Search Menu

Beata w formie

Przedstawiamy relację naszej Beaty, która w ostatnią niedzielę osiągnęła jeden ze swoich największych sukcesów plasując się na szóstym miejscu w Mistrzostwach Polski w półmaratonie uzyskując rekord życiowy 1:17:52 co jest też nowym rekordem klubu. 

Do biegu w Pile przymierzałam się już od dobrych paru lat ale nigdy się nie złożyło żeby w nim wystartować. Jednak w tym roku odbywały się tam jednocześnie PZLA Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa  Wojska Polskiego w Półmaratonie więc chociażby z racji bycia żołnierzem start był zaplanowany wiele miesięcy wcześniej. Przygotowywałam się do niego całe wakacje i chciałam wypaść jak najlepiej. Wszystko szło w dobrą stronę -obóz w Austrii z KRT, pobyt w Szklarskiej Porębie- widać było że trening przynosi efekty.

W ostatnim tygodniu przed biegiem pojawiły się jednak pewne problemy zdrowotne i cały entuzjazm opadł, bynajmniej u mnie 🙂 Walka z myślam, z jednej strony chęć odpuszczenia z obawy  przed klapą a z drugiej wiara, że uda się jeszcze dojść do siebie. Na szczęście dzięki pomocy i wsparciu bliskich szybko odzyskałam dobre samopoczucie fizyczne a zwłaszcza psychicznie. A więc jedziemy. Wyjazd rano, odbiór pakietów, spotkanie ze znajomymi, krótki rozruch i sobota mija niepostrzeżenie. Niedzielę zaczynam od motywującej rozmowy z samą sobą, która od pewnego czasu stała się moim rytuałem przedstartowym i pomaga zredukować niepotrzebny stres. W strefie biegu pojawiamy się koło 10. Wszędzie mnóstwo ludzi, widać że bieg zorganizowany z rozmachem. Zaczynam rozgrzewkę, samopoczucie wydaje się dobre więc nastawienie jak najbardziej pozytywne. Staram się skupić tylko na sobie, nie myślę o innych, wiem że wszystko w moich nogach i głowie. Pogoda nawet przyzwoita, słonecznie i około 20 stopni ale dość wietrznie. Startujemy punktualnie o 11. Na starcie mnóstwo świetnych zawodników i zawodniczek jak na Mistrzostwa Polski przystało. Zgodnie z radami trenera zaczynam spokojnie, wiem że dystans jest długi i fantazja na początku będzie mnie dużo kosztować na końcu. Jednak biegnie mi się bardzo dobrze, mijam kolejnych zawodników i kolejne rywalki.

Miedzyczasy pokazują świetne tempo więc motywacja rośnie. Koło 14km dostaje koncentrat do picia, który daje porządnego kopa energetycznego ale chyba też powoduje kolkę. Dziwne uczucie – nogi chcą rwać do przodu jak szalone a reszta ciała nie pozwala. Wiedziałam że muszę to przetrwać. Po pewnym czasie mija i wszystko wraca do normy. Jednak zaczyna być coraz goręcej i duszno. Zmęczenie narasta a wody na ostatnich kilometrach brak. Zaczyna się prawdziwa walka. Wiem , że teraz bede cierpieć ale muszę sie postarać żeby na końcu nie miec do siebie pretensji.Kilka kilometrów do mety myślę już  tylko o niej. Staram się jak mogę trzymać tempo choć ciało chciałoby się już zatrzymać i paść na asfalt. Mam wrażenie że biegnę już tylko siłą woli, ale ani przez moment nie było myśl i że nie dam rady.

Wiem że gdybym tak pomyślała to napewno tak by się stało. Odliczam od kilometra do kilometra  i wreszcie widać ostatnia prostą, która zdaje się nie mieć końca. I wreszcie meta! Na zegarze bardzo satysfakcjonujący wynik i świetne miejsce. Nogi same się uginają i kilkanaście sekund nie mogę się podnieść. Nigdy nie dałam z siebie tak dużo ale było warto. Bycie 6 zawodniczką w Polsce jest na ten moment wystarczająca nagrodą.

Bieg Koguta z Anią i Grześkiem

Bieg koguta w Oławie, 02.09.2018

Dzisiejszy poranek nie wróżył nic dobrego. Na drogach sporo kałuż – w nocy bardzo intensywnie padał deszcz, co ostatnio jest dużą rzadkością. Bieg startował o godzinie 11:00 a temperatura powoli się podnosiła, martwiło też, że słońce powoli przebijało się przez chmury co wróżyło dużą wilgotność. O 7:00 rano wilgotność > 90%. Numery startowe odebraliśmy dzień wcześniej, więc na start jechaliśmy na ostatnia chwilę, czyli 20 minut przed startem byliśmy w Oławie. Na rozgrzewce spotkaliśmy kolegę, który trenujemy z naszym Darkiem – też z niepokojem patrzył w niebo „łatwo nie będzie”. Punktualnie o 11:00 ruszyła grupa ponad 1000 biegaczek i biegaczy – dla tego niezbyt dużego miasta to dość spore wydarzenie. Na rynku, skąd wystartowaliśmy sporo kibiców – pewnie samych biegaczy było więcej niż kibiców na 3 meczach lokalnej drużyny piłkarskiej. Po starcie raźno ruszyłem za balonikami na 40 minut choć z planem aby trzymać się własnego tempa. Pierwsze 2-3 km zgodnie z planem – tak na 42 minuty. Potem nogi zaczęły dawać wyraźny sygnał – dzisiaj nie poszalejesz. Pierwsze 5 km poszło na czasie 21:33 i tutaj już się ciężko oddychało, koszulka cała mokra, widać pierwsze osoby które się zatrzymują i łapią oddech. Pierwsza myśl po półmetku – zwolnij i tak nie będzie życiówki, w piątek już biegniesz na 15 km w Krynicy. Ale z drugiej strony napis na koszulce zobowiązuje, więc tyle, na ile się dało biegłem dalej starając się biec równo tak po 4:30. Na metę wbiegam z czasem 44:03 – trochę daleko od tego co chciałem, ale widać dzisiaj to nie był ten dzień. Koszulka i spodenki totalnie mokre – wodę można było wykręcać rękami (taka była wilgotność). Ania biegła dużo spokojniej i ukończyła z czasem 54:51 ( obie 5-tki bardzo równo). Jeszcze poszliśmy na stadion aby odebrać medale za LUMNAR, czyli Letni Ultra Maraton na Raty, którego bieg Koguta był piątym etapem (kończącym). Z miłych dodatków wygrałem wejściówkę na basen w Oławie, choć oczekiwanie było na wylosowanie zegarka lub pralki😉

 

Ania i Grzesiek Pozdrawiamy 🙂

LETNI BIEG PIASTÓW

Tym razem zapraszamy na relację Krzyśka, który w ostatnią niedzielę odniósł swój życiowy sukces 🙂

W niedzielę wystartowałem w Jakuszyckiej Jedenastce (12km).Był to start na którym bardzo mi zależało ponieważ na tych trasach w sezonie zimowym 3 lata temu rozpoczęła się moja przygoda ze sportem. Gdy byłem biegaczem narciarskim prawie dwie zimy tutaj trenowałem na nartach i uczyłem się co to znaczy ciężko trenować, aby osiągać postawione sobie cele. Postanowiłem po raz pierwszy wystartować w biegu piastów i przy okazji pobiec charytatywnie dla Wiktori i Weroniki. Nie wiedziałem na jakim etapie jest moja forma. Natomiast byłem pewny że jestem bardzo dobrze przygotowany i dam z siebie wszystko po ciężko przepracowanym obozie w Austrii, na który pojechałem z moim klubem Karkonosz Running Team. Przed startem zrobiłem rozgrzewkę na której czułem się bardzo dobrze i byłem pewny od początku, że będzie to dobry,mocny bieg w moim wykonaniu. Wiedziałem że na starcie będzie dużo mocnych zawodników, których poznałem na innych imprezach biegowych. Zwycięzca poprzedniej edycji Piotr Holly,Pavel Brýdl bardzo mocny biegacz górski reprezentujący Czechy czy Michał Domowicz z którym mierzyłem się w tym sezonie wiele razy. Godzina 10:00 3,2,1 start!, od samego początku bardzo szybkie tempo biegu. Dlatego postanowiłem że lekko zwolnię tak, aby nie biec za szybko ale mieć kontakt z czołówką. Mijają pierwsze 4 kilometry czuję ogromny zapas sił powoli przyśpieszam i skracam dystans do prowadzącej dwójki. Na 5 kilometr dobiegamy w grupie 4 osobowej z czasem 17:35 i tak do 6 kilometra na którym czekał nas pierwszy mocniejszy podbieg, a zaraz po nim niebezpieczny zbieg po śliskich korzeniach. Widzę że Pavel przyśpiesza wiedziałem że nie mogę w tym momencie odpuścić jeżeli chcę myśleć o wygranej. Dlatego przyśpieszam razem z nim. Po chwili biegniemy już tylko we 2. Na 8 kilometrze przebiegamy przez bufet gdzie spotkała mnie bardzo zabawna sytuacja. Krzyczę do wolontariuszy że chcę wody, a po chwili zamiast wody dostaje w plastikowej misce ciastka był to jedyny moment na trasie gdzie miałem jeszcze siłę się uśmiechnąć 😀 .Na szczęście kawałek dalej dostałem już wodę .Biegniemy dalej. 9 kilometr na którym czeka nas ostatni bardzo długi,wymagający podbieg na tzw.Samolot. To tutaj podjąłem bardzo duże ryzyko i mocno przyśpieszyłem pod górę jakbym za chwilę wbiegał na metę, a przecież przede mną jeszcze 3 kilometry. Po chwili widzę koleżanki z klubu i trenera którzy dopingują mnie z całych sił. Trener daje mi jeszcze ostatnie wskazówki, a w tamtej chwili było dla mnie to bardzo ważne i jestem im bardzo wdzięczny za wsparcie. Na podbiegu czuję ogromny ból, ciężko złapać mi oddech, głowa i całe ciało mówi Stop!.Ale ja od zawsze walczyłem do końca i tym razem nie mogło być inaczej.Do mety został mi tylko długi zbieg. Mimo bólu zbiegam najszybciej jak potrafię, ostatnie zakręty i ostatnia prosta na której już niesie mnie doping kibiców do mety. Był to mój najdłuższy dystans, który ukończyłem na 1 miejscu Open i 1 miejscu w kategorii wiekowej z czasem 45:02. Po przekroczeniu linii mety – niesamowita radość i łzy.

Fot. Bieg Piastów/Bikelife

Po chwili widzę także radość u rodziców, trenera i koleżanek z klubu. Ta chwila była dla mnie wyjątkowa i na pewno zostanie na zawsze w mojej pamięci. Każdy start mnie uczy czegoś nowego, a na tym biegu doświadczyłem co znaczy oszukać swoją głowę, walczyć sercem oraz z charakterem do samego końca. Tego dnia dałem z siebie zdecydowanie ponad 100%, a ten wynik uważam za najlepszy do tej pory w mojej przygodzie ze sportem. To dopiero początek i wierzę że stać mnie na dużo więcej 💪.  Pozdrawiam Krzysiek 😊