Search Menu

Słodko – gorzki smak maratonu

Doświadczyć najstarszego maratonu w Europie , o tym myślałem już od dawna kiedy wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy ,że będzie to kolejny cel naszej zagranicznej wyprawy. Fajnie się złożyło, że data maratonu pokoju w Koszycach równiutko pokrył się dnie kiedy rok temu poślubiłem Anię, z którą łącze swoją pasje -fajny prezent sobie zrobiliśmy .Praktycznie na każdym kroku spacerując po centrum Koszyc można dostrzec dbałość o tradycje i historię maratonu . Jest ulica Maratonu Pokoju, można zauważyć restauracje czy apteki ,które w nazwie mają maraton. Natomiast w centrum jest pomnik maratończyka ,popiersie założyciela tego biegu w Koszycach Pana Vojtecha Bukowskiego.

Dzień startu – ustawiamy się w sektorach startowych ,nie wiem dlaczego postawili mnie w sektorze dla elity 😀,przecież nawet swoimi wymiarami tam nie pasowałem ale ok ,strat płasko fajnie ale tłumy ,których dawno nie widziałem na biegu ,przecież od kwietnia siedziałem tylko w górach . I to właśnie tym tłumie się nie odnalazłem , 3 km biegu ,wchodzę w swój właściwy rytm maratoński 5:30 – lubię te tempo bo potrafię równo biec i ono mnie nie męczy . Zwężenie drogi ,ktoś mnie zepchnął na pobocze i tak nie fortunie noga mi się osunęła ,że ześlizgując się z asfaltu stopa wygięła mi się rogala aż usłyszałem jak zatrzeszczało ,ból i myśl to koniec biegu ,ale truchtam do punktu odżywczego by sprawdzić co z nogą . Zatrzymałem się ,nie ma opuchlizny, schłodziłem wodą i postanowiłem biec dalej .W głowie masa różnych myśli większość negatywnych ale cóż biegnę do następnego punktu z jedzeniem . Staram się uspokoić ,przezwyciężyć w głowie lekko bolącą kostkę ,tutaj przypomniał mi się fragment książki S.Jurka gdzie opisał jak podczas biegu zerwał Achillesa, przyzwyczaił się do bólu i biegł dalej, tutaj powiedziałem sobie :…,,przecież tyle skaczę, biegam po krzakach, lasach, górach i nic mi się nie stało, a tutaj głupia ulica i ból, którego wcześniej na biegu nie doświadczyłem”….. . Na kolejnym punkcie sprawdzam nogę i decyzja – biegnę dalej i w sumie tak do samego końca baaardzo zachowawczo biegnę co punkt chłodząc nogę i kontrolując czy nie puchnie ( paradoksalnie lżej mi się biegło niż miałbym iść). Bieganie po górskich szlakach na pewno nauczyło mnie choć trochę siły woli w pokonywaniu słabości ,zwiększyło odporność na trudności . Przez cała resztę biegu towarzyszyła mi myśli czy maraton uliczny jest jeszcze dla mnie ,czy potrafię dalej łączyć zamiłowanie do gór z biegiem w ulicznym tłumie . Trochę czułem się jak człowiek biegający sam w bliskości przyrody a tu nagle postawiony w tłumie biegaczy i co ….. ( książka Urodzeni biegacze ). Czy to jest mój świat ?Dużo siły dodawał nieustanny tłum kibiców na trasie – te miasto naprawdę żyje maratonem . Wbiegłem na metę otrzymałem piękny medal i wiem na pewno ,że nie da się porównać gór do asfaltu ,że jak odejdziesz w góry to bardzo trudno jest się odnaleźć w biegach asfaltowych ( ja tak mam). Wiem na pewno, że będziemy jeździć na wycieczki maratońskie bo chce poznawać nowe miejsca i ludzi . Ale rychło czas jak wyzdrowieje wracam na górski szlak . Teraz czas przerwy, zadbania o siebie, zdrowie i przygotowania do nowego roku biegowego 😀.
Pozdrawiam Tomek
( ps. trasa w Koszycach jest płaska jak stół a przez to szybka – polecam tym co chcą powalczyć o swój lepszy czas, a wieczorne spotkanie w grupie i spacer po starówce złagodził wszelkie dolegliwości 😀)