Część piąta – W krainie Niedźwiedzi

Teraz czas na mnie, czyli relacja trenera 🙂

W Chorwacji byłem wielokrotnie, ale nigdy o tej porze. Jednak jadąc tam nie spodziewałem się, że będzie ona tak inna od tej którą znam, a już na pewno, że zobaczę tam białe g….. 😉 Pierwsze cztery dni były tak intensywne, więc dlaczego mielibyśmy odpuścić kolejny – po prostu nie możemy! Szkoda czasu i tak jak zawsze po śniadaniu kontrola pogody i uznaję, że jedziemy do krainy Niedźwiedzi. Od hotelu to tylko siedemdziesiąt kilometrów, więc rzut kamieniem 🙂 Pierwsze sześćdziesiąt kilometrów to trasa wzdłuż wybrzeża, a ostatnie dziesięć to ponownie wspinanie się z poziomu zero na 1400m.n.p.m Obiecałem Eli, że teraz będzie łagodniej niż dzień wcześniej i zabrałem ją ze sobą. Trasę znałem dobrze i im wyżej tym lepiej. Widoki odkrywały się z każdym metrem i nawet Ela już spokojniejsza mimo, że ją okłamałem mówiąc że będą dwa pasy 😉 Wjeżdżamy na górę a tam puściutko, żywej duszy, tylko dziewczyny krzyczą niedźwiedź. Mówię- nie to nie może być prawda, ale z daleka jak nic niedźwiedź – w końcu żyje ich tutaj ponad tysiąc.

Kierujemy się na parking i rozglądamy się za biletami. Wszystko pozamykane i tylko my plus ten miś, ale on był zajęty na szczęście czymś innym 🙂 Troszkę wieje i jest chłodno, ale w końcu jesteśmy bardzo wysoko. Wbiegamy na płaską jak stół półkę, która wygląda jakby nie miała końca. Idealne miejsce do treningów 🙂 Nawet białe g … mi nie przeszkadza i nie zwracam na to uwagi. Biegniemy przed siebie podejmując decyzję teraz w lewo. Niestety tym razem decyzja zła, bo po przeszło dwóch km śniegu po pas 🙁 Miny zrzedły i trzeba było zawrócić. Co robimy? To moment, kiedy każdy chciał wyciągnąć coś tylko dla siebie, po prostu biec przed siebie swoim tempem podziwiając widoki. Pobyć sam na sam ze swoimi myślami. Ja pokręciłem się chwilę i obrałem kurs wzdłuż wybrzeża. Dalej nikogo – totalna pustka. Wtedy pomyślałem, co się dzieje na majówce w Zakopanem 😉 Pewnie jak zawsze horror, a tutaj cisza, nie ma nikogo. W oddali kolejne szczyty, a w dole morze i wyspy. Widoki niesamowite, a każdy zakręt na ścieżce przynosił coś nowego. Góry należały do nas i gdyby nie chmury, które coraz bardziej straszyły biegłbym i biegł. Decyzja trudna, ale trzeba zawrócić 🙁 Dziesięć minut później dopada mnie ulewa. No na tyle pobytów w Chorwacji w końcu doczekałem się i tego, choć nie bardzo rozumiałem – jak to możliwe, to tutaj też pada 😉 Kilometry uciekały i na koniec niesamowite miejsce bajeczny las.

Tutaj pokręciłem się dłużej i teraz to już na pewno wracam. Na szczęście przestało padać i tak dobiegam do reszty grupy. Wszyscy zadowoleni i z ochotą, na co nie co. Zjeżdżamy do Senj na zamek, tam obiadek i pozbycie się wszystkich drobnych kun -podobno kelner liczy je do dzisiaj 🙂 Mi jednak jest wciąż mało, pogoda zrobiła się super i zapowiada się przepiękny zachód słońca. Pytam, kto chce, i kilka osób odpuszcza dowiadując się, że to tam gdzie byliśmy dzień wcześniej. Chyba wiedzieli co robią, bo czasu mało, a trochę do przejechania jest. Wsiadamy w auta i toczymy walkę z czasem. Musimy zdążyć !!! Jedziemy niczym rajdówki, ale jest szansa. Ostatnie trzy km to moje ulubione 🙂 adrenalina i uciekające słońce. Zostawiamy auta i biegniemy –ufff dosłownie cztery minuty przed czasem. Czy było warto? I to jak !!!! Sami zobaczcie 🙂

Słońce szybko się chowało, a nam nie bardzo chciało się do hotelu. Posiedzieliśmy po raz kolejny sami w tej ciszy. Zjazd po ciemku, ale już na spokojnie. Wracając dowiedzieliśmy się od miejscowych, że to był najszybszy wjazd na górę w historii 😉 No cóż, rekord do pobicia 🙂 Wieczorne godziny spędzone na rozmowach i nie tylko, bo miałem urodziny, ale to już zabieram ze sobą 😉 Fantastyczny dzień z fantastycznymi przyjaciółmi i tylko szkoda, że do końca zostało już tylko dwa dni C.D.N……