Search Menu

Ula i Sławek na Stołowych

Dzisiaj  przedstawiamy relację Uli i Sławka ze startu w połówce i maratonie gór Stołowych. Jest na poważnie i na wesoło 🙂

Dystans 21 km to może nie tak znowu wiele mniej niż 28, ale! Już przed startem czułam, że będzie mi mało. Miał to być szybki numerek kilometrażowy ze zmiennym tempem i małym spowolnieniem na 665 schodach przed spełnieniem na mecie. Aura pogodowa tego dnia sprzyjała biegaczom, więc nie mogło być inaczej 😉 Z Emilią dojechałyśmy do Karłowa w sobotnie popołudnie. I od razu znalazłyśmy się w raju z dala od cywilizacji informatycznej. Brak zasięgu to w dzisiejszych czasach najlepszy wynalazek technologiczny. Na Szczelińcu można nas było już dopaść. Nie mogło się obyć bez dobrej strawy i odwiedzenia biura zawodów oraz króciutkiego rozruchu nóg. Potem tylko plecaki na plecy…albo torebka na ramię😏 i heja na schody! Nocleg na Szczelińcu to idealna miejscówka. Warunki się super, a tamtejsze naleśniki … musiałam hamować swój apetyt. Emilia zresztą też 😋 W pokoju spałyśmy z Ultra – kolegami, więc fajnie było wczuć się w klimat. Zbyt późno odkryłyśmy możliwość wypożyczenia gier planszowych, ale next time robimy 54 km, to wieczorem będzie czas na pogranie przy świecach i dobrym soku. Czego się dla takich wieczorów nie robi 😂 I ten zachód słońca z Karkonoszami w tle … Rześki niedzielny poranek na spokojnie rozgrzałyśmy znów skalnymi stopniami w dół. I czując ożywcze podniecenie oczekiwałyśmy na start z resztą biegowej ferajny. Tym razem postanowiłam pobiec na lekko, ale wzięłam sobie coś do pociągania soku z gumich jagód na trasie. I to był dobry plan. Może z małym wyjątkiem, bo jednak sok w większości wypiłam po dobiegnięciu już na Szczeliniec. Ale 250 ml nie robiło mi różnicy. Na samych punktach w liczbie dwóch albo raczyłam się kilkoma łykami wody z ręki i … jednym arbuzem w przeciwieństwie do kolegi Sławka albo wzięłam 2 łyki coli z kranika. Sam bieg zaczęłam od razu od wyprzedzania na podbiegu by potem mijać się parokrotnie na trasie zarówno z tymi samymi biegaczkami jak i biegaczami. I znów jedni potrzebowali dojść do siebie po wspinaczce, a ja ruszałam dalej z kopyta. Zaobserwowałam ostatnio jednak, że nierówne kamieniste zbiegi mnie spowalniają i dla niektórych jest to zbyt dobry moment, żeby mnie wyprzedzić. Natomiast na trasie było trochę panów, którzy postanowili nawet lekko pagórkowate odcinki pokonywać turystycznie. Gdy sama ich mijałam, mimo zmęczenia ich widok dawał mi moc na kolejne kilometry. 😉 Trasa znana mi ze śniegowych zasp zimowej wersji półmaratonu oraz wycieczek z #KRT nie stanowiła dla mnie zaskoczenia i jeśli tylko mogłam, cieszyłam się nią, bo wiedziałam, co mnie czeka. Bieg wśród słonecznych pól i pachnących łąk pozwalał na chwilę wyciszenia, ale walka trwała do końca. I tak dobiegając do deptaka w Karłowie, zmęczona oczekiwałam ostatniego decydującego starcia z 665 schodami. Tu wyprzedziła mnie ostatnia gąska.  Kiedy mijałam jakiś czterysta sześćdziesiąty piąty i jedna czwarta schodek ktoś zawołał: „Patrz! Ona może tak długo !”… i tak widząc już tuż tuż ostatnią prostą aczkolwiek krzywą między głazami ruszyłam na końcowy podbój twierdzy Szczeliniec, bo nasze hasło ma MOC!

I już do końca nie dałam się wyprzedzić.

Przy okrzykach „UWAGA ! Zawodnik! Ustąpmy miejsca !” wśród turystów i coraz bliższej wrzawie na mecie osiągnęłam swoje light zaspokojenie jako 139. na 405 zawodników, 18. kobieta na 150 przedstawicielek moje szanownej pełci oraz 10. z 70 zawodniczek w swojej kategorii K30, jeszcze …Miejsce w pierwszej dwudziestce trzeba było sobie porządnie wypracować, więc chociaż czułam spory niedosyt, to byłam z siebie zadowolona. Kawał porządnej jednostki treningowej 😂😜 Jednak największe zdziwienie odczułam nazajutrz…nic nie czując. W sensie było zmęczenie ogólne ciała, dwa dni po starcie czułam w skali mikro zaczepy mięśni, ale było zero zakwasów! Czyżbym swój start zrobiła na totalnym lajcie ?!?!?! Po wizycie u fizjo doznałam olśnienia! Przecież od dwóch miesięcy chodzę regularnie do niego i na trening personalny wzmacniający obręcz i nogi. No i mamy efekt ! Dziękuję zatem moim trzem trenerom, dzięki którym mogę cieszyć się bieganiem jeszcze bardziej: Darkowi, Filipowi i Mateuszowi. Ale Darkowi … szczególne 🙂

A teraz Sławek 🙂 Supermaraton Gór Stołowych 2018, 54 km, przewyższenie +2400 m. To miała być „mocna jednostka treningowa”
… no i była… 30.06.2018. Pasterka. Wstaje o 5:30 Do startu 2:30h. Jest spory zapas czasu. Wszystko przygotowane. Sprawdzam aktualną prognozę pogody: 12-17C, niebo zachmurzone, możliwe miejscowe przejaśnienia. Super! I najważniejsze… wiatr. Będzie wiało z północny! Tak jak lubię. Wcześniejsza strategia ląduje w koszu. Decyduje się biec ‘na lekko’, bez zbędnego balastu. W pokoju zostawiam plecak, kije, żele, batony i bidony na wodę. Jest sucho, wiec zamiast Terraclawów INOV-8 zakładam starówki NIKE Pegasusy 34. Sprawdzone w boju. Przebieg 1257 km. Dzisiaj dorzucę im jeszcze co najmniej 54 km. 7:50 Karłów. Na starcie 467 zawodników. 20 z nich nie ukończy zawodów. Rześko. Temp 9-10C. Zimny wiatr. Odczuwalna w okolicach zera. Urwałem się choinki. Mam na sobie minimalne minimum: koszulka, spodenki, rękawki biegowe, chip, numer startowy, mp3, 2 saszetki z magnezem i 2 z solą … oraz dowód osobisty – tak na wypadek kontroli granicznej albo (co bardziej prawdopodobne) szybszej identyfikacji zwłok Adrenalina nie pozwala mi ustać w miejscu. Koncentruje się jednak. Powoli wszystko cichnie, znika. Dzisiaj zamierzam biec w szpicy… 8:00 Karłów. Start. Mocne wyjście. Noga niesie. Koleżanka z Oborygeni – grupa biegowa – Oborniki Śląskie (Super ekipa! Pozdrawiam serdecznie ) napisze mi później, ‚kurzyło się za tobą’ Nie wiem, kiedy pęka piątka. Tempo z początkowego 4:02 po 3 km stabilizuje się na poziomie 5:25. Lewym pasem ciśnie jakiś zawodnik. Mocny jest! Wyprzedza mnie lekko. Siadam mu na bucie. Kolejne kilka kilometrów, biegniemy razem, mijamy kolejnych zawodników. Zaczyna się pierwszy poważny zbieg. Jest stromo. Mnóstwo kamieni. Jeden błąd i…przyda się dowód osobisty Odbieram prywatną lekcję skutecznej techniki zbiegu. Po biegu dowiem się, że od Janusza Majera. Odsadza mnie na jakieś 150 m. Respekt. W myślach pada słówko na ‘K’ (chyba ‘kurde’, ale mogę się mylić) Ja pierdziu, ale Koleś popitala! Byle do kolejnego podbiegu, tam go dogonię. Chyba…?

09:13:32 Slavny, Czechy I wodopój i punkt pomiarowy. Wpadam 5 sekund za Majerem. Prawie 14 km w nogach. Na punkcie arbuzy!!! Pyszne, soczyście apetyczne. Mniam! Zasuwam jeden kawałek po drugim, czwarty, dziewiąty, nasty… Zagryzam wafelkiem. Na żelki nawet nie patrzę No dobra, patrzę, ale nie ruszam Ktoś podchodzi i mówi: jesteś trzeci. Ze what? Biegnę za szybko. To ma być przecież trening. Zwolnić?!? Już teraz ??? I tak będzie pewnie OPeEr od Trenera ( i był ) Eeeeeee … to może po następnym pomiarze ? Na odchodne chwytam dwa kawałki arbuza. Siorbię przez kolejne kilkadziesiąt metrów. Jest bosko! Zaczyna się 9 km bardzo technicznego biegania. Mnóstwo zakrętów, korzeni, kamieni. Staram się mieć w zasięgu wzroku zawodnika przede mną. Sr tempo 5:55. Przyspiesza… no to ja w długą, za nim! Wyczyniam cuda. Przeskakuje, omijam, odbijam, balansuje ciałem, wymachuje rękoma, łapie muchy w zęby… No magia! Na nic to. Ucieka mi powolutku. Ale Harpagan! Na jakies prostej coś … wzziuuuuum…mnie mija. Dwóch kolejnych zawodników. Zawodowstwo! Wygladają świeżutko.10:13:37 Slavny, Czechy II wodopój. Zamykam pętlę i wracam do tego samo miejsce sprzed godziny. 23 km, jestem piąty. Przede mną wciąż 31 km. Pogoda idealna. To się może udać! Skup się Waszek! Ponawiam scenariusz. Zasysam arbuzy! Jem dwa, trzy kawałki na raz. Nie ma w tym krzty gracji. Mlaskam i siorbie. Jestem jak arbuzowy potwór Ileż mi to to sprawia frajdy! Przede mną jeden z nielicznych dłuższych, prostych odcinków. Asfalt. Lekko pod góre, ale na dobrym kącie. Za mną spokój: Uskuteczniam człapanko. BPM w okolicach 140, tempo 6:00-6:05. Wjeżdża magnez, a na kolejnym kilometrze saszeta soli. Koniec asfaltownia. Skręt w lewo i powtórka z historii. Korzenie, skały, wąska ścieżka, kamienie, szczeliny, krzaczory, ostre skręty. Na szczęście trasa oznakowana jest wyśmienicie. Szacun dla Załoga Górska i Maraton Gór Stołowych ! Jestem sam. Niesamowite uczucie: Zero tłumu, przepychania, charczenia, sapania, bojowych okrzyków. Las, skały, zieleń, śpiewają ptaki. Widoki baja! Zwolniłem. Sr tempo spada do 6:10. Staram się biec równo. Następny wodopój przy schronisku Pasterka, ale zanim tam dotrę… mam wrażenie, że trasą okrążę cały Park Narodowy. Droga się wznosi. Końca nie widać. Odcinek łatwy technicznie, ale siadający na psyche. Zmieniam technikę. 20 kroczków podbiegu, 20 marszu… liczę w myślach. Proza ultrasa. Nareszcie zamykam wielka pętle. Teraz powrót na polską stronę. Kierunek: Pasterka. Lekki zbieg, pojawiają się pierwsi Kibice. Doping robi cuda Nabieram prędkości i skracam dystans do czwartego zawodnika. Już widać schronisko… 11:14:34 Pasterka, 34 km trasy. Na III punkt pomiarowy wpadam przy potężnym aplauzie kibiców. Ludzie wstają z trawy, klaszczą, trąbią, krzyczą, zagrzewają do walki. Ale odlot!!! Mam ciary na plecach. Zmęczenie znika. Kolejność nie uległa zmianie: Dombrowski, Majer, Novotny, Stolarz, Waszek. Tradycyjnie czynię spustoszenie w arbuzowym obozie. Miska pustoszeje, arbuzowe skórki ścielą się gęsto. Dopycham się pyszna colką. Znowu śmieje mi się micha. Zostało 21 km. Niby nic, ale to najcięższy odcinek. Znam tą trasę dobrze. 2x ostro w dół, 2x ostro pod góre i jakies 6 km w miarę płaskiego odcinka, a na koniec Schody Prawdy. Ruszam. Co za widok! Trasa biegnie pośród traw, w około same łąki, po prawej Szczeliniec. Dobra, koniec pleneru. Wpadam w las i zaczyna się zbieg. Zimą wszystko przysypane jest śniegiem, wybicie kończy się miękkim lądowaniem. Latem można o z tym zapomnieć. Zdradliwe korzenie, gruzowiska kamieni, wąska, stroma ścieżka. Biegnę zachowawczo. Spinam mięsnie. Zbieg kończy się obok parkingu przy Szosie Stu Zakrętów. Ostry skręt w prawo i …pod górę, zgodnie z zasadą: co zbiegłeś, podbiec bedziesz musiał.

Na tym odcinku nie ma mowy jednak o bieganiu. Podchodzę fizycznie, ale mentalnie czołgam się. Zaczynają się mikro-skurcze. Organizm ostrzega. Nie mam wyjścia, zwalniam jeszcze bardziej. Trudno, stracę najwyżej kilka kolejnych oczek w generalce, ale nie spalę mięśni. Wjeżdża druga saszeta magnezu i soli. Wdrapuje się na wreszcie na drogę Karłów- Pasterka. Pot leje się z czoła. Płasko przez chwilę. Na kolejnym podbiegu wyprzedza mnie kilku zawodników. Nie podejmuje walki. Kryzys morderca. Zostało niecałe 2 km do następnego punktu pomiarowego. Trzymam swoje tempo. 12:16.34 Parking pod Szczelincem. IV punkt kontrolny. Jestem 10. Ostatnie 7 km dało mi w kość. Spędzam klika minut więcej przy arbuzowej misce. W tym czasie dobiegają kolejni zawodnicy. Czekam. Dorzucam garść soli i kilka kawałków pomarańczy. Oooo tak! To robi robotę. Wracają siły. Znowu biegnę przez łąki nad Pasterką. Jest pięknie! Grawitacja pomaga w kilkukilometrowym zbiegu do Ostrej Góry. Jeszcze tylko podejście na Błędne Skały Trochę to jednak trwa. Idę, podbiegam, człapie. Znowu mikro skurcze. Nie zatrzymuje się jednak. Wolno, ale byle do przodu. Już nikt mnie nie wyprzedzi. Zbieram siły. Wreszcie jest. Ostatni V punkt kontrolny. 13:12:49 Błędne Skały, 48 km garść soli do papu. Zapijam wszystko colą z izo. Pyssssszota Arbuzy? Brak. Ostatni odcinek. Niecałe 7 km. Dość płasko. W oddali widzę zawodnika. Odpala mi się program ‘pościg’. Biore go na celownik. Powoli zwiększam tempo, doganiam go. Za mną spokój. Przed zbiegiem z Lisiego Grzbietu, redukcja i wyprzedzam. Ścieżka zbiega ostro w dół. Maszyna zaskoczyła. Cisnę żwawo. Przeskakuje z kamienia na kamień. Byle do Karłowa. Wybiegam na drogę. Ostatnie 2 km asfaltu. Skracam krok, zwiększam kadencję. Tempo 4:55. Mam jakieś 300 m przewagi. Mijam miejsce startu. Dochodzi 14–ta. Będzie ciężko złamać 6h. Cisne w trupa przez deptak. Doping robi znowu swoje. Wreszcie są! Schody na Szczeliniec. Zaczynam podejście i … skurcz w łydzie. Pada kolejne słówko na ‘K’! Zatrzymuje się. Czekam. Wypracowana przewaga maleje. Czekam. Czeeeekam. Jeszcze nie, jeeeeszcze nieeee! Skurcz odpuszcza. Ten za mną zwietrzył okazje, widzi, co się dzieje. Teraz to ja jestem na celowniku. Cholera! Jest jakieś 100 m za mną. A planowałem, że sobie spokojnie wejdę na Szczeliniec bez spiny. Nici, trza popitalać. Ruszam. Przeskakuje po dwa stopnie. Kolega robi to samo, ale jakoś tak chyba szybciej… Odwracam się. Widzę jak ciśnie po 2-3 schodki. Ożeż Ty Dziadu jeden! Kolejny Harpagan mi się trafił! Stawiam wszystko na jedną kartę. Paliwa, jak na lekarstwo. Zaczynam biec po 3, a gdzie się da – po 4 stopnie na raz. Słychać krzyki, Z drogi! Zawodnik! Mam wolny pas. Doping na trasie jest niewiarygodny! Rozdroże ze szlakiem do Pasterki. Tabliczka 400 m do celu, 300, 200 …kończą się schody ….ostatnie 100m.
Mijam metę o 14:01:35. 23 sekundy później na mecie melduje się Marcin Szczepaniak z XRUNNERS To z nim wałczyłem o …15 miejsce OPEN.
Podchodzę, gratulujemy sobie serdecznie. Pewnie nigdy tego nie przeczytasz, ale Szacun Stary! Szacun do kwadratu!!!

Kończę z czasem 06:01:45 na 15 miejscu OPEN i 7 w kategorii wiekowej. Endorfiny wychodzą mi uszami
Średnie tempo z biegu: 6:41 min/km. Wiem, wiem…mogło być lepiej. Będzie. Gratuluję Ci Urszula Ka super wyniku. Na mecie wyglądałaś świeżo i pachnąco Pewnie ścinałaś zakręty Dziękuję za mega foty tradycyjnie niezawodnym Fotografia Małgorzata Telega oraz Łukasz Buszka Images. #SGS2018 #KarkonoszRunningTeam #ZalogaGorska