Search Menu

Tylko a może aż 15

31 lipca 2019

Każdy dzień pobytu KRT na obozie w Canazei, miejscowości położonej u stop masywu Sella na wysokości 1650 m n.p.m. , wokół której znajdowało się mnóstwo atrakcji turystycznych a między innymi jezioro Fedaia Lake, stanowił nie lada wyzwanie. Trudno czasami było zdecydować jaki charakter miałby mieć nasz trening. I tak też było w piątek. Dla niektórych z nas decyzja była prosta. Góry i kolejny szczyt do zdobycia. Inni natomiast, mający niedosyt biegowy zdecydowali, że tym razem asfalcik. I tak w gwiazdorskiej obsadzie a mam na myśli nieskromnie siebie oraz moje koleżanki Elę i Bożenkę, za zgodą Trenera Darka, postanowiłyśmy pokonać 15 km wyłącznie na biegowo. Trasa oczywista. Pierwsze 5 km mocno pod górę, krętymi serpentynami do jeziora (przewyższenie około 600 m). Kolejne 5 km wokół jeziora na wysokości około 2100 m n.p.m, i trzecia piątka to już z górki „na pazurki”. Żeby jednak poczuć moc wyzwania trzeba by było osobiście pokonać tą trasę. Ale cóż musicie zdać się na moją relację. Od początku czułam powagę sytuacji …… w żołądku. I pytanie, które mnie nie opuszczało. Czy dam radę? Szczególnie, że trasę nad jeziorko pokonywaliśmy wielokrotnie ale autkiem. A to oznaczało, że w mojej ocenie stopień trudności w skali od 1 do 10 … stanowił 10! Koniec końców podjęłam wyzwanie. Pogoda dopisała. W pełnej gotowości skierowałyśmy się do obranego celu. Widoki rozpieszczały. Jednak z każdym km było coraz trudniej. Zmęczenie dawało o sobie znać. Małe przystanki na kilka łyków wody i znów kolejne pokonane metry. Odliczałam je skrupulatnie. Serducho chciało wyskoczyć z „piersi” … Mocno napięte łydki i zmęczone czwórki. Bezcenne wsparcie biegnących przodem dziewczyn. W końcu 4 km. Ech … krótki przystanek na fotkę. Nie dało się przebiec obok tak cudownych widoków, nie uwieczniając ich.

Zachwytów nie było końca. Kierowców mijających nas chyba też. Ewidentnie wzbudzałyśmy zainteresowanie. Komu by się chciało dobrowolnie pokonywać kolejne km pod taką górkę, oprócz kolarzy, którym widać było, że jest równie ciężko. No ale w końcu dotarłyśmy nad jeziorko. Spokojne kolejne kaemy i zbieg. Ależ to była frajda. Nóżki kręciły się jakby nie miały już w sobie pokonanych 10 km. Kolejny zakręt a z przeciwka kolarze. Powitania, uśmiechy … miło że taka była ich reakcja. Oczywiście odwzajemniłyśmy ich gesty. Sportowcy sportowcom … a i nasz trening solidnie wykonany. Mogłam już spokojnie odetchnąć. Dałyśmy radę … Satysfakcja, że kolejne wyzwanie zaliczone była ogromna. A co w kolejnych dniach ..oj działo się działo. Poczytajcie …

Pozdrowienia i buziaczki od Sylwii z Legnicy.

………………………………………………………………………..

Czwartkowy poranek, codzienne treningi zaczynam pomału odczuwać w mięśniach. Tak intensywnie dawno nie trenowałam. Półroczne problemy zdrowotne i wyłączenie z treningu a jedynie rekreacyjne bieganie zrobiło swoje. Nie mniej jednak dziś zdrowie dopisuje i poza tzw. zakwasami nogi pracują bez zarzutu. Uśmiech z twarzy mi nie znika, w oczach kręcą się łezki wzruszenia – bo pięknie, bo wśród przyjaciół, bo biegam 🙂 Tego dnia część naszej grupy rusza na podbój 3- tysięcznika ja natomiast czując głód biegania przyłączam się do ścigaczki Eli i Sylwii i jak prawdziwe asfalciary 🙂 wyruszamy na wybieganie ale jakie… Pierwsze pięć kilometrów niekończącego się podbiegu. Pierwszy km, drugi, trzeci, czwarty, piąty – jest dobrze – biegniemy.

Oddech przyspieszony, słyszę bicie swego serca. Mijający nas kolarze, którzy z wysiłku prawie spadają z rowerów zerkają z podziwem i dopingują. Bo kto był w Dolomitach ten wie jaką potęgą są te góry i jakim wyzwaniem dla biegacza. Krótka przerwa na fotkę i biegniemy dalej. Tętno w końcu się uspokaja i jeszcze jeden zakręt, tunel i dobiegamy do celu naszej wyprawy Lago di Fedaja – jeziora zaporowego położonego u podnóża masywu Marmolady na wysokości 2056 m n.p.m. Upajamy się przepięknymi widokami, przebijamy piątki. Chłonę każdy obraz, zapach czując wręcz nieopisaną radość życia. Trochę dokumentacji fotograficznej i zasłużony deser czyli zbieg do naszego hotelu:-))) Dla takich widoków warto było włożyć ten trud. Satysfakcja z dobrze wykonanego treningu jest przeogromna. Reszta dnia upływa mi spokojnie na regeneracji powysiłkowej i wieczornym spotkaniu z przyjaciółmi, gdzie mamy możliwość podzielenia się wrażeniami z dzisiejszego dnia, a jest ich co niemiara.

Pozdrawiam Bożenka