GRAN CANARIA DZIEŃ TRZECI

Dzień trzeci zapowiadał się ciekawie, jako że już od wczorajszego wieczora wiedzieliśmy, że jedziemy w góry. Wiadomo bowiem, że biegacze to “odmieńcy” przecież normalni ludzie lecą na Canary korzystać z uroków plaży, basenów itd. Już od śniadania obserwujemy zawody w ściganiu z ręcznikiem, gdzie meta to leżak na plaży. Dla turystów z całą pewnością jesteśmy ciekawym zjawiskiem, pewnie myślą, gdzie my tak wybywamy na kilka godzin. Dzisiaj ponownie podzieliliśmy się na podgrupy. Jedna grupa, startujących jutro w zawodach miała za zadanie niewielki rozruch i regenerację a druga grupa pojechała w góry.

Jeśli ktoś myśli, że na Canarach jest tylko ocean to jest w wielkim błędzie. Dodatkowe atrakcje w pakiecie to wjazd na określoną wysokość, żeby potem móc zobaczyć góry w pełnej odsłonie i pobiegać na wysokości. No właśnie, wracając do wjazdu to niekończące się serpentyny jednopasmowej drogi, nierzadko bez barierek, gdzie tuż za szybą auta jest tylko przepaść i pozostaje mieć nadzieję, że akurat nikt nie będzie jechał z naprzeciwka. To działa na wyobraźnię, kto jechał ten wie. Widok jednaki obłędne, rekompensują stres i sprawiają po raz kolejny, że lepiej przeżyć chwilę strachu i poznać urok kolejnych miejsc, trudnych, wymagających ale równie pięknych, niż żałować, że się nie spróbowało. Tak dotarliśmy do punktu “a” z którego rozpoczęliśmy przygodę. Pierwsza trójka pobiegła szybciej, mając za cel kilkanaście kilometrów biegu po górach.

Druga grupa, trochę wolniejszym tempem ruszyła tuż za nimi. Po drodze jednak, pełni wrażeń, doznań z otaczających widoków, nie wiedzieć czemu ominęliśmy ścieżkę na szlaku, w którą mieliśmy wbiec. Zorientowaliśmy się dopiero po jakimś czasie i jak nie było odwrotu. Pozostał wybór albo trasa dookoła kolejnych górskich szczytów, jakieś 35 km albo droga, delikatnie mówiąc na skróty, czyli tzw. wybieg dla kozic albo na szagę, jak kto woli. Wybór padł na to drugie. Droga przez mękę, po skałach, ślizg po igliwiu, slalom między szyszkami. W kolejnym etapie dzielnie przebijaliśmy się przez krzaczory, kamienie, konary drzew, raz nad raz pod. Generalnie siła biegowa i sprawność w jednym. Po 22 km dzielnie, z uśmiechami i wypiekami na twarzy, nie ze zmęczenia tylko od słońca, zameldowaliśmy się przy aucie. W nagrodę trenejro zafundował nam kolejną atrakcję, tym razem powrót inną drogą, też serpentyny, tyle że w dół, po drodze, którą trudno nazwać asfaltową. Mieliśmy zobaczyć piękne pawie. Tymczasem same już byłyśmy na takim etapie, że trener mógł zobaczyć pawie szybciej, nawet cztery na swoich kolanach. Szczęśliwie dla niego obyło się bez a i te prawdziwe też zobaczyliśmy. Wracając jeszcze do widoku z drogi powrotnej to pasmo gór, w całej okazałości, tworzące coś na wzór wielkiego kanionu, coś niebywałego.