Search Menu

Telefon do wszechmogącego

30 lipca 2019

Tym razem zacznę odważniej, bo debiut w końcu już za mną i jaki mówi przysłowie ” jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” to naskrobałem poniższą relację z piątego dnia naszego pobytu w Canazei. Zanim jednak co wydarzyło się konkretnie w tym dniu, to napiszę ponownie, że naprawdę nie jest łatwo znaleźć takie miejsce. Przy wyborze ciągle towarzyszą mi obawy, czy wszystko będzie o.k jedzenie, miejsce do biegania itd. Wiem, że z KRT mogę wszystko, to jednak chcę aby było jak najlepiej. Kiedy kończę jeden obóz, to już myślę o następnym. W ten sposób natrafiłem na jedną z fotek, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wow, wow i jeszcze raz wow!!!

Chcę tam być i to z naszym Teamem!!! Jak zwykle po kilku godzinach szperania znalazłem naszą przyszłą bazę 😉 Trochę daleko od centrum, ale wzeszłym roku było podobnie, więc to nie problem. Przyszedł czas obozu i się zaczęło. Po przyjeździe na miejsce od pierwszych godzin otaczające krajobrazy pobudzały nas do działania, ale spokojnie nie możemy wszystkiego naraz. W końcu w grupie są ścigacze, ale też i Ci którzy wolą pokonywać dystans w znacznie wolniejszym tempie 😉 Spokój i jeszcze raz spokój może nas uratować i tak zaczęliśmy obóz w Canazei. Na początek spokojne bieganie, choć ściana na dzień dobry przeraziła mnie. Następnie lekkie pobudzenie i wycieczka, która długo zostanie w naszej pamięci. Bajkowa trasa 25-27km w towarzystwie dziesiątek jak nie setek świstaków 😉 Ten dzień spowodował, że tak naprawdę mogliśmy już powiedzieć, że te miejsce spełniło wszystkie nasze oczekiwania. Ja sam z jeszcze jednego powodu. Odniosłem na tej trasie sporą kontuzję, spaliłem tak twarz, że skóra schodzi mi do dzisiaj 😉

Kolejne treningi z podziałem według możliwości każdego z osobna. Jednak większość patrzyła i pytała mnie czy zaatakujemy jakiś trzytysięcznik. Na jak nie jak tak, przecież nie możemy tego odpuścić. Cały czas sprawdzałem prognozy pogody, bo przed wyjazdem, były one dla nas tak fatalne, że byłem bliski załamania. Kiedy jednak przyjechaliśmy na miejsce, to jakby ktoś za pstryknięciem palca wszystko zmienił.

Na wszelki wypadek rano zadzwoniłem pod znany tylko mi numer, krótko mówiąc do wszechmogącego, bo znowu straszyło opadami. Jest odpowiedź – śmiało możecie iść nie spadnie ani kropla 😉 Tak więc chwilę po śniadaniu jedziemy autami na przełęcz (Passo Pordoi)  Zostawiamy auta i ruszamy szlakiem w kierunku Piz Boe. Darek na pewno tam? Słyszę za plecami.

Tak na pewno tam i to nie wyciągiem, tylko jak na KRT przystało na nóżkach. No o.k i tak zaczął się atak 🙂 Z każdym metrem tlenu coraz mniej, ale nikt nie wymięka. Gdzieś obok przebiegają kozice pokazując nam jak powinniśmy to robić, ale to nie takie łatwe. Czasami dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Tak czy inaczej wspinamy się coraz wyżej.  Pierwsze miejsce gdzie mamy się spotkać, to przesmyk między szczytami. Byłem przekonany, zresztą jak wszyscy, że po drugiej stronie będzie jak z tej z której zaczęliśmy wchodzić, czyli jakaś dolina. Było inaczej!!! Było zupełnie inaczej!!! Po dotarciu na ten przesmyk, przez nasze usta przeszły chyba wszystkie słowa od tych ……. 😉 do ja pierdziu 😉 Już nic się nie chciało. Najlepiej koniec zostać z własnymi myślami i patrzyć tylko przed siebie.

Dziesiątki fotek i słów zachwytu, ale nie ma co, musimy ruszyć dalej bo do szczytu jeszcze trochę jest. Przechodzimy do truchtu, ale nie za długo, bo miejsce jest tak wyjątkowe, że udziela nam się głupawka. To znak, że jest dobrze 😉 Zjazdy na tyłku, bo białego g…. pod dostatkiem i nawet ja, który patrzeć na nie nie może bawi się jak dzieciak. Tarzamy się, pstrykamy zdjęcia i filmujemy. Na chwilę sam wróciłem do dzieciństwa 😉

Niestety przeklęty czas goni i trzeba zrobić atak szczytowy. U niektórych pojawia się nawet strach, bo trzeba będzie wchodzić po drabinkach, trzymając się linek, no cóż, to nie żarty. W końcu szczyt jest powyżej 3000m n.p.m!!! Motywujemy się i wspólnie zdobywamy Piz Boe 3152m n.p.m. Dla niektórych to pierwszy raz w życiu na tej wysokości. Dla mnie nasty, ale wciąż z tym samym zachwytem. Ja mogę tak bez końca.

Przybijamy sobie piąteczki. Ponownie kilka fotek, i już niedosyt czyżby koniec na dziś i już wracamy ????? Nic podobnego, Ula mówi dokręćmy jeszcze tam pokazując w oddali schronisko. Uśmiech na ustach wszystkich. Ufff jeszcze coś nas czeka i tak ruszyliśmy w tej bajkowej scenerii w kolejne miejsce. Po godzinie dotarliśmy i ponownie te wow, wow 🙂 Zaczęły się fotki, dziesiątki, setki fotek, bo trzeba zaistnieć na fb czy Instagramie 😉 Adrenalina na maxa, bo gdy się siada w miejscu, gdzie pod nami jest 300metrów w dół powoduje, że nogi same się uginają.

Po kolejnej godzinie rzucam hasłem na dziś koniec trzeba wracać. Zbiegając co chwilę ktoś się odwracał zabierając ze sobą obraz jaki do tego dnia mogliśmy oglądać tylko na zdjęciach. Chyba wszyscy poczuli się spełnieni, bo ja na pewno tak. Kilka godzin z takimi świrusami i to w takim miejscu, to nie może być inaczej. Co prawda przy kolacji już było słychać, że mogliśmy jeszcze tam i tam 😉 ale tak to już jest z nami. Wciąż nam mało i odliczamy godziny do następnej przygody.
Bo super jest, gdy w życiu coś się dzieje.

Canazei to magiczne miejsce, kurort marzenie. Infrastruktura bajeczna nieosiągalna dla nas chyba nigdy 🙁 Turyści na szlakach szanujący to co ich otacza. Nie znajdziecie tam jakiś śmieci. Nie spotkacie kogoś kto tam jest przypadkowo i mógłbym jeszcze więcej, ale nadal brakuje mi odwagi, by powiedzieć coś więcej. Co prawda wracam z mandatem 29 euro za parkowanie, ale to dla mnie lekcja, a nie kara. Więc uczę się dalej i czekam na kolejny czas z naszym KRT 🙂 Bo z tymi świrusami można wszystko. Wystarczy rzucić hasło o godzinie 20:00 że dzisiaj podobno jest częściowe zaćmienie księżyca by po godzinie i 20km autem być już na wysokości 2100m n.p.m. i czekać na wschodzący księżyc przez 2 godziny. Było warto jak wszystko co tam nas spotkało 🙂

Tyle ja Treneiro 🙂