Cenna lekcja w Karkonoszach

Kocham ultra! – to była pierwsza pierwsza myśl po przekroczeniu mety „Siedemdziesiątki z hakiem” na Chojniku – Karkonoskim Festiwalu Biegowym. Po blisko 72 km, 3500 przewyższenia i 9 godzinach i 21 minutach biegu. Przybiegłam jako 3 kobieta i 16 OPEN. Nieźle jak na debiut. Ale nie o wynik tu chodziło i nie on dał mi tyle radości. Zresztą uśmiech nie schodził mi z twarzy przez większość trasy, nawet ulewa i płynące szlakami rzeki pod Śnieżką mnie bawiły. Trzęsąc się zimna, próbując w tej wodzie zbiegać, prowadziłam ze sobą dialog w stylu: Brawo Gośka. Biegać w takich warunkach to już poważna jednostka chorobowa 🙂

Stając na linii startu kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie znałam dobrze trasy, nigdy nie biegałam na takich przewyższeniach, a mój najdłuższy do tego pory bieg trwał 4 godziny i 20 minut. Każda kolejna godzina miała być biegiem w nieznane. Przekraczaniem kolejnej granicy. Bałam się żołądka, który dał mi popalić 3 tygodnie wcześniej podczas Górskiego Nocnego Maratonu w ramach XXXI Sudeckiej Setki. Wygrałam go, ustanawiając nawet rekord trasy kobiet, ale to był bardzo trudny bieg. Bałam się skurczy, kryzysów, tzw. bomby. Tak. Bałam się czy dobiegnę… Pewnie dlatego biegłam asekuracyjnie, dopiero na ostatnich kilkunastu kilometrach mocno przyspieszając. Z perspektywy czasy myślę, że złamanie 9 godzin było jak najbardziej możliwe, a drugie miejsce wśród kobiet na wyciągnięcie ręki (przegrałam je o 2 minuty). Przy takich długich biegach potrzebna jest jednak taktyka i doświadczenie. Ja go jeszcze nie mam. Ale wszystko przede mną 🙂 Każdy bieg jest nauką, a ten był cenną lekcją. Z tych długich kilometrów po Karkonoszach zapamiętam na pewno kilka momentów. Pierwszy, zaraz po starcie, gdzie razem z czołówką pomyliłam trasę. Nadrobiliśmy jakieś 400 metrów i błyskawicznie z czoła głupy trafiliśmy na jej koniec. Nie było to miłe i kosztowało mnie sporo sił. Będę pamiętać podbiegi i podejścia.

Udowodniłam sobie, że jestem w nich mocna, ale też że wszystko to co pod górę zyskuję, potrafię stracić na zbiegu. W którymś momencie bawiło mnie już to, że kilku chłopaków (Tomek, Stanisław, Krzysiek…) wyprzedzałam pod górę, by potem zbiegając słuchać ich „docinek” i śpiewanej głośno „Małgośki….” Miłe było kibicowanie Pawła z KRT i pomoc jego fantastycznych dzieciaków na przepaku w Karpaczu. W kość dało mi ostatnie podejście na zamek Chojnik, a jeszcze bardziej zbieg z niego. Ale przede wszystkim były niezapomniane widoki, cudowni wolontariusze na trasie, a po biegu długie rozmowy i fajne spotkania przy ognisku. Teraz czas na odpoczynek i małą przerwę w bieganiu. Nie za długą, bo jesień blisko i kolejne ultra czeka 🙂
Małgośka