt, ponieważ do rywalizacji przystąpił Olimpijczyk z Barcelony, czwarty zawodnik Mistrzostw Świata w maratonie (Tokio 1991) Pan Jan Huruk niegdyś najszybszy zawodnik w kraju, do dziś trzymający świetną formę. Bardzo sympatyczny, chętny do rozmowy i dzielenia się swoim doświadczeniem. Ruszyliśmy dość żwawo. Natychmiast schowałem się za grupą biegaczy. Nie miałem zamiaru rozgrywać biegu, gdyż znam swoje miejsce w szeregu. Z pokorą biegłem w grupie chowając się od silnego wiatru. Tempo nie było dla mnie dziś jakieś zawrotne, a momentami nawet czułem, że zbyt wolne. Od grupy oderwał się jeden z zawodników, który oddalił się na sporą odległość i niezagrożony prowadził bieg. Przed nawrotem wyszedłem przed grupę, ale nie odważyłem się zerwać tempa. Wiatr był zbyt silny. Poczekałem na nawrót i poczułem chęć ścigania – jak za dawnych czasów. Czułem, że mam szansę dogonić pierwszego zawodnika. Ruszyłem, przez chwilę grupa próbowała mnie utrzymać. Ruszyłem jeszcze szybciej tempo w jednej chwili wzrosło z prędkości 3’40” do 3’25” na kilometr. Widząc jak szybko doganiam prowadzącego zmotywowałem się jeszcze bardziej do szaleńczego pościgu. Przed czwartym kilometrem dogoniłem lidera i bez zastanowienia ruszyłem do przodu. Mocno i jeszcze dynamiczniej, tempo wskazywało już 3’16”/km. Teraz tylko zakręt i krótki odcinek pod wiatr. Tutaj lekko odpuściłem, żeby zachować siły na ewentualny finisz. Wychodząc na ostatnią prostą z niewiarygodną lekkością przyspieszyłem. Niesiony radością, euforią kontrolowałem co dzieje się za mną. Gotowy na przyspieszenie w każdej chwili. Minąłem linię mety pierwszy jako zwycięzca, z przywilejem „wygranego nie rozlicza się ze stylu w jaki zwyciężył”. Oczywiście wynik, mógłby być dużo lepszy, ale nie był i trzeba cieszyć się z tego co osiągnąłem. W komunikacie końcowym czterech zawodników wbiegło w przeciągu 2 sekund. Z pewnością dla kibiców były emocje do samego końca. Pozytywne emocje, radość i satysfakcja z siebie i możliwości, które jeszcze we mnie drzemią. Oczywiście, że te wyniki to dla mnie już wspomnienia, historia. Jakże wspaniała historia, przeżycia, styl życia i prawie trzydziestoletnia przygoda, która trwa do dziś. Dziękuję temu starszemu Panu, który swoim stwierdzeniem utwierdził tylko, to co odkryłem zupełnie niedawno. Jestem czterdziestolatkiem, który swoje lata szybkiego biegania ma już za sobą, ale dziś ma ogromne doświadczenie i czerpie radość z rywalizacji na poziomie, który reprezentuje..

Najważniejsze, że mam nadal z tego satysfakcje, dokładnie tak jak wspomniany przeze mnie Pan Jan Huruk! W ten oto sposób „wbiegłem” w kategorię czterdziestolatków. W ten dzień miałem również okazję po wielu latach spotkać się z Wiesławem Perszke, z którym prawie dwadzieścia lat temu biegałem w leśnym parku w Myślęcinku będąc w Zawiszy Bydgoszcz.