Bez sipny

Tym razem nie o biegu, a o całej serii zawodów w wiosennym sezonie, który przyniósł wiele niespodzianek. Na początku roku nie podchodziłem do tego sezonu zbyt obiecująco. Miałem zamiar biegać swobodnie – bez spinania się i nakręcania na wynik. Chciałem w ten sposób bawić się bieganiem i czerpać dużo radości z uczestnictwa w zawodach. Życie jednak zweryfikowało to podejście bardzo szybko. Po pierwszych startach ponownie poczułem chęć rywalizowania i już na początek wiosny byłem gotowy do szybszego biegania. Poszło sprawnie, a efekt sam mnie zaskoczył gdy w Poznaniu minąłem linie mety w 36 minut z kilkoma sekundami. Wtedy wróciła prawdziwa radość i euforia, a zarazem chęć dalszego sprawdzania się na dystansie 10km. Postanowiłem porywalizować też na jeszcze krótszym dystansie 5km i tutaj kolejne pasmo sukcesów. Bez żadnego problemu osiągałem wyniki z ubiegłego roku, kiedy byłem bardzo zdeterminowany. Teraz to nie był akt desperacji, a świadome bieganie w tych prędkościach.

Kilka dobrych piątek w granicach 17’30” bez względu na warunki i profil trasy dało mi poczucie, że obrałem prawidłową drogę. Kolejne wiosenne dziesiątki pokonywałem w 36 minut z przodu czekając na ten jeden bieg. Nie przyszedł on jednak gdyż w tym roku szybko przyszły tropikalne temperatury. Nie zamierzałem odpuszczać startowania. Wychodziłem z założenia, że każdy ukończony bieg bez względu na wynik w takich warunkach jest najlepszą formą treningu. Ukończyłem wszystkie biegi w tym sezonie. Z wszystkich byłem bardzo zadowolony, a do tego w większości z nich uwieńczeniem było podium w kategorii czterdziestolatków. Łącznie 14 biegów z czego w 9 z nich stawałem na podium.

Takiego sezonu chyba nie zaznałem nigdy, nawet kiedy kończyłem dystans 10km o 4 minuty szybciej. Czekałem cierpliwie, sumiennie trenując i z pokorą przyjmowałem trudy, które fundowała mi pogoda. Na początku tego miesiąca przyszło upragnione ochłodzenie. Nie musiałem długo czekać na potwierdzenie słuszności tego podejścia do treningu. Pierwszy strat w normalnej temperaturze i wynik zbliżony do tego z otwarcia sezonu – 36 minut z sekundami. Sezon dobiegał końca, ale ja bez większej presji wiedziałem na co mnie jeszcze stać. Jeśli nie będzie okazji pobiec w pierwszej części sezonu jeszcze szybciej to z pewnością nastąpi to jesienią. To tylko kwestia pogody bo ja już wiem, gdzie leży sekret mojego szybszego biegania. W tym tygodniu postanowiłem zakończyć sezon wiosenny, a wisienką na torcie miał być najlepszy wynik od momentu powrotu na 5km. W głowie rodziło się tylko pytanie z jakim czasem przekroczę linię mety. Pomimo obfitego opadu deszczu i bardzo dużej wilgotności ruszyłem odważnie i tak biegłem do samego końca. Wynik zaskoczył mnie samego. Okazał się lepszy o 20” od wcześniejszych tegorocznych startów, a o ponad pół minuty od startów z ubiegłego roku. Cudowne uczucie spełnienia i samorealizacji. Właśnie w tym urywaniu sekund i w walce z przemijającym czasem znajduję całą istotę biegania i czerpię ogromną radość! Świadomy tego, że właściwy trening bez stresu i nakręcania się potrafi wznieść na wyższy poziom biegowej radości.

Pozdrawiam Tomek