Po marzenia

Wracając z Krynicy do domu czułam pustkę. Z jednej strony radość a z drugiej smutek. Coś się skończyło. Nie, nie skończyło się moje bieganie- bo ja to kocham, całą sobą kocham ale zakończył się pewien etap. Etap przygotowań do docelowego startu tego sezonu. Moim w tym roku był Festiwal Biegowy w Krynicy i start w biegu 7 Dolin na dystansie 64km. Moje pierwsze prawdziwe ultra. Ponad 3000 km wybieganych w tym roku, treningi w górach, starty kontrolne… to musiało się udać. O 6:30 ruszyliśmy na trasę. Przed nami kilka godzin biegu. Tutaj nie było czasu (o ironio!) ani miejsca na jakąkolwiek pomyłkę. Tutaj musiało zagrać wszystko! I zagrało! Jak najlepsze Stradivariusy!

Taktyka, support, samopoczucie i siły. Nawet pogoda nie była w stanie tego dnia niczego zepsuć. Nie pozostawiłam żadnych złudzeń! Byłam dobrze przygotowana. Mimo, że czołówka uciekła mi już na początku i wiedziałam, że z dziewczynami nie mam tego dnia szans, że pierwsza trójka jest jeszcze poza moim zasięgiem, biegłam tak jak założyliśmy z trenerem. Na Przehybę dotarłam po 1 godz i 6 minutach, ten fragment trasy jeszcze w maju, gdy w byłam tutaj na rekonesansie wydawał mi się najtrudniejszy. A teraz? Biegłam rytmicznie, wciąż wyczekując ściany, która w mojej głowie wydawała się wtedy taka trudna do pokonania. A ona po prostu się nie pojawiła. Do tego momentu Trener był obok. Czułam wtedy ogromne wsparcie. Ale na dalszy etap ruszyłam już sama.

Kolejne kilometry mijały szybko, czułam się dobrze, kilka razy nawet rzuciłam okiem na otaczające mnie krajobrazy ale nadal bardzo skupiona biegłam przed siebie. Za Radziejową był trudny fragment zbiegu, na którym kamienie a następnie korzenie utrudniały szybkie bieganie. Wiedziałam, że tutaj nie mogę popełnić najmniejszego błędu. Biegłam na 6 pozycji. Wiedziałam, że strata do 4 i 5 miejsca zwiększa się ale nie mogłam szaleć, do 30 km musiałam zachować dużo energii. Nielubiany przez większość biegaczy zbieg płytami betonowymi do Piwnicznej w końcu się skończył. Dotarłam do drugiego punktu kontrolnego po 3 godzinach. Na punkcie nie musiałam się zatrzymywać, bo wszystko co potrzebowałam wzięłam do Trenera. I chyba tak naprawdę dopiero tutaj bieg miał  się dla mnie zacząć. Przede mną było kilka stromych podbiegów i oczywiście… zbiegów. Wiedziałam, że podejścia to moja mocna strona i tutaj upatrywałam swojej szansy. Piwniczna Zdrój, Łomnica Zdrój, Wierchomla Wielka… kilometry mijały a ja czułam się naprawdę dobrze. Nawet przez chwilę nie miałam zwątpienia czy kryzysu. W Małej Wierchomli w okolicach kolejnego punktu kontrolnego dołączył do mnie Darek.

Łyk gorącej herbaty i ruszyłam na odcinek trasy, na którym organizatorzy zrobili tzw premię lotną o Puchar Wierchomli. Bardzo strome podejście pod wyciągiem a potem zbieg wzdłuż drugiego wyciągu. Łącznie 6 km z czego 400m w górę i 300 w dół. Tutaj przydały się po raz pierwszy kije. Szłam mocno, rytmicznie, walcząc o każdy kolejny metr przewyższenia.  Tutaj też wypatrzyliśmy 5 zawodniczkę, “poczułam krew”. Chciałam ruszyć od razu mocno ale Trener uspokajał. Wiedziałam, że jest moja! To była kwestia czasu. Na zbiegu (!!) dogoniłam ją i wyprzedziłam. Czterdziesty siódmy kilometr- a do mety wciąż jednak było daleko. Trzeba było walczyć. W Szczawniku czekał na nas Grzesiek, który powiedział, że mam około 1,5 minuty do czwartej zawodniczki i że nasze dziewczyny- Ania i Ela czekają na mnie na górze. Poczułam jeszcze większą wolę walki. W głowie już układałam plan na ostatnie mocne podejście do Bacówki nad Wierchomlą a następnie na Runek. Na początek musiałam się jednak zmierzyć z dość nużącym fragmentem drogi szutrowej, który miał cholernie nieprzyjemny kąt nachylenia. Już na początku przesunęłam się na czwartą pozycję, bo rywalka przeżywała kryzys. A ja? Czułam się mocna. Wierzyłam, że uda mi się dowieźć to czwarte miejsce do mety.

 

Minęłam ostatni punkt odżywczy i ruszyłam w górę. Dobiegłam do Ani i Eli. Jaką ogromną radość sprawił mi ich widok! Myślałam, że się wtedy rozkleję. Ania przekazała mi informację od Trenera, ile mam przewagi nad rywalkami i że wyżej czekają na mnie Asia i Adam z ekipą. Dziewczyny ruszyły ze mną. To było fantastyczne. Biegłyśmy razem. Czułam ogromne wsparcie! Przy Runku czekał istny komitet powitalny. Zrzuciłam z siebie kamizelkę, chwyciłam tylko bidon z wodą i ruszyłam w dół ile sił w nogach. Do mety miałam 10 km. Niby już tylko w dół ale wciąż pamiętałam z mojego majowego rekonesansu, że na tym odcinku są jeszcze trzy bardzo nieprzyjemne, sztywne i krótkie podbiegi. Ela biegła ze mną krzycząc do idących turystów by zrobili miejsce na szlaku. Nie musiałam się wtedy o nic martwić. Miałam komfort i musiałam się skupić jedynie na tym, żeby zbiegać ostrożnie i szybko. W myślach kalkulowałam, rozmawiałam ze sobą…  Powtarzałam sobie, że rywalki też są zmęczone, że mamy w nogach około 60 km i że teraz już nikt mi nie odbierze tego czwartego miejsca.

Ostatnie 4 kilometry biegłam już sama. Nie wiem już o czym wtedy myślałam, co czułam. Chyba po prostu cieszyłam się chwilą. Dobiegłam do centrum, na deptak… tam przy dopingu kibiców i spikera przekroczyłam linię mety. 6 godzin 49 minut 36 sekund! Tyle potrzebowałam na przebiegniecie 64 kilometrów pięknej i wymagającej trasy z Rytra do Krynicy. Planowałam złamać 7 godzin, chciałam pobiec w czasie lepszym niż ubiegłoroczna zwyciężczyni. I udało się. 4 miejsce wśród kobiet, 11 miejsce OPEN i 1 w swojej kategorii wiekowej K-30! Na koniec jeszcze okazało się, że wygrałam lotną premię o Puchar Wierchomli! Przegrywając tylko z 5 mężczyznami. To był mój fragment trasy, moje podejście i mój zbieg! Na którym odważyłam się i zbiegałam tak, jak zawsze powinnam to robić.

To był fantastyczny wyjazd! I dla mnie i dla całego naszego klubu. Pokazaliśmy, że potrafimy się bawić, walczyć, że potrafimy się wspierać i czerpiemy radość z biegania! Trenerze- po stokroć dziękuje za przygotowanie. Za wszystko!!

Wrócimy i zawalczymy.

Mój Support to prawdziwe Mistrzostwo!!!

Chapeau bas 🙂