Głowa pełna ciszy

Głowa pełna ciszy a górski strumyk mym przyjacielem .Karkonoski Festiwal Biegowy Chojnik ukończyłem na dystansie 71km+. O tym biegu myślałem już od zeszłorocznej edycji kiedy rzuciłem się na najtrudniejszy dystans i …. ukończyłem na punkcie kontrolnym w Karpaczu . Zakochany w Karkonoszach ,zakochany w Izerach ,poszukujący spokoju na górskich szlakach postanowiłem poważnie potraktować tę edycję biegu ,zapisałem się na 71 km i z dużym spokojem rozpocząłem przygotowania. Raz w miesiącu wizyta na trasach Chojnika, pobyty w Szklarskiej Porębie, urozmaicony trening, opieka dietetyka, dyscyplina a podczas startu koncentracja i spokój na maxa. Wiedziałem ,że będzie dobrze ! Start nad ranem urocza atmosfera ,migające czołówki i biegniemy .Pierwszy punkt żywieniowy przy Petrovce i tam spokojnie ale wiedziałem ,że do Karpacza ,punktu pomiaru czasu dobiegnę w limicie :). W głowie całą trasę podzieliłem sobie na etapy: Petrovka,Karpacz,Dom Śląski, Spindrelovy Młyn ,Petrovka i meta i tak powolutku ale równym tempem przemierzałem kolejne km.Również z dyscypliną jadłem żele (enervit- mój ulubiony); na 20,40,60 km duży na 10,30,50 km mały żel.Wielką niewiadomą były dla mnie kilometry po Czeskiej stronie a zbieg od Domu Śląskiego extra ,stromy ,wolałem na hamulcu. Malownicze wioseczki ,czyste szlaki i trasa bez tłumu, czego więcej trzeba. Wszystko zgodnie z planem. Do przepaka na 42 km dotarłem tak jak chciałem czyli ok. 8 godz.; zupka-ryż ,łyk radlera, arbuz i w drogę w oczekiwaniu na kilku kilometrowe podejście (Stara Bucharova cesta) ,które kończyło się na równi pod Śnieżką . Tak extremalnego podejścia trawersem, gdzie trzeba być skoncentrowanym na maxa wcześniej nie doświadczyłem i tutaj złapały mnie trudne myśli, wiem dlaczego. Zawsze mi powtarzano, żebym na podejściu nie patrzył daleko w przód, tylko kilka metrów przed siebie. A ja jak popatrzyłem ku górze szukając końca zobaczyłem malutkie kolorowe punkciki –Ludzie, odechciewało się wszystkiego. Parłem dalej, w okolicach Lucni boudy zażyłem kąpieli w źródełku, zresztą liczne źródełka z Łomniczką w kotle pod Domem Śląskim na czele były moją ostoją –piłem i chłodziłem się. Kolejny odcinek do Petrovki zaplanowałem dobiec najpóźniej do godz.16 i też tak się stało, po drodze, w którejś z Czeskich Boud na przełęczy Karkonoskiej skorzystałem z cofoli (Czeska odmiana coli) i do przodu. Uradowany, ale jeszcze nie spełniony – Dobiegłem do Petrovki przed godz.16-ą i już tutaj wiedziałem w duchu, że moje marzenie jest wykonane, zostało tylko w dół lekko powolutku do następnego punktu żywieniowego na 62 km, tam dwa wiaderka wody na głowę i truchtaniem ku Chojnikowi.

Sporadycznie spotykałem towarzyszy trasy ,ktoś sobie odpoczywał na kamieniu ,ktoś pod nosem marudził,…że po co ten zamek J… a ja powolutku biegłem w poszukiwaniu schodów do zamku. Gdy minąłem skalną warownię i opuściłem wzgórze Chojnika moim oczom pokazała się meta najbardziej extremalnego biegu jaki doświadczyłem. Ze łzami w oczach, z bagażem wielu niedoskonałości i ograniczeń ukończyłem bieg ,którym przekroczyłem kolejną psychologiczną, mentalną i fizyczną granicę swojego Tomka. 71 km po skalnej trasie z przewyższeniem ponad 3900 m zostało zrobione.Zawsze pełen podziwu patrzyłem na tych biegaczy, którzy w bólu ale wytrwale i z pokorą pokonywali siebie na takich trasach .I ja staję się jednym z nich. Dobiegają do mety moja głowa była wyczyszczona od jakichkolwiek myśli z dużym dystansem do tego co otacza mnie w codziennym życiu (szczególnie zawodowym ). Teraz też wiem ,że będę dalej biegał po górach ,po Karkonoszach ,że nie są to biegi dla każdego, że biegi górskie uczą pokory, dyscypliny, konsekwencji. Że jest to świetny fragment życia, w którym poznaję swoje możliwość, całego siebie. Gdzie głowa pełna ciszy a górski strumyk mym przyjacielem . Dziękuję mojej żonce –również ukończyła i wkręciła się na maxa ,dzięki KRT i trenerowi 🙂 .

Karkonoski Festiwal Biegów Chojnik – do zobaczenia w przyszłym roku 🙂