Search Menu

Jawor w trudnych warunkach

Dzisiaj mamy kolejną relacje Krzyśka „Młodego 🙂 ” w którym opisuje swój kolejny sukces 🙂 Zapraszamy

W niedzielę razem z trenerem pojechałem na bieg do Jawora, a dokładniej „Memoriał Stefana Mielczarka”. Na tym biegu chciałem sprawdzić na jakim poziomie jestem na tą chwilę jeżeli chodzi o dystans 10 kilometrów. Dojechaliśmy na miejsce, wjeżdżamy na parking a tam pusto. Przez głowę przechodziły najgorsze myśli że bieg został odwołany, na szczęście organizatorzy takich planów nie mieli. Odebrałem numer startowy, po chwili do mnie i trenera dołączyła klubowa koleżanka Beata. Widzieliśmy że warunki za oknem nie są najlepsze. Niska temperatura i ciągle padający deszcz to nie są wymarzone warunki do biegania. Mimo to nie zamierzaliśmy się poddawać z powodu pogody, przecież nie raz robiliśmy trening w dużo gorszych warunkach 😬. Z Beatą wyszliśmy na rozgrzewkę, chcieliśmy zobaczyć jak prowadzi trasa biegu. Niestety nie udało nam się to, ponieważ trasa nie była jeszcze oznakowania. Dopiero gdy wracaliśmy z rozgrzewki harcerze i wolontariusze wyszli oznaczyć trasę. Chwilę przed startem poszliśmy się jeszcze ogrzać do budynku gdzie zobaczyliśmy Paulinę, która zrobiła nam miłą niespodziankę i przyjechała nam pokibicować 😊. Trener przekazał nam jeszcze ostatnie cenne wskazówki. Na zegarkach godzina 11:55 pełna gotowość, bojowe nastawienie i ustawiamy się na linii startu. Wybija godzina 12. 3.2.1 Start!!! i ogień w nogach.

Od samego początku mocne tempo, w końcu 2 biegaczy dzisiaj miało zamiar pobiec poniżej 31 co na tą chwilę nie jest w moim zasięgu. Trasa ma 4 okrążenia po 2,5 kilometra. Mijamy trzeci kilometr, ja biegnąc swoim tempem na 6 pozycji widzę że 3 pozycja jest w zasięgu ręki, dlatego postanowiłem trochę przyspieszyć i w miarę możliwości wyprzedzić trójkę biegaczy. Mija chwila wyprzedzam 2 zawodników i razem z Piotrkiem, którego znam z innych biegów gdzie zawsze toczylismy równą zaciętą walkę do mety. Zaczynamy odbiegać i nasza przewaga się powiększa. Na 4 kilometrze zamiast skręcić w prawo pobiegłem prosto wtedy Piotrek zachował się fair play i krzyknął mi że źle biegnę. Jeszcze raz dziękuje. Cały czas biegniemy razem co nie do końca mi się podoba, ponieważ tego dnia chcę wskoczyć na podium. Wbiegając na 3 okrążenie musiałem spróbować uciec. Po chwili już sam mijam 6 kilometr moja przewaga mocno się powiększa. Teraz pozostało mi tylko to utrzymać i powalczyć o jak najlepszy wynik co nie było łatwe. Po raz trzeci mijam linię startu i zostało mi już tylko 2,5 kilometra do mety. Nie wiedziałem czy biegnę na życiówkę, wtedy trener krzyknął mi że jest szansa na nowy rekord. Cały mokry, zmarznięty pokonuję ostatnią pętle sam. Powoli odczuwam co raz większe zmęczenie. Do mety została mi tylko jedna prosta i zakręt w lewo. Szybko spojrzałem na zegarek zobaczyłem że nie tylko poprawię rekord życiowy, ale mogę pokonać kolejną barierę 34 minut. Doping trenera oraz Pauliny niósł mnie do samego końca. Przekraczam linię mety z ogromną radością. Spojrzałem na zegarek a tam czas: 33 minuty i 58 sekund 😍. Minęła dosłownie chwila i już poprosili mnie o wywiad. Trzy kamery i mikrofony skierowane wprost na mnie. Byłem w tak ogromnej euforii że nie pamiętam co odpowiadałem na zadane pytania. Ten start pokazał mi jaki ogromny postęp zrobiłem w tym sezonie, który jest tak naprawdę moim pierwszym w pełni przetrenowanym sezonem w mojej przygodzie z bieganiem. Teraz już się nie boję ścigać z lepszymi i bardziej doświadczonymi biegaczami bo wiem na co mnie stać. Niestety ten sezon pełen sukcesów i nowych rekordów życiowych zakończę biegiem niepodległości. Ale w końcu trzeba też trochę odpocząć, aby mieć zapas sił na przygotowania do kolejnego sezonu. Dziękuje trenerze za motywacje i przygotowanie. Dziękuje również wszystkim którzy we mnie wierzą i wspierają.

Z Beatą, która wygrała kategorię open kobiet 🙂

Pozdrawiam Krzysiek 🙂

Złoto, srebro, brąz

W miniony wtorek i środę w Bydgoszczy rozgrywały się wojskowe Mistrzostwa Polski w biegach przełajowych. My mieliśmy tam naszą trójkę przedstawicieli, którzy spisali się rewelacyjnie !!!  . Pierwsza do boju ruszyła Beata Lupa, która ostatnio jest w bardzo dobrej formie, więc nie ma co ukrywać, że cel był jeden – walczyć o medal. Na starcie takie zawodniczki jak Iza Trzaskalska, Anna Gosk czy też Paulina Kaczyńska – jednym słowem krajowa elita. Pogoda deszczowa i wietrzna, ale dla wszystkich taka sama 🙂 Za raz po starcie wymienione panie i nasza Beata szybko wysunęły się na pierwsze pozycje. Jednak z każdą sekundą przewaga Anny Gosk i  Izy Trzaskalskiej rosła. Natomiast nasza Beata zyskiwała nad Pauliną Kaczyńską i właśnie w takiej kolejności panie zameldowały się na mecie.

Chwilę później na tym samy dystansie w kat. 36+  na trasę wyruszył Kamil Makoś. Tutaj na starcie też znane nazwiska, między innymi olimpijczyk Rafał Wójcik. Jednak tempo, które narzucił Kamil spowodowało, że o złoty medal liczył się tylko on sam. Na metę dotarł z ogromną przewagą potwierdzając, że w tym roku jest w bardzo dobrej dyspozycji.

Ostatnim startującym był Krzysiek Wiśniowski, który  pobiegł na najdłuższym dystansie 8km w kat.+36 Krzysiek stoczył zażartą walkę o złoty medal jednak do szczęścia zabrakło aż, lub zaledwie 8 sekund.

Tak wiec dla naszej trójki były to bardzo udane Mistrzostwa Polski tym bardziej, że następnego dnia każdy z nich dołożył jeszcze jeden medal w biegach sztafetowych !!!

Wielkie gratulacje !!!

 

Poznań po raz 3

Mój ślad pozostał w Poznaniu x3…

Tak to prawda… po raz trzeci w tym roku moje nogi postanowiły zostawić swój ślad na poznańskich ulicach. Po wiosennych startach na Maniackiej Dziesiątce i Półmaratonie przyszedł czas na najważniejszy start w tym sezonie do którego miesiącami trwały przygotowania. 19 PKO Poznań Maraton bo o nim mowa zebrał na starcie tysiące biegaczy w śród których i moje nazwisko widniało na liście. Do tej pory Poznań kojarzył się z samymi miłymi wspomnieniami…oczywiście biegowymi. To w tym mieście za każdym razem biłem swoje życiówki na różnych dystansach, więc plan na ten weekend nie mógł być inny. Z Poznaniem jeszcze jedna miła rzecz się kojarzy. To w nim zadebiutowałem w barwach Karkonosz Running Team podczas 14 Recordowej Maniackiej Dziesiątki. Start zaplanowany był na Niedzielny poranek ale postanowiłem już w piątek pojechać by przede wszystkim złapać kilka godzin regeneracji przed startem. W Poznaniu towarzyszył mi mój przyjaciel Roman Ziembicki, który tym razem wystąpił w roli kibica. Dziękuję Tobie Romku z całego serca za wsparcie, towarzystwo i za nieoceniona pomoc po biegu. Tak jak już pisałem wcześniej czas przed biegiem wykorzystałem prawie w 100% na odpoczynek, pisze prawie bo czasami trzeba było ruszyć przysłowiowe cztery litery i wyjść z pokoju choćby żeby coś zjeść no i odebrać pakiet startowy. Tak więc w sobotnie popołudnie udaliśmy się na MTP by odebrać pakiet – jak zwykle bogaty. Mieliśmy okazję także spotkać, chwilę porozmawiać i zrobić sobie zdjęcie z Jerzym Skarżyńskim, który przekazuje pozdrowienia dla Darka Kruczkowskiego i całego KRT.

Czas nie ubłaganie leciał i zbliżała się godzina startu. Sen przed biegiem był spokojny, w miarę długi, choć pobudka zaplanowana była na 5:45. Rano lekkie śniadanie i na niecałe 3 godziny przed startem wyruszyliśmy na miejsce gdzie zaplanowany był start do maratonu. W samochodzie jeszcze lekka drzemka i chwila relaksu przy muzyce. W końcu nadszedł czas by pójść się rozgrzewać. Rozgrzewka była spokojna, mało energiczna i szybko schowałem się w tłumie bo o 9 rano to jeszcze za ciepło nie było. Start nastąpił punktualnie więc gdy usłyszałem strzał nie było już odwrotu i ruszyłem na trasę. Pierwsze kilometry z górki i z wiatrem więc bieg spokojny i jak się później okazało chyba trochę za szybki. Mijały kilometry tempo w miarę równe w okolicach 4:15/km. Na 10km czas wskazywał łamanie 3 godzin… Po raz pierwszy zaświtała mi myśl że może się jednak uda pobiec poniżej 3 godzin, co gdzieś tam przed biegiem kilka razy przeszło mi to przez moją głowę. Kolejne 10km i dalej tempo utrzymane, mało tego nawet trochę przyspieszone. Na półmetku zapas nawet kilkunastu sekund. Jest dobrze… jest bardzo dobrze. Nogi dobrze niosą, wydolnościowo mega, oddech spokojny i stabilny. Ależ mi się dobrze biegło…:):):)…. I tak jak w tym miejscu minki mam uśmiechnięte tak nagle czar prysł jak w bajce:(:(:(… Ni stąd ni z owąd w lewym kolanie zacząłem czuć ból, który z minuty na minutę się nasilał. Niestety, ale to był początek końca marzeń o wyniku poniżej 3 godzin. Mało tego zacząłem się zastanawiać czy dam radę pobić życiówkę. Kolejne kilometry mijały i tempo w dalszym ciągu spada, nawet do minuty na kilometr. Ależ te kilometry się dłużyły, miałem wrażenie jak bym stał w miejscu. Tak jak pierwsza połówka zleciała szybko, tak druga trwała w nieskończoność. No nic zacisnąłem zęby… powiedziałem sobie nie nie…tak łatwo się nie poddam i po mimo że bieg był zdecydowanie wolniejszy to dam radę i dobiegnie do mety z życiówka. I tak też się stało… Choć w bólach i cierpieniu to bardzo szczęśliwy nawet z łezką w oku przekroczyłem linię mety z czasem o ponad 4 min lepszy od poprzedniego. 3:11:20 dało mi ostatecznie 226 miejsce open i 95 w kat. M-30.

Chociaż nie udało się zrealizować celu to i tak jestem bardzo zadowolony bo jak tu nie być gdy bije się po raz kolejny rekord życiowy. Swoje podziękowania kieruję do trenera Darka za przygotowania, za cenne rady, które nie do końca zrealizowałem – obiecuje poprawę. Dziękuję Tobie Romku za spędzony czas ze mną podczas mojej najważniejszej imprezy biegowej. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki i dopingowali. Teraz czas na odpoczynek i przysłowiowe lizanie ran bo już mam chrapkę na kolejne starty i kolejne bicie rekordów. No i trzeba być sprawnym w 100% bo zbliża się wielkimi krokami Gala… a tam tańce do białego rana.