Search Menu

Byliśmy w Soelden

14 sierpnia 2018

Mówi się, że najlepiej wychodzi się z rodziną na zdjęciach.
Prawda jest taka, że nasze zdjęcia oddają tylko namiastkę tego, co czujemy podczas naszych wspólnych wypadów. Rodzina Karkonosz Running Team łączy ludzi o różnych celach biegowych, ale pasja to nie tylko wyniki, życiówki czy …szczyty, które sama tak umiłowałam. Poznawanie kolejnych zakątków, czerpanie frajdy z różnych form treningu i budowanie siły oraz szybkości w tak różnorodny sposób od nadbałtyckiej plaży po alpejskie szczyty to nasza pasja życia. Bez względu na to czy wolimy asfalt czy górskie szlaki. Zdecydowanie umiemy cieszyć się życiem, a jego czasem nadmierną powagę łamać wspólną dobrą zabawą. Nasza podróż do tegorocznego Sölden rozpoczęła się niewinnie o 22.00 spod jeleniogórskiego Dworca PKP.  Jej zakończenie ? Jakieś 3 km ostro pod górę szutrową drogą z nieskończoną ilością prawie 180 º zakrętów. Zresztą te zakręty towarzyszyły nam niejednokrotnie, bo im mocniej w górę, tym ich większa częstotliwość, a my na 2000 m n.p.m. nie zamierzaliśmy się zatrzymać. Polecam każdemu drogę do Alpengasthof Gaislachalm 🙂
Sölden to mekka dla MTB latem i narciarzy zimą. Zatem co robi tam ekipa biegowych wariatów z KRT ? Ano postanawia zrobić dobry trening przy okazji nieźle się bawiąc. Już przy pierwszym sobotnim pobieganiu niektórym z nas udało się odkryć piękną dolinę w drodze do Tiefenbach Gletscher. Jej sielskość udało mi się jeszcze bardziej zakosztować kilka dni później, kiedy to z Bożenką wylegiwałyśmy się na alpejskiej trawie niczym te wszystkie krowy, konie, kozy i barany, które wszędzie można było napotkać.
Szum strumieni z topniejących lodowców uspokajał i napawał melancholią. Cisza niezmącona żadnym osobnikiem rodzaju ludzkiego uczyniła ten skrawek ziemi moim azylem na tą krótką chwilę. Swoją drogą wyciszenie w ciągłym pędzie to współcześnie unikatowa wręcz umiejętność, którą staram się cały czas w sobie pogłębiać 😉 Kolejny dzień pozwolił mi osiągnąć po raz pierwszy 3056 m n.p.m. Droga na Gaislachkogel prowadzi przez kamieniste zbocze o prawie pionowym nachyleniu i tylko austriacka precyzja w tworzeniu infrastruktury pod typowego turystę w wieku 50 + pozwoliła pokonać nam tą ścianę o własnych nogach. Wszyscy napotkani obcokrajowcy dziwili się, że pokonujemy tą drogę do góry, skoro jest kolejka pod sam szczyt. A że nam nigdy dość, to za drogę powrotną trenejro wybrał wyjątkowo karkołomną i długą nartostradę, która naszym czwórkom i kolanom dała się nieźle we znaki. Przy takim nachyleniu trudno schodzić truchtem… Tyrolskie Sölden jest położone malowniczo w Dolinie Ötztal, a nad miasteczkiem górują szczyty często skrywające zanikające lodowce.
Człowiek nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał tego potencjału pod atrakcję turystyczną. Lodowce Rettenbach i Tiefenbach stały się podwaliną dla jedynego w Austrii ośrodka narciarskiego goszczącego zawody Pucharu Świata FIS. A samo Sölden zbudowało swoją renomę na trzech trzytysięcznikach połączonych ze sobą systemem nowoczesnych wyciągów. Naszym celem na wtorkowy trening stała się Gletscher Arena pod lodowcem Rettenbach, który jest położony na wysokości 2829m p.n.m. I jest znany jako najwyższy punkt w Austrii, do którego można się dostać na rowerze szosowym. Ekipa podzieliła się na podbiegających asfaltem oraz szlakiem, który na ostatnim 2 km odcinku łączył się z drogą do Areny. Oczywiście wybrałam drugą opcję. A sam lodowiec o tej porze roku był dla mnie dość smutnym widokiem. Jednak część ekipy postanowiła wejść na sam szczyt i pozjeżdżać w biegowych spodenkach.
Osobiście mojej szacownej pupie darowałam tą krioterapię i nie chciałam przyczynić się nią do i tak już postępującej regresji lodowca, która  w sezonie 2014/2015 wyniosła prawie 30 metrów 😉 Za to z Bożenką wybrałyśmy drogę busem przez 1,7 km tunel łączący oba lodowce i ośrodki narciarskie, żeby znów czerpać przyjemność z kąpieli w lodowcowym strumieniu i naszego górskiego azylu. Środa była dla mnie najbardziej intensywnym dniem, na który przypadł mój trening pod krynicki start na dystansie 64 km. Ekipa 2 naszych ultrasów szykująca się na 100 km zrobiła wówczas trasę 46 km. Teraz gdy słyszę o startach poniżej 35km z przewyższeniem sięgającym ponad 3000 m…nie robi to na mnie większego wrażenia. Chyba! że w grę wchodzi wspinanie się granią. Wtedy chylę czoło 😉 Swój trening odbyłam prawie samotnie, ponieważ podzieliliśmy się tego dnia na kilka podgrup z różnymi trasami. Ale każdy cel miał jeden – Brunnenkogelhaus na wysokości 2738 m n.p.m.
Podejście znów trenowało naszą psychę, ale reszta trasy wynagrodziła mi początkowy trud. Była kąpiel w górskiej rzecze. Spokojny trucht szutrową drogą, przebieżka przez leśną drogę edukacyjną czy podejście szlakiem Królewny Śnieżki i 7 krasnoludków do Mittelstation na Gaislachkogel. (Oł ja!) Siły i woli starczyło na końcową dokrętkę 3 km po 1 km półce, na której  trenowaliśmy płaskie wybieganie z akcentami. Ten dzień zbudował mnie fizycznie i psychicznie. Było zmęczenie i czułam zaczepy czwórek, ale zero zakwasów i tylko radość w sercu. Ostatnie dwa dni upłynęły nam m.in. na mocnym akcencie w Kühtai, gdzie mieści się stadion położony na 2000 m n.p.m. Trener cały czas nas pilnował, żeby nie biegać na maksa i nie jak w codziennych warunkach, ponieważ sama wysokość robiła robotę.
Zresztą cały wyjazd dał nam niezły zapas mocy i przy okazji pomnożył nasze czerwone krwinki. Nie wspomnę już o węglowodanach, jakie spożyliśmy po tym treningu. Efekty poznamy już wkrótce… Poza samym bieganiem i wspinaniem się na pobliskie góry, które udało się nam poznać niestety tylko w części, dużo radości czerpaliśmy z wieczornych biesiad, nie zapominając kibicować naszym w Berlinie. Zresztą polska strefa kibica opanowała salę telewizyjną w austriackim schronisku i nikt nie próbował nam w tym przeszkodzić. Podczas piątkowego treningu udało się odkryć dłuższą w miarę płaską trasę, która prowadziła naokoło Doliny Ötztal oraz kameralną restaurację z pyszną włoską kuchnią. Moje kulinarne upodobania zaspokoiłam też 2 strudlami z sosem waniliowym. Zdecydowanie moje „must eat in Österreich” 🙂 Moja dewiza: „Biegaj, kochaj i jedz ! … byle niezbyt dużo ;-)” przez wczesnoporanne śniadania i późne obiadokolacje w wydaniu austriackim została mocno nadszarpnięta. Ale z każdym dniem apetyt malał. Nawet na chwilę zostałam “vegetarisch”. A każdy z nas miał okazję poćwiczyć swój niemiecki, opierając tą umiejętność szczególnie na jednym słowie “Danke”. Na tym odludziu, z dala od sklepowej cywilizacji, pośród łąk i kamienistych szczytów udało nam się porządnie odrealnić, wyciszyć wewnętrznie i skupić na wspólnym celebrowaniu życia.
Dziękuję trenerowi za kolejne wyjątkowe miejsce na naszej biegowej i obozowej mapie. ❤️
Dla nas zdecydowanie świat to za mało. Już czekam nowych wyzwań i przygód !
Plany na przyszły rok … kolejne kraje.
Jakie … dowiecie się