Search Menu

Część czwarta – Trochę adrenaliny

10 maja 2018

Dziś relacja Eli 🙂

Kiedy wstałam rano i zobaczyłam piękne słońce wiedziałam, że to będzie kolejny dzień pełen przygód. Z niecierpliwością czekałam na śniadanie, po którym trener sugerował nam plan codziennych wycieczek. Tym razem padło na teren Vinodolski. Plan był taki, pojechać na punkt widokowy, popodziwiać wyjątkowy widok na wyspy i oczywiście pobiegać. Większość grupy, poza mną ( trener wiedział, nie powiedział ale chyba wiedział, co robi ) wiedziała jednak, że wjazd na punkt widokowy Pridva to ekstremalne przeżycie. Jeszcze nie opadły emocje dwóch poprzednich dni, kiedy trzeba było przejść przez kilkunastometrową skarpę śniegu albo wspinać się na szczyt utkany ostrymi kamieniami w pełnym słońcu, a już czyhała na nas kolejna dawka adrenaliny. I tak rozpoczęliśmy podróż w nieznane, pierwsze kilometry spokojne a gdy wyjechaliśmy poza miasto przepiękne widoki wybrzeża i wysp potęgowały tylko nasze odczucia, do tego stopnia, że zdarzało się robić foty z okna samochodu żeby tylko uwiecznić miejsce. Na chwilę zapomniałam, że żeby pobiegać na górze, to trzeba jednak tam wjechać. Na tym koniec tej uroczej, fantastycznej, beztroskiej podróży. Było pod górę, żeby tylko pod górę, trasa to jedna wielka kilkukilometrowa serpentyna.

Wjazd tak wąski, że ledwo jeden samochód się mieścił, a obrzeże to jedna wielka skarpa, bez żadnych barierek, dosłownie żadnych zabezpieczeń. W tym wszystkim my, trzy samochody wbijające się ambitnie na górę, pierwszy z trenerem mknął jakby nigdy nic, drugi  w którym dziewczyny podobno klęły pod nosem, ale dzielnie wjeżdżały, Andrzej chyba siedział cicho i trzeci, w którym większość, no może poza kierowcą, w tym ja, byłyśmy wbite w fotele, zielone ze strachu i nie było mowy o rozkoszowaniu się pięknymi widokami. Nie w głowie mi było  popatrzeć przez okno, w głowie raczej miałam przegląd całego życia jak migawki z filmu. Dojechaliśmy, uffff, jesteśmy cali, choć nie wiem czy jestem bardziej szczęśliwa czy wściekła. W tym momencie trener prawie wyciągnął mnie z samochodu, wiedział, że moje nerwy były w zenicie. Chwila rozmowy, kilka słów ( nie zdradzę co powiedział ) i trochę mnie odpuściło ale tylko trochę 🙂 resztę adrenaliny wykorzystałam na trening, nogi niosły jak diabli, trasa cudowna, to pod górkę, to  z górki, wiodła początkowo asfaltową drogą, potem już tylko leśną ścieżką.

Było wszystko, ciepło, spokój, zapach lasu, uciekające jaszczurki, przez które Grzesiek  prawie doskonale robił skipy i strzałki  z gałęzi albo rysowane kamieniem, żeby nikt nie zgubił drogi. Byłam szczęśliwa, chyba wszyscy byli. Adrenalina ustąpiła miejsca endorfinom. Na koniec punkt widokowy Pridva i oczywiście sesja zdjęciowa, niemniej w tej kwestii daleko nam do Azjatów.

I nagle chwila refleksji, cholera trzeba jeszcze z tego zjechać, nieeeee, nie ma mowy żebym wsiadła do auta. Sylwia też miała chwilę zwątpienia, toteż postanowiłyśmy kontynuować trening, zbiegając z góry. Wsiadłyśmy do auta jak już poczułyśmy bezpieczny grunt. Po drodze  udało się nam dogadać z parą Austriaków, którzy chcieli wjechać na górę. Na samą myśl, że nasi będą zjeżdżać nie mogłyśmy na to pozwolić. Widząc jednak, że pani już ma dość podróży udało się nam skutecznie namówić ich do odwrotu. Reszta dnia upłynęła pod znakiem dopieszczenia podniebienia i spacerów po nadmorskiej promenadzie. Najpierw lokal z widokiem na marinę, pyszna kawa, lody a niektórzy poszli znacznie dalej i rozkoszowali się smakiem ryb ( z zębami) i owoców morza. Było pysznie 🙂 Nie odważyłam się tam wjechać drugi raz ale myślę, że kiedyś tam wrócę. Tyle rzeczy spróbowaliśmy, w tylu miejscach byliśmy, że granice naszej wytrzymałości też się przesuwają.

W końcu trening czyni mistrza. Następnego dnia było jeszcze wyżej pod górę ale o tym potem …..

Cdn.