Jak kret :)

Za kilka dni święta. Dokładam polana do wędzarni, płomienie z paleniska przywołują w pamięci sobotni wieczór… Ale po kolei…Wracamy z Brzegu. Nocna Dycha już za nami. Ela i Sylwia nie są zadowolone. Uzyskały świetne czasy, ale nie lubią biegać przy takiej pogodzie. Michał podjeżdża pod mój dom. Wchodzę do kuchni, jest 1,30, to późno czy wcześnie? Nie chce mi się spać. Parzę herbatę, dodaję kawałeczek pomarańczy, potem imbir. Siadam przy kominku. Rozkoszuję się ciepłem i smakiem herbaty. Herbaty ??? Eee,nie! Tak smakuje życie… Kilka godzin wcześniej stoję w tłumie biegaczy. Czekamy na start. Zimno, parszywie zimno i mokro. Mokro? Mało powiedziane, deszcz leje jak z cebra. Start opóźniony. Tłum się niecierpliwi. Chłopaki zaczynają buczeć i gwizdać. Organizator korzy się i przeprasza. Jest bezradny, czeka na zgodę policji. Mija minuta, dwie, trzy, i kolejne… Ludzie kostnieją z zimna. Są źli, po rozgrzewce muszą stać i czekać. Ja truchtam w miejscu, podskakuję, zmuszam krew do krążenia. Bluza już ciężka od deszczu, przyklejona do ciała, rękawiczki przemoczone. I po co mi to było? Po cholerę się zapisywałam na ten bieg?! Ile już tu stoimy? Patrzę na zegarek, taaa… Okulary zostawiłam Michałowi na przechowanie. Bez nich jestem ślepa jak kret, wyraźnie to ja widzę właściwie tylko pasek mego zegarka😧 Dłużą się minuty oczekiwania …jest w końcu zgoda na start. Harpagany ruszyły. Ja człapię do linii startu, ściągam przemokniętą bluzę. Pobiegnę w ukochanym, klubowym singlecie. Uwielbiam biegać w deszczu i tej temperaturze. Początkowo trasa prowadzi po bruku.W skutek deszczu, te kocie łby są śliskie jak nieszczęście. Ale co tam, biegnę sobie powolutku i ostrożnie, jak na starszą panią przystało😉 Obawiam się piątego kilometra, ktoś w szatni ostrzegał, że tam jest kawałek asfaltu z dziurami jak w szwajcarskiem serze. I tak było, woda pozalewała dziury. Nie wiadomo gdzie asfalt, gdzie kałuża, masakra! Omijam szeroko punkt z wodą, nie potrzebuję jej. Biegnę chyba za szybko, za dużo ludzi wyprzedzam. Nie mam pojęcia ile za mną, ile przede mną. Z zegarka przecież widzę tylko pasek😉Czekam na ósmy kilometr, tam ma być jakiś mocny podbieg. Przy trasie coraz więcej kibiców. Gdzie ten podbieg? Ooooojej… .właśnie z niego zbiegam😀Wyprzedzam znowu kilkoro biegaczy. Biegnę i słyszę z oddali głos spikera. Meta? Jak to? Już? Łzy płyną mi ze szczęścia. Jak dobrze, że leje deszcz! Nie chcę, żeby ktoś widział, że płaczę.
Michał oddaje mi okulary, mogę odczytać smsa z wynikiem. Nie wierzę! Życiówka? Upsss, tego nie planowałam. Później w domu sprawdzam, jak biegłam. Znowu zdziwienie, jeszcze nigdy nie biegłam tak równo. I refleksja-i nie był to na maxa. Już widzę jak się uśmiechasz z politowaniem, co to za czas na dyche-56 min? Tak, masz rację. Nie powala😉 Ale ja i tak będę biegać. Nie dla życiówek, rekordów. Będę, bo dzięki temu żyję mocniej, barwniej, pełniej. Bedę biegać, bo każde wyjście na trening, to moje małe zwycięstwo nad choroba z którą walczę.

Pozdrawiam Jadzia 🙂