Search Menu

Jak zawsze niedosyt ale za to warto

5 czerwca 2018

Jak zawsze z niedosytem wraca nasza Ula, która kocha biegać po górach, a teraz wystartowała podczas festiwalu biegowego “Martaon Chojnik” Oto kilka zdań i przemyśleń Uli 🙂

Pamiętajcie, że jeśli poczujecie w ustach smak baterii, natychmiast należy się położyć i najlepiej wyłączyć komórkę. To jedyny moment, kiedy możecie to zrobić. To znak, że jesteście w polu rażenia i może w was uderzyć piorun. – powtarzali jak mantrę na każdej odprawie poszczególnych dystansów organizatorzy „Festiwalu Biegowego Chojnik Maraton”. Całości dopełniał nam obraz nieba. Potężne cumulusy stwarzały odczucie niepewności, momentami formując bardziej burzowe kształty. Z pełną stanowczością nie dopuszczając do nas słońca. W mojej głowie zrodził się na chwilę obraz jak wbiegam w oko cyklonu i staram się nie spać z kamienistego grzbietu Karkonoszy ;-To tyle w kwestii trafności prognozy pogody w XXI wieku… Już rok temu słysząc od znajomych opowieści o wyjątkowej atmosferze Chojnickiego Festiwalu, którego okolice znałam do tej pory z wycieczek z Proludkami, postanowiłam wystartować na jego najkrótszym 28 km dystansie. Nałożyła się na to narastająca tęsknota za Karkonoszami, w których moja biegowa stopa dawno nie miała okazji stanąć. I tak zamiast Armagedonu pogodowego, miałam sympatyczny bieg pod chmurką, a grzbiet ledwie liznęłam.-) Warunki idealne, suche kamienie, pogaduchy na trasie z koleżankami konkurentkami, co uwielbiam w biegach górskich i co nie przeszkadza samej rywalizacji. I chociaż to nie był lekki start, zresztą łatwe mnie nie interesują, to po 43 km czułam lekki niedosyt, choć byłam szczęśliwa, że w końcu dobiegam do mety… Tuż przed startem trener dał mi jedną jedyną radę: ” Ula, tylko nie jedz zbyt dużo, żadnych kiełbasek itd.” Cóż, i bez tej złotej rady nie planowałam czegoś takiego 😤. Na każdym punkcie tylko jeden kawałek arbuza i pomarańczy, ostatni punkt to woda wypita z rąk własnych i …byle do mety.  Dziś czuję nóżki po schodach i kamieniach Chojnickiej trasy, ale i wciąż niedosyt. Czyżbym zaraziła się słynną ultra gorączką? Z samego startu jestem bardzo zadowolona, szczególnie, że moja lewa noga jest ostatnio bardziej …lewa. I choć przez chwilę byłam -nasta, to ostatecznie pierwszą Chojnicką przygodę ukończyłam czasem 3:38:24 plasując się w Open na 52/224 uczestników, w Open Kobiet na 10/90 oraz 5/42 w K30.

Dla mnie ten bieg pozostanie w pamięci, jako skrojony na miarę pod kontem organizacyjnym, z wyjątkowo kameralną atmosferą, którą dzieliłam ze znajomymi, modny w swej food – trackowej egzotycznej oprawie, z której na pamiątkę poza smakami mam kolczyki z Nepalu. Choć Chojnik Maraton zmienia oprawę to na szczęście ma daleko do wrześniowej Krynicy. Liczę na to, że ta atmosfera pozostanie jego atutem jeszcze na długo mimo zwiększającej się jego popularności…  Jedyne, co skrytykuję, to nierówność nagród dla pierwszej trójki Open kobiet i mężczyzn. Tutaj niestety organizatorom  nie udało się zachować oryginalności i na nasze polskie warunki wprowadzić wręcz nowatorskie podejście do równości i bycia drużyną także pod kątem nagradzania obu płci.

Teraz czas ćwiczyć schody do spontanicznej połóweczki na SGS. 😉