GRAN CANARIA DZIEŃ DRUGI

Drugi dzień obozu przywitał nas pięknym słońcem już od śniadania. Dzisiaj w planie było stadionowe bieganie jako, że część obozowiczów w sobotę startuje, miało być płasko i spokojnie. Reszta zawodników krótko i szybko. Stadion niedaleko, więc tuż po dziesiątej ambitnie wyruszyliśmy na stadion, truchcikiem przemierzając, swoją drogą przecudne uliczki Maspalomas. U bram stadionu niespodzianka…. Otóż remont, tartan zwinięty i zagwozdka co dalej z tak fajnie rozpoczętym dniem. Szybki ogląd satelitów, map wszelakich i nic, jakoś dziwnie zniknął a powinien być jeszcze jeden. Roberto nawiązał szybki kontakt z tubylcem i od razu obczaił kierunek. Wprawdzie zamiast 2 km truchtu, wyszło ponad pięć ale ufff dotarliśmy i mogliśmy już mocniej przebierać nogami. Jak cudnie jest zrobić trening a potem rozłożyć się na zielonej trawce, porozciągać a potem wreszcie wygrzać w palącym słońcu. W drodze powrotnej, notabene dwa razy dłuższej, podziwialiśmy uroki przepięknych drzew, palm, krzewów, mieniących się wieloma kolorami, muśniętych słońcem.

Popołudnie już w trochę innym klimacie, choć nie mniej wymagającym. Stricte siła biegowa. Przemierzanie piaszczystą plażą w kierunku wydm, które z każdym kolejnym krokiem okrywały się przed nami jako wzgórza. Na ich szczycie widoki obłędne, bezkres, prawie jak na pustyni. I tak góra, dół, góra, dół. Piasek obsuwał się pod nogami i tylko wiatr delikatnie chłodził rozgrzane słońcem ciała. Chwilami zawiewał tak mocno, że piasek mieliśmy już wszędzie a dookoła, jak piosence tylko piach. Tak zauroczeni i bosko zmęczeni wracaliśmy kolejnych kilka kilometrów plażą, brzegiem oceanu a woda chłodziła zmęczone już nogi. Dotarliśmy prawie na kolację. Auta wypożyczone. Jutro wyruszamy wgłąb wyspy, kierunek góry.