Search Menu

Wszystko pod kontrolą

13 września 2019

Jak połączyć pasję biegania z górską turystyką? Nie jestem „ścigaczką” i nigdy nią nie będę. Za to od zawsze kocham góry i nie ma roku bym nie pokonywała kolejnych szlaków turystycznych. Niestety, praca zawodowa ogranicza mnie czasowo. Pewnie jak każdego z NAS. Trudno standardowo zaplanować trening biegowy, szczególnie na weekendy i jeszcze móc wyskoczyć na szlak w górki podelektować się widokami, horyzontem i wolnością w ciszy. Ale jest na to sposób! Od dłuższego czasu mam apetyt na ultra. Jednak do celu jeszcze długa droga i ciężka praca. Mając za sobą kilka półmaratonów górskich, w 2019 roku postawiłam zrobić kolejny krok do przodu. Długo dojrzewałam do tej decyzji aż stało się. Dokładnie 1 sierpnia 2019 r. opłaciłam start na 35 km. Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój, rewelacyjna impreza. Miejsce, do którego w tym roku powróciłam po raz szósty. Była Życiowa Dycha, Runek Run aż w końcu przyszedł czas na VisegRun bieg 7 Dolin z przewyższeniem 1520 -1380 m.

Do Krynicy w przeddzień biegu dotarłam z Trenerem, który osobiście chciał wspierać swoich podopiecznych, biorących udział w innych biegach Festiwalu. Uspokajał mnie tłumacząc, że głowa musi być „wolna”. Ale niestety. Strach narastał.

Sobota rano, autokary pełne biegaczy docierały kolejno na miejsce startu tj. Mniszek nad Popradem. Bez mała 1300 osób. O 11.30 gotowi podjąć wyzwanie z naturą ruszyliśmy. Pierwsze 4 km po szerokiej nowiutkiej drodze asfaltowej. I gdyby nie to, że nagle z za chmur wyjrzało słonko (uff gorąco) dając nam pierwszego „psztyczka”, pomysł z nowym miejscem na start był ok. Obiecałam sobie, że pobiegnę rozsądnie. Równo bez szarpania a na podbiegach delikatnie bez ścigania. Nie wiedziałam co mnie czeka. Ile dam radę przebiec? Czy nogi wytrzymają? Mapka biegu skutecznie zadziałała na moją wyobraźnię i żołądek oczywiście. Ten niestety skurczony jak kamień utrudniał mi zbieganie, po wąskich ścieżkach, kamieniach i w gęstym towarzystwie innych biegaczy. Głębokie wdechy, uzupełnienie magnezu i minerałów przyniosło lekką poprawę. Pozostało pokonać Wierchomlę. Obraz jaki ukazał się moim oczom był jednoznaczny. Będzie ciężko. W tym momencie obejrzałam się za siebie. Cudowne widoki. Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont. A co przede mną, mnóstwo podchodzących szybciej lub wolniej kolorowych ludków i przekonanie, że wszyscy cierpią a ja razem z nimi. Sztywniały nogi a szczególnie stopy. A efekt tego taki, że zbieg był bardzo asekuracyjny. Trzy godziny zapasu w ustalonych limitach spowodował, że czułam się bezpiecznie. I nagle 21 km. Znana mi ścieżka sprzed 2 lat. O dziwo czułam się coraz lepiej. Łyk coli i kęs banana na 23 km dodał mi jeszcze większego powera. Nogi stały się lżejsze. Niewiedzieć kiedy minęłam Runka. Przede mną już tylko jakieś 8 km zbiegu. Mimo to musiałam zachować ostrożność. Zmęczenie dawało o sobie znać. Korzenie, kamienie i znów wąskie ścieżki. Skipy i przeskoki. Aby do przodu. Niestety na 32 km nie obeszło się bez upadku. Niespodziewanie omijając jednego z biegaczy zaczepiłam o korzeń. Upadek spowodował nagły skurcz w lewej łydce. Nie dałabym rady wstać bez pomocy kolegi z trasy. Obejrzałam nogę i stwierdziłam , że nic poważnego się nie stało. Podziękowałam za pomoc i już pełna euforii biegłam w stronę mety. A tam, mnóstw kibiców głośno dopingujących. Ach co to było za wspaniałe uczucie. Dałam radę !!! I od razu pomyślałam – wracamy tu za rok Trenerze 🙂

Pozdrawiam Sylwia 🙂