„DZIESIĄTKA WROACTIV czyli jak WYGRAĆ Z WIATREM”

Pierwszy start w tym roku i jedno pytanie, w którym miejscu jestem? Ubiegły sezon zakończyłam życiówką na tym dystansie 43:52. Z każdym kolejnym startem pojawia się pytanie czy można więcej, szybciej, lepiej ? A jednak po to trenujemy, regularność, konsekwencja i samodyscyplina pozwalają nam sądzić, że jeszcze coś możemy. Tak się rodzą marzenia a jak się je spełnia, no właśnie. Sposób na spełnianie marzeń, nie szukać wymówek na niezrobienie treningu, nie bać się wychodzić na trening z powodu wiatru, deszczu i innej maści niepogody. Jak na treningu się uda to na zawodach nie ma mocnych, zawsze możemy powiedzieć, że nie w takich warunkach się biegało. I nie chodzi o to, że jest łatwo, bo nie jest, wiatr to wiatr, przeszkadza, trzeba walczyć. Jeśli jednak już na starcie to będzie przeszkodą to szlag trafia wszystko i nie ma woli walki. Gdzie wtedy są nasze marzenia??? Dzień przed dzisiejszym startem, znając prognozy pogody, na podstawie treningów oceniłam w „realu” swoje marzenia, ile jestem w stanie pobiec, jakie tempo mam w miarę obiegane, że wiatr nie powinien mi specjalnie zagrozić. Z moich wyliczeń wynikało, że 4:21/km, jeśli nic się nie wydarzy będzie ok. Nie mówiąc o moich przemyśleniach, na wszelki wypadek zapytałam trenera, co mi podpowie i jak ocenia moje szanse. Co usłyszałam w odpowiedzi ? Dokładnie w punkt to co sobie wymyśliłam. Ja to ja i mój koncert życzeń ale jak trener mówi, to chyba wie … Jasne, gdyby nie wiatr to celowałabym lepiej ale real to real. Już od rana towarzyszyły mi zewsząd głosy wsparcia, słowa o trzymaniu kciuków, powodzenia, dasz radę, masz moc i jedno najbardziej motywujące od uroczego kolegi cyt. „Współczuję, we Wrocku łeb urywa 🙂 „ hahaha co mam zrobić z taką informacją. Myślę sobie luz, spoko, co ma być to będzie, ja dam z siebie wszystko, żeby nie żałować, że nie spróbowałam. Może mnie nie złamie w pół. Droga do Wrocka dobrze zwiastowała, ziewanie towarzyszyło mi niemal cały czas, nawet chwila drzemki w aucie a trener zawsze mi powtarza, że to bardzo dobry znak. Trzymam się tego od jakiegoś czasu i kiedy faktycznie mam takie objawy, to się jak dotąd sprawdzało. To ziewanie trwało dziś aż do strzału startera. Pierwsze kilometry super, nogi świetnie współpracowały z głową, czas poniżej zakładanego, mniej więcej do połowy dystansu, tam na nawrotce trochę przyhamowało ale tylko na moment, potem już znowu dobrze, równo do ok. 7 km i kolejna wirówka, po czasach widzę, że dwie trzy sekundy gorzej od poprzednich a na deser podbieg pod stadion pod wiatr, wiało okropnie i szczerze mówiąc, ciężko było o jakiś spektakularny finisz, mimo, że uwielbiam finiszować. Wreszcie meta, upragniona, wywalczona i jest nowy PERSONAL BEST 43:38 , co dało mi 5 miejsce w kategorii. Czy można szybciej, pewnie można ale nie dzisiaj.

Dzisiaj cieszę się z tego co mam bo to znowu krok do przodu!!! Dziękuję Trenerze Darek Kruczkowski, bez Ciebie by tego nie było 🙂

Pozdrawiam Ela 🙂