Search Menu

PORAŻKA czy PRZEGRANA, czyli Nocna Dycha w Brzegu

Kiedy w ubiegłym roku śledziłam poczynania znajomych na tym biegu a potem słyszałam, że to bardzo fajny, klimatyczny bieg, pomyślałam czemu nie, może w przyszłym roku zaplanuję sobie start właśnie tam. Bieg późnym wieczorem, po ulicach, przecież biegałam Nocny Wrocław to co tam dyszka w Brzegu. Wprowadziłam plan w życie i tak oto wczoraj zjawiłyśmy się z Sylwią i Jadzią pod opieką mego męża, który sprawił się jako nasz serwisant w Brzegu. Już w trakcie jazdy nie było optymistycznie a do tego towarzyszył mi ból głowy. Jeszcze jakiś czas temu, całkiem niedawno marzeniem biegowym było złamać magiczną barierę 45 minut, kiedy to się stało, apetyt na więcej ciągle rósł. I tak po drodze było 44 potem 43 minuty i ciągła myśl, czy można jeszcze coś ugrać?

Pewnie można, treningi na to wskazują, trener mówi, że jestem gotowa ale nie wczoraj. Nocna dycha w Brzegu dała mi mocno w kość. Prognozy pogody się jak na złość sprawdziły i już po drodze zaczął padać mocny deszcz. Zrobiło się bardzo zimno, czego osobiście nie lubię. Może być chłodno, z pewnością się lepiej biega ale nie zimno i mokro. Na domiar złego start biegu z powodu niedociągnięć organizatora opóźnił się o 23 minuty, jakby Policja nie mogła wcześniej skontrolować trasy i dać zgodę na start. Każdy kto biega wie, co oznacza stać na kresce tyle czasu w takim zimnie i deszczu. Całą rozgrzewkę szlag trafił. Trasa częściowo z kostki brukowej, która w deszczu była śliska, częściowo asfaltowa, niestety z olbrzymimi dziurami wyciętymi w asfalcie do załatania, szkoda że nie zdążyli J Poza tym mnóstwo kałuż a wiadomo jak przyjemnie jest biegać w mokrych butach i skarpetkach. Na około 1,5 km przed metą, jakiś pan krzyknął do mnie, że jestem czwartą kobietą. Troszkę się zdziwiłam ale szybki rzut oka wokół i faktycznie głównie faceci, może coś w tym jest. Chwilę później dobiegła mnie dziewczyna, którą prowadził kolega. Przez chwilę biegłyśmy łeb w łeb ale nieznacznie przyspieszyli i mnie wyprzedzili. Myślę ok, jeśli tak jest to i tak ten wynik „dowiozę” do mety. Na koniec jeszcze zupełnie nieprzemyślana kwestia, ok 200 metrów przed metą, kiedy ostatkiem sił próbowałam się zdobyć na finisz, musiałam wykonać manewr slalomu i omal nie wpadłam na barierkę bo pojazd straży pożarnej na syrenie, nie wiedzieć czemu wyjechał na drogę wprost na pędzących biegaczy. To już mnie wybiło z rytmu totalnie i te ostatnie metry na których lubię jeszcze powalczyć były zwyczajnie przebiegnięte. Jak się potem okazało, życie zweryfikowało słowa pana z trasy, może był dygnięty, w końcu zimno było a może było za ciemno po prostu i moje miejsce open było jednak dalsze. To nie był mój dzień, warunki pozwoliły tylko i aż na 15 miejsce open kobiet i 4 w kategorii. Dodam tylko że liczba kobiet 430 a w tym imponująca liczba czterdziestek, na liście 130 kobitek. Czy to dobre miejsce, niekoniecznie, niemniej czas nadal poniżej 45 minut, na tyle mnie było stać. Zadaję sobie pytanie czy to moja PORAŻKA czy tylko PRZEGRANA? Gdybym się wycofała, gdybym się poddała, tak to byłaby moja osobista porażka. Dałam jednak z siebie wszystko co mogłam tego wieczora, nie każdy bieg musi być życiówką, nie jestem maszyną.

Walczyłam do końca, mimo „niesprzyjających” okoliczności. To tylko mała przegrana po drodze do marzeń, moich marzeń 🙂 🙂 🙂

Pozdrawiam Ela

Półmaraton w rytmie Walca Wiedeńskiego

Decyzja co do udziału w biegu w Wiedniu zapadła jeszcze w tamtym roku. W ramach tej imprezy biegowej do wyboru jest maraton lub półmaraton. Można jeszcze zapisać się na sztafetę maratońską, ale nie rozpatrywałam zebrania drużyny na tą opcję;-) W pierwszym momencie w grę wchodził maraton, ale na szczęście zdrowy rozsądek (który nie zawsze jest mocną stroną biegacza) spowodował, że zapisałam się na półmaraton. Jak się okazało był to bieg rozpoczynający mój sezon startowy, który ogólnie stał i w tym roku wciąż stoi, pod wielkim znakiem zapytania. Nieregularne treningi, ciągłe dolegliwości zdrowotne i ogólny spadek motywacji biegowej spowodowały, że nie przepracowałam solidnie początku roku. a moje przygotowanie do tego startu pozostawiało wiele do życzenia. Jednak postanowiłam pozwiedzać sobie biegowo Wiedeń, cieszyć się międzynarodowym towarzystwem biegaczy i przebiec spokojnie te 21, 095 km. W sobotę bardzo sprawnie odebrałam pakiet startowy, zwiedziłam niewielkie Expo i wróciłam do hotelu żeby odpoczywać.

Start biegu w niedzielę o 9:00. Pogoda zapowiadała się całkiem znośna, z rana około 8°C, zachmurzone a w ciągu dnia miało być cieplej, jednak nie gorąco.

Dość wcześnie ustawiliśmy się razem z innymi biegaczami w odpowiednich strefach startowych. Było tłoczno bo oba dystanse oraz ponad tysiąc drużyn sztafetowych startowało w tym samym czasie. Przed godziną 9:00 wystartowali biegacze z elity i w czasie tego startu organizatorzy zagrali Walca Wiedeńskiego. Nogi same układały się w rytmie 1-2-3 1-2-3 1-2-3…. Zaraz potem bardzo energetyczna muzyka płynąca z głośników zagrzewała uczestników do biegu. Hmmm, bardziej chciało mi się tańczyć niż biegać;-) Po długim oczekiwaniu na start strefy numer 3, zaczęłam nieśmiało truchtać. Na początku było tłoczno, ale nawet mi to nie przeszkadzało za bardzo. Po krótkim podbiegu pod most zaczął się dłuższy zbieg, na którym tempo biegu wzrosło a ja starałam się go utrzymać. Przebiegliśmy most Reichsbrucke, ulicę Lasallestrasse, Prater i inne słynne miejsca Wiednia.

Kilometry mijały dość niespodziewanie, trzeba było być bardzo skupionym, bo jednak w tak ogromnym tłumie biegaczy i nierównej miejscami nawierzchni asfaltowej łatwo można się potknąć lub wpaść na nieoczekiwanie przechodzącego w marsz biegacza. Bardzo ciężko było w strefach z wodą – wąsko, setki pijących ludzi i walających się pod nogami plastikowych kubeczków. Odgłos rozdeptywanych kubeczków przypominał mi uderzenia gradu w metalowy dach. Uważam, że ten etap biegu organizatorzy powinni zdecydowanie poprawić. W sumie odliczałam trasę do 20 km, bo tam mieliśmy się oddzielić z maratonem i sztafetami. Czułam, że mam siłę i ten ostatni kilometr dofrunę do mety. Niestety wąska trasa i niezmiennie duża ilość biegaczy nie pozwoliły mi biec do mety ile sił w nogach. Czas 2:03:34, ładny medal i przede wszystkim ogrom satysfakcji!!!
Trasa dość płaska, kibice niezawodni, atmosfera bardzo fajna. Wrażenia jak zwykle niezapomniane…

Pozdrawiam, Ania

Asfaltowy Górski

Już po raz piąty wystartowałem w półmaratonie wokół jeziora żywieckiego z metą i startem na pięknym żywieckim rynku .Najbardziej zastanawiałem się jaka będzie pogoda. W 2018 roku były minusy ,aż woda na bufetach zamarzała , w 2017 temperatura sięgała 30°C. Półmaraton żywiecki należy do tych biegów ,które mimo asfaltowej nawierzchni jest biegiem ,gdzie cały czas albo zbiegasz albo podbiegasz. Biegnę z panoramą ośnieżonych Beskidów. Sam czekałem z ciekawością na co mnie stać ,schodząc z szlaków górskich .Bardzo chciałem biec równo bo to lubię i potrafię. Od samego startu z widokiem na Skrzyczne równiutkim tempem ( trochę moim maratońskim 5;20) ,pierwsze podejście ,drugie i kolejne ,jest superek bo równo oddech jest mocny  ,nogi pracują ,brzuch ginie  i już półmetek 52 min i dalej się zaczyna .Czym bliżej mety każdy podbieg staję się coraz dłuższy, monotonny ale równiutko dalej. I ten długi podbieg od 18 km z lekkim zbiegiem kończący się na 20 km to końcowa selekcja . Wbiegłem ,powolutku do przodu. Później już tylko na dół do samej mety.Wiedziałem, że będzie dobrze bo biegłem równo ,bo nie miałem ani chwili zwątpienia ,bo biegłem skupiony na biegu, bo staram się w Karkonoszach truchtać. Zadowolony na mecie – superek chciałem przebiec poniżej 2 godz. I się udało , teraz dalsza praca nad kg gdzie niestety choroba modyfikuje mimo mojej walki będzie dobrze. Teraz tylko lekko biegam dalej i dalej a za miesiąc Maraton Praga.
DZIĘKI KRT, TOMEK