Search Menu

Biegaliśmy w Nowym Jorku

9 listopada 2018

Tym razem pojawiliśmy się na ulicach Nowego Yorku. 48 TCS NEW YORK CITY MARATHON pozostanie w naszych sercach na zawsze.
Powiedzieć o tym biegu że jest niesamowity, to nie powiedzieć nic! Tyle słów się nasuwa, żeby opisać ten bieg, że aż tak trudno dobrać te właściwie, które opisały by to przeżycie. Pod każdym względem wyjątkowy, idealny w każdym calu, po prostu wymarzony. Ale po kolei. W dniu startu niby rutyna, ale tym razem nieco inna. Pobudka o 4:30 i śniadanie, tym razem pancakes z syropem klonowym i masłem, czarna kawa i sok pomarańczowy. 6:00 odjazd autobusem na Staten Island do miasteczka startowego. Po opuszczeniu autobusu udajemy się do kontroli przed wejściem do miasteczka, kontrola o standardzie podobnej do tej, którą znamy z lotnisk. Samo miejsce otoczone dziesiątkami policjantów, żołnierzy i innych służb mundurowych. W żaden sposób nie potęguje to w nas poczucia strachu. Wszyscy uśmiechnięci, nastawieni bardzo pozytywnie do biegaczy, oni tu s ą dzisiaj dla nas. Nad miasteczkiem nieustannie krążą helikoptery NYPD oraz telewizji. Po przejściu kontroli i wejściu do ogromnego miasteczka biegaczy podzielonego na kilka części, w zależności od fali, z którą się rusza, spotykamy idealnie przygotowane miejsce do oczekiwania kilku godzin na start. Tak kilku godzin, albowiem jedyny most, którym można dostać się na start zamykany jest o 7:00 godzinie, natomiast pierwsza fala startuje dopiero o godzinie 9:50 (Elita), a start kończy się o 11:00.

Oczekujący biegacze są świetnie przygotowani do oczekiwania, Staten Island jak sama nazwa jej wskazuje jest wyspą i przez to jest na niej dość wietrznie. Biorąc pod uwagę, że o poranku jest zaledwie 5 stopni każdy z nich jest bardzo grubo ubrany. Każdy z biegaczy prezentuje niesamowitą rewię mody second-hand. Ludzie poubierani są w zimowe kurtki, szlafroki. Dla wszystkich rozdawane są zimowe czapki. Większość z biegaczy, aby oszczędzać nogi śpi na ziemi. Ci lepiej przygotowani posiadają materace, śpiwory, a nawet kołdry i poduszki. W grupkach lub indywidualnie łapią resztki snu, aby maksymalnie naładować, akumulatory.

W miasteczku przygotowane są w nieograniczonych ilościach ciepłe napoje, kawa, herbata, kakao z miodem cukrem czy słodzikiem, tu liczy się każdy detal, każde upodobania biegaczy są dla organizatorów ważne. Jeżeli chodzi o bufet, to również było w czym wybierać, jeden ze sponsorów przygotował stoiska z bajglami, bułkami i pączkami. Woda izotoniki banany i inne słodkości to oczywistość. Również, żele energetyczne rozdawane są w nielimitowanej ilości dla każdego. Miasteczko oznaczone jest podobnie jak strefy startowe kolorami zielonym, żółtym, i niebieskim. W wyznaczonych godzinach, odpowiednich dla każdej strefy, ludzie zaczynają się gromadzić we właściwy miejscach, następnie przechodząc na start, który usytuowany na Verrazano-Narrows Bridge. I tu duże zaskoczenie, albowiem każda z trzech fal startuje inna trasą. Tak to ogromne zdziwienie, to niespotykane na innych maratonach. Jednak tu w NY ze względu na ogromną ilość startujących, ponad 50 tysięcy, organizatorzy, aby zapewnić płynność startu, puszczają każdą z trzech fal inna trasą, każda z tych trzech tras schodzi się w jedną dopiero około 4 mili. Tak więc każdy ze startujących z innej fali biegnie początek maratonu zupełnie inna trasą. My startowaliśmy z fali pomarańczowej, a więc biegliśmy górą dwupoziomowego mostu, którego długość wynosi ponad 4 km, a wysokość to 211 metrów, czyli jest jedynie 4 metry niższy od Sky Tower. Możecie sobie zatem wyobrazić, jaką niesamowitą panoramę można podziwiać z takiego mostu. Pogoda tej niedzieli była niesamowita, zero wiatru, błękitne niebo i temperatura oscylująca w granicach 12-15 stopni. Wymarzone warunki do biegania i podziwiania widoków, które przygotował dla nas tego dnia Nowy York. Widok na ocean zapiera dech w piersiach, powodując, że nie wiesz czy biec czy lepiej się zatrzymać i podziwiać widoki. Wielu biegaczy ulega pokusie wskakując na betonowe przegrody oddzielające jezdnie, aby wykonać selfi. Ale nawet to zdjęcie nie odda tych widoków.
Most jest kluczem tego biegu, albowiem to mosty odgrywają tu największa rolę na całej trasie, to one kolejno dewastują nogi każdego biegacza rozrywając włókna mięśniowe na strzępy.
W trakcie biegu myśli się o tym, iż każdy biegacz powinien tu wystartować choć raz. Biegnąc w gęstym tłumie zastanawiasz się kiedy się rozluźni. I okazuje się, że rozluźnia się dopiero na mecie. Nie tylko tłum biegaczy się nie rozluźnia, ale i kibice, tak kibice w NY to jest zjawisko. Można by o nich wydać album i napisać kilka artykułów. Od samego początku do samej mety są ich tłumy i każdy z nich kibicuje tak mocno, że masz wrażenie, że jesteś ich wszystkich znajomym. Coś w tym jest, NY kocha biegaczy i jest to miłość odwzajemniona, dzięki czemu masz ciary na całym ciele przez cały czas biegu. Czujesz się jak byś był na olimpiadzie, a wszyscy Ci ludzie są twoimi fanami. Zaangażowanie Nowojorczyków jest ogromne. Całe rodziny stoją na trasie, aby dodać Ci otuchy i podziękować, że wybrałeś właśnie ich miasto, aby pobiec NYC maraton. Drzwi kościołów są otwarte, a na schodach do nich śpiewają chóry gospel, na każdym rogu jest zespół, orkiestra, raperzy, dj. Każdy fragment trasy to inna impreza, każda dzielnica, która oferuje Ci muzyczną ścieżkę w stronę mety, właściwą dla kultury jej mieszkańców. Harlem i Bronx to rap i dobry mocny bit, który Cię niesie niczym tłum pędzący w handlową niedziele do Lidla. Brooklyn to wielkie orkiestry grające donośnie najbardziej motywujące kawałki. Queens wypełniony był kapelami rockowymi:) Ostatnie km przebiegają przez Central Park, w którym biegaliśmy niemal każdego poranka. Jednak tłum, który się tam zgromadził był niewyobrażalny, momentami przypominający górskie etapy Tour dr France, gdzie kolarze przeciskają się pomiędzy kibicami. Ludzie tam zgromadzeni doskonale podnosili na duchu na ostatnich kilometrach, które na maratonie są tak strasznie ciężkie. Nie pozwalali absolutnie nikomu, aby osiągnęła go niemoc. Te ostatnie kilometry mimo ogromnego już bólu biegliśmy dla tych ludzi. Te szczere zaangażowanie w kibicowanie wszystkim biegaczom jest niesamowite. NYC maraton to impreza biegaczy i kibiców, gdzie jedni bez drugich nie stworzyli by tak wspaniałego wydarzenia. Po przekroczeniu linii mety, kiedy ból zmiesza się z euforią, umysł jest zamroczony, a łzy cisną się do oczu, przejmują cię wolontariusze, którzy są tutaj niesamowici. Otrzymujesz medal, zakładają na ciebie folię nrc i zaklejają ja specjalną naklejka żebyś nie musiał jej trzymać i aby się nie zsunęła.

Otrzymujesz worek (recovery bag) pełen magicznych napojów i smakołyków proteinowych, fotografowie robią Ci zdjęcia na specjalnej ściance abyś miał pamiątkę, a następnie zakładają na ciebie ciepłe ponczo abyś w komforcie mógł wrócić do domu. Od minięcia linii mety do wyjścia spacer trwa jeszcze 30minut, aby opuścić strefę finiszera. Wolontariusze i policjanci biją brawo, podają ci dłoń gratulując,czujesz się jakbyś co najmniej wygrał ten maraton. Gdy wracasz do domu na stacjach metra ludzie ci gratulują, uśmiechają się do ciebie, widzisz ich oczach uznanie. Tego na próżno szukać w naszym społeczeństwie, które widząc nas po biegach obrzuca pretensjami, że zablokowaliśmy miasto i że miasto nie jest do biegania. Tu można zamknąć jedno z największych miast na świecie na 9h i tym samym obudzić w ludziach radość i chęć wyjścia na trasę o świadomego uczestnictwa w tej imprezie. Ludzie miło spędzają niedzielę na kibicowaniu maratończykom z całego świata, którzy odwiedzają ich miasto. Wracając do domu, siedzieliśmy na ławce w metrze podeszła do nas przypadkowa dziewczyna i powiedziała, że gratuluje ukończenia biegu i chce zrobić nam zdjęcie. A przecież byliśmy jedynie zwykłymi biegaczami. Jednak w oczach Nowojorczyków znajdowaliśmy uznanie na każdym kroku, wracając przez miasto w ponczo z logo NYC Marathon z medalem na szyi, ledwo włócząc nogami. Napotkani ludzie uśmiechali się i składali gratulacje, to niesamowite uczucie. Mimo, że byliśmy potwornie zmęczeni czuliśmy się wspaniale, że ktoś rozumie, ktoś docenia.

Jak tu nie kochać Nowego Yorku i biegania.
Asia&Adam