Jak znowu pokochać bieganie?

Ostatnio trafiłam na FB na stronie Magazynu Biegnie na artykuł o takim właśnie tytule. I doszłam do wniosku, że to idealna myśl przewodnia do mojej relacji z ostatniego obozu KRT.

Od jakiegoś czasu zmagałam się z kryzysem motywacyjnym. Niby treningi po przerwie spowodowanej kontuzją i problemami zdrowotnymi szły mi coraz lepiej, wróciłam do regularnego biegania i mocnych treningów. Ale w głowie cały czas pojawiało się pytanie: po co ja to robię? Przecież nie sprawia mi to przyjemności. Każde wyjście na trening to mus, walka z samą sobą i jedna myśl, po co mi to skoro mi to nie sprawia radości, a przecież to nie jest mój zawód, to ma być przyjemne spędzanie czasu. Chciałabym robić tyle innych rzeczy, a tu tylko bieganie i bieganie, jak znaleźć czas na to wszystko??? Na obóz jechałam z myślą. że dostanę tam motywacyjnego kopa, spotkam się z przyjaciółmi z klubu, pobiegam w grupie biegowych wariatów, zawsze na obozie dostaję nowy zastrzyk energii, dlaczego tym razem miałoby być inaczej….

Początkowo radość ze spotkania z przyjaciółmi odwróciła moją uwagę od złych myśli i pierwsze treningi minęły w mgnieniu oka. Długie niedzielne wybieganie połączone ze zwiedzaniem okolicy w poszukiwaniu ścieżek do biegania minęło niemalże niepostrzeżenie. Pomyślałam: JEST
DOBRZE! Klimat okolicy trochę dziwny jak język węgierski, ale będzie super tydzień. Popołudniowa wspólna regeneracja w ciepłym jeziorku o zapachu dla koneserów wprowadziła mnie w jeszcze lepszy nastrój Ale jak to mówią im dalej w las tym więcej drzew…. Pierwsze oznaki jakże ostatnio znanej mi niechęci do biegania pojawiły się już nazajutrz podczas rozbiegania przed siłą, wał po którym biegaliśmy tknięty przez człowieka był chyba jedynie podczas jego tworzenia, natomiast krety dbały o jego stan nieustannie. Walcząc z wiatrem i błotem pokonywałam kolejne kilometry w samotności klnąc na czym świat stoi. Z każdym dniem było tylko gorzej, wychodziłam na trening z coraz większą niechęcią zaciskając coraz bardziej zęby. Apogeum nastąpiło w przedostatnim dniu na stadionie., nie wykonałam planu jaki w tym dniu przewidział dla mnie trener, były łzy wściekłości i wielki smutek.

Ten obóz przetrwałam i będę go mimo wszystko wspominać bardzo dobrze dzięki pozostałym uczestnikom i trenerowi. Atmosfera jaka panuje podczas naszych wyjazdów jest nie do opisania. Jest ciężka treningowa robota, chyba tylko podczas niej jest spokój, skupienie na pracy i powaga. Poza tym nieustannie ćwiczymy nasze mięśnie brzucha. Jest wesoło, bardzo, chyba jesteśmy po prostu na takim haju, endorfiny podkręcone 24h na dobę. Byliśmy w tym węgierski sanatorium miłości zjawiskiem kłopotliwym dla obsługi hotelu, a nasze zachowanie pewnie przez niejednego było uważane za obrazoburcze. Założę się, że jeszcze żaden z gości hotelowych nie wchodził do recepcji z ulicy boso w samych majtkach jak większość z nas po treningu na stadionie. Na stołówce byliśmy jak wielka włoska rodzina, w termach jak kilkuletnie dzieci, w pubie jak kibice lokalnej drużyny. Dziękuję Wam za to!!!

Jesteśmy różni, pochodzimy z różnych środowisk, zawodowo robimy różne rzeczy, mamy różne temperamenty, ale tworzymy swego rodzaju rodzinę, dziwną, czasem pokręconą:), ale ta rodzina daje siłę!!! Siłę i motywację do walki i dalszej pracy nad własnymi słabościami. Ja wróciłam do domu i walczę dalej. Odpuściłam sobie, trochę wycofałam, nie mam presji wyniku, próbuję odnaleźć się na nowo w tej mojej bądź co bądź pasji. W głowie cięgle te same pytania, ale jeszcze daję sobie szansę. Do pracy motywują mnie Wasze zdjęcia i relacje z treningów.

Nie znalazłam jeszcze , odpowiedzi na to nurtujące mnie pytanie myślę, że ta odpowiedź sama do mnie przyjdzie.

Joasia