34KM Z PASJĄ

Rok temu pełna po weekendowej euforii napisałam Spowiedź biegaczki… pamiętam, jaka radość towarzyszyła mi na mecie i jak cieszyłam się, że podjęłam wyzwanie pomimo choroby. Wiem, że dla wielu ten wyczyn był głupotą, ale ja ani przez chwilę tego nie żałowałam. No i miałam spontaniczny support 😉 Minął rok, tamte emocje zostały wspomnieniem, a mój support podjął wyzwanie Irona.

Zaś ja postanowiłam tym razem ten sam dystans w końcu przebiegnąć. Ten weekend był również pięknym pożegnaniem lata z moim Karkonosz Running Team . Patrząc czysto na cyfry, nie mam powodów do narzekania. Bieg był mocno obstawiony, start w południe i upalny dzień nie ułatwiał zmagań i wiele czynników, jak zawsze dało właśnie ten wynik… K30 – 11/109, K Open – 18/246, Open – 94/726. Jednak kiedy tym razem przebiegłam linię mety, cieszyłam się, że w końcu mam to za sobą. Pomimo dobrego startu, pomimo piękna gór, pomimo 80% zmęczenia… potem był spokój, myśl “Zadanie wykonane”, tylko… no właśnie. Tamten rok bardzo dużo mi dał, mimo, że biegałam zupełnie spontanicznie. Zbyt intensywnie, ale bez kontuzji. Poznałam siebie w górach, które są moim żywiołem i już wielokrotnie o tym pisałam, że tu na wyższych m n.p.m. odnalazłam swoją biegową ścieżkę. Kiedy trenowałam po moim wielkim Rzeźnickim sukcesie, wielokrotnie w myślach miałam ten Krynicki start. Wstawałam nadal o 5 i szłam na długie sobotnie wybieganie…czując spełnienie i radość. Każdy trening zbliżał mnie do mojego kolejnego celu, jak się okazało, ponownie gorącej 34. Dzień startu przywitałam radośnie, była energia, był spokój, było skupienie. A potem zaczął się bieg … Lekkość nawet na betonowych płytach czułam tylko na początku, potem stopniowo miałam w sobie coraz większe pragnienie… chłodu górskiego strumienia, hektolitrów wody… sam bieg szedł mi dobrze, ale dużo musiałam używać przy tym głowy. Zdecydowanie godzina 12.00 to nie mój czas. Szczególnie przy takiej słonecznej pogodzie. Czułam się rozdwojona, bo aura idealna na podziwianie krajobrazów, ale niestety nie na mocny start. Nogi szły mi dobrze, cieszyłam się każdym zbiegiem wyprzedzając mnóstwo ludzi, zmobilizowana pokonałam odcinek asfaltowy, na pierwszym punkcie szybko uzupełniłam energię bananami, ale potem ten długi szutr … w sumie cień drzew dawał ochłodę i słońce już tak nie doskwierało z racji godziny, ale kiedy dobiegłam do ostatniego punktu na trasie, z niesamowitą przyjemnością smakowałam soczystej słodyczy pomarańczy i pierwszy raz podczas biegu uzupełniałam bukłak wodą. Swoją drogą potem jej wcale nie wykorzystałam. Najlepiej biegło mi się ostatnie 10 km, z czego 9 km stanowił zbieg. Wtedy odżyłam.. ale moje bezpośrednie rywalki zdążyły mi uciec … Lubię zmierzać się z górami sama, wiem, że moja miłość do nich jest odwzajemniona. 😉 Ale tym razem biegnąc po marzenia za bardzo skupiłam się na przyziemnych pragnieniach.

Kiedy w poniedziałek sunęłam autem w stronę pochmurnego Wrocławia, wpatrując się w krople deszczu słuchałam Jacka Walkiewicza o Mocy motywacji. Wszystko to wiedziałam. Tylko wychodząc ze strefy komfortu, zwalczając potrzebę stabilizacji, jesteśmy w stanie rozwijać się i sięgać po marzenia. A moją Życiową Prawdą jest rodzina, przyjaciele i góry i im jestem wierna. Nikomu więcej.

Stwierdzenie Trenera Darka pomogło mi zaszczepić w sobie radość, pomimo wkurzenia na własny biegowy występ. Czuję, że w przyszłym roku mogę próbować swoich sił na 50 km dystansie.

Chcę tego… chcę tego doświadczyć…