Search Menu

Życie po Rzeźniku

Czy istnieje życie przed i po Rzeźniku ? W sumie nie są to narodziny dziecka czy ślub, ale…

Uczestnictwo w nim zmieniło wiele i jednocześnie ugruntowało moje podejście do własnego biegania. Przede wszystkim znów poczułam te emocje jakie towarzyszą świeżakowi w zderzeniu ze startowym Goliatem, którym straszą naokoło i o którym już tyle historii się zasłyszało. Do dziś pamiętam emocje towarzyszące pierwszemu maratonowi, którego zrobiłam po 2 miesiącach przygotowań w butach do tenisa ziemnego kupionych w 3. klasie liceum 😉 Ta determinacja, optymizm i strach, który nie dotknął mnie zbyt głęboko, bo radość uczestnictwa przewyższała o więcej niż +/- 3730 m wszelkie obawy. Po drugie samo przeżycie GO potwierdziło ostatecznie, że pójście drogą ultra i rezygnacja z asfaltowych życiówek była słuszną decyzją. I na koniec to, co każdy zapalony biegacz świetnie rozumie, to potrzeba zrobienia czegoś więcej. Teraz wiem, że 100 km wcale takie straszne nie jest i będzie moim celem w 2020 roku. Zresztą powoli jakoś muszę dojść do 160 km na 80 urodziny 😉 Jestem typem zadaniowca. Przygotowanie ekwipunku i przepaków po wcześniejszej konsultacji z zaprawionym w boju kolegą nie stanowił dla mnie problemu. Nie brałam butów na zapas. Nowe kompresy (nieskarpetkowe) kupiłam dzień wcześniej (polecam firmę ………….. w wersji letniej – cieńszej). I użyłam moje sprawdzone skarpetki Nike Dry Fit, których nie zmieniłam przez cały dystans. Szczypta sudocremu. Zero odcisków i otarć. Pełen relaks 😉 .Za to odżywki jak elektrolity, glukoza dextroza, mała Cola, magnezowy shot albo kupiony w miasteczku biegowym nowy specyfik jakim była stężona sól morska czy po prostu woda uzupełniania po pierwszych 30 km. Nie używałam czołówki, bo świt nastał całkiem szybko, a ja przywykłam do biegania w półcieniu i delektowałam się chwilą, obserwując setki biegaczy pośród budzących się do kolejnego dnia Bieszczad. Zresztą nie wymieniłam słabej już baterii 😉 Dodatkowo wiedziałam, że na punktach będę grzecznie jeść ciepłe i słone posiłki, jak kolega zaprawiony dzik przykazał.

Sam bieg to 15h41min24s euforii, wzruszenia, zadumy, wyciszenia, głupawki i podziwu. Euforii, która towarzyszyła mi na różnych etapach tych 80 km i  im dalej w las tym w coraz bardziej zaskakujących momentach się objawiała. Jakby mój organizm sam dawał mi znać, że „Ula, super się bawimy, jest świetnie!”. Wzruszenia szczególnie na początku, gdy zaczęło ze mnie uciekać to napięcie ostatnich tygodni przygotowań i oczekiwań, niepewności związanej z nieznajomością swojego organizmu po 43 km. Ale patrząc na ten tłum ludzi równie szalonych w swych zapędach jak ja, czułam spokój i jedność. Nie byłam sama i to dawało mi mnóstwo wsparcia i siły. Zaduma i wyciszenie pojawiały się na początku, gdyż później skupienie na trasie i stałe obserwowanie swojego organizmu pozwalały na chwilę krótkiego kontemplowania piękna przyrody coraz bardziej mokrej i błotnistej oraz uczestników biegu i wolontariuszy na punkcie, gdzie każdy starał się być dla innych, jednocześnie walcząc z własnymi słabościami i pokusą zostania na dłużej szczególnie w punktach z przepakami. Cóż, mistrzyni ciętej riposty spotkała godnego przeciwnika, a waleczne nastawienie Dawida zmuszało mnie do bycia czujną aż do końca. Żarty nas nie opuszczały, a podryw na żuczka w moim wykonaniu czy półszpagad w błocie przejdzie już do historii. Swoją drogą w codziennych treningach stosuję „podryw na ślimaczka” 😉 Jednak chciałabym tu przede wszystkim wyrazić podziw dla Dawida. Bo bieganie w górach non stop i start na tym dystansie to jedno, ale zrobienie górskiego ultra, biegając na co dzień asfalt i nie będąc zaprawionym w specyfice górskiego biegania, to już zupełnie inny level. W dodatku dla Dawida to był drugi start po jednym górskim półmaratonie. A mimo to nie tylko dopisywał mu humor do końca, miał bojowy nastrój do mety, wspierał i cierpliwie zaczekał, to na dodatek ani razu nie jęknął. Wsparcie było obustronne i co jakiś czas szło w obie strony pytanie, jak samopoczucie i forma. Ja znana z aptekarskich zapędów częstowałam swoimi specjałami, a Dawid wchodził mi czasem na ego, gdy chwilowo zbytnio w swym kroku się … zamyśliłam. 😉 Twardo trzymaliśmy odstęp max 100 m i co jakiś czasem po bieszczadzkich lasach niosło się echo : ”Ula … Dave” (bo Dawid to za długo). To co zapamiętam z tej przygody to punkty kontrolne w Cisnej, Smereku i Roztokach Górnych. Prawdziwa uczta ! W kurzu, upale, deszczu i wśród roja owadów dzielni wolontariusze robili wszystko, by być dla nas wsparciem. Znużony biegacz mógł zaspokoić głód zupą, mięsiwem, sokami, owocami, słodyczami, słonymi przekąskami, ziemniaczkami pieczonymi, bułami z syrem, smalcem… Ach! były nawet cukierki pudrowe, podbierane ukradkiem przez pomagające na punkcie dzieci. W Smereku na każdego uczestnika biegu czekała kontrola obowiązkowego wyposażenia, tj., folii NRC i komórki. I to jest godne pochwały ! Nie sposób na koniec nie wspomnieć o bohaterze drugiego planu … Błocie. Śmiało mogę uznać, że w tej edycji to ono dyktowało warunki, rozdawało karty i pełniło nawet rolę kata dla tych, którym nie udało się zmieścić w wyznaczonym limicie czasu, czyli dla ponad 280 par ! Nie burza nad nami ani deszcz, a ono właśnie spokojnie testowało naszą psychikę … u mnie powodując krótkie ataki głupawki. Tak to już bywa na zmęczeniu, że organizm zaczyna odkrywać głębokie pokłady naszej dziecięcej natury. Więc im bliżej mety, tym głośniejsze peany na cześć wszechobecnego błota. Pokochałam ten stan totalnego sponiewierania. Mogłam taplać się w błocie i to bez kaloszy! Jeszcze wybiegając po 30. km w Cisnej skakałam na paluszkach, żeby jak najmniej zamoczyć buty, ale na ostatnich 5 km dałam sobie pofolgować swym najskrytszym fantazjom i czułam tylko, jak woda stopniowo wylewa mi się z butów, a ciszę lasu przerywało sapanie współtowarzyszy i głośne mlaski błota, które koniecznie chciało zabrać nam buty. Co jakiś czas ktoś lądował w jego bezkresie. Mi się upiekło. Jednak nie zawsze było tak beztrosko, bo sama wzywałam pomoc na ostatnich metrach, kiedy jeden z biegaczy uległ wypadkowi właśnie z powodu niepewnego podłoża. I bieg kończył niesiony na noszach. Dopiero ostanie metry pozwoliły na szalony pęd do mety i o dziwo…. Nie mieliśmy z tym problemu.

Bieg Rzeźnika zakończyliśmy jako 66. para / 182 MIXów (z czego 89 skończyło w limicie czasowym) oraz 289. para / 640 par Open (z czego 356 skończyło w limicie czasowym).Relacjonując Start w Szczawnicy wspominałam o absurdach życia. Rzeźnik uczynił mnie jeszcze silniejszą, podobnie jak mojego biegowego kompana. Stał się prawdą, która pokazała, że ultra jest moim biegowym przeznaczeniem.

Dziękuję Darekowi za idealne wyczucie mojego biegowego charakteru oraz stoicką akceptację mojego wydymanego ego i zręczne poprowadzenie ku mej biegowej nirwanie.