Search Menu

Jedlina zdobyta

16 maja 2017

To miał być super bieg, to miała być walka do końca i zebranie kolejnego doświadczenia w biegach górskich. Wyjeżdżając już z Jeleniej Góry zapowiadała się naprawdę piękna pogoda. Uwierzcie mi, że takiego uśmiechu na twarzy Trenera z powodu słońca, ciepła i tego, że PIERWSZY raz można chodzić w krótkich spodenkach, dawno nie widziałam 🙂 Po drodze nastąpiło jeszcze oficjalne przekazanie Uli i Asi koszulek by mogły tak długo i jak już wiecie- wzięły sobie to do serca bo treningu w Rudawach wcale nie chciały przerwać mimo, że w nogach już miały znacznie więcej niż przyzwolone 23-24km 😉 Do Jedliny dotarliśmy szybko, odbiór numerów, sprawdzenie trasy, by Darek mógł w kilku miejscach na trasie do mnie dołączyć. Rozmowa z Piotrkiem Holly, który tereny zna, który sprzedał kilka ważnych wskazówek i stanęliśmy wraz z Pawłem na linii startu. Około 500 osób w tym naprawdę znane nazwiska: medaliści mistrzostw Polski, zwycięzcy największych biegów górskich w Polsce i my- reprezentanci Karkonosz Running Team. Było z kim się ścigać.

Panowie ruszyli do przodu a ja pilnowałam swoich największych rywalek. Początkowy fragment trasy to sporo asfaltu ale oczywiście wszystko w górę, co by łatwo nie było. Wiedziałam, że dziewczyny są mocne, wiedziałam, że bieg rozegra się tak naprawdę na podbiegach, bo tutaj była moja szansa, na zbiegach wciąż nie czuje się pewnie i zbiegam mocno asekuracyjnie. W głowie wciąż miałam też słowa i rady Piotrka, który uprzedzał, że dopiero drugi podbieg weryfikuje wszystko i że tutaj muszę być jeszcze świeża. Biegłam równo, nie szarpałam tempa, robiłam po prostu swoje. Na około 6km dołączył do mnie na chwilę Darek dając jeszcze kilka wskazówek. Życzył powodzenia i miał czekać gdzieś dalej na trasie.

Najtrudniejszy fragment to 10-11km, ściana, ściana płaczu dosłownie. Tutaj nie dało się biec, musiałam przejść do marszu. Krok za krokiem ale nadal rytmicznie pokonywałam kolejne metry. Niestety kilka osób z czołówki- w tym nasz Paweł pogubili się i musieli nadrobić sporo by wrócić na trasę biegu. Szkoda- bo Paweł wg relacji Darka wyglądał bardzo dobrze. Chwilami zerkałam na widoki na trasie bo tak naprawdę zazwyczaj nie mam na to czasu, biegnę jak w transie. Tutaj organizator zaznaczył w kilku miejscach punkty widokowe i pokusiłam się rzucić okiem- było warto. Widoki naprawdę piękne. Dobiegając w okolicę ruin zamku- właściwie to podchodząc bo znowu było stromo, poczułam pierwsze oznaki zmęczenia. Szybka kalkulacja i uznałam, że już prawie koniec. Czekał mnie jeszcze tylko krótki i dość stromy zbieg i słynny tunel, czyli 1.7km trasy biegnącej starym tunelem kolejowym i potem dwa “sztywne podbiegi” jak określił je Piotrek. Przed samym tunelem dołączył do mnie Darek, biegł ze mną doświetlając mi drogę. To był chyba najtrudniejszy fragment- ciemno, cała trasa w kamieniach jakimi zazwyczaj wyłożone były nasypy kolejowe, do tego mnóstwo kałuż i błota. Musiałam zachować tu szczególna ostrożność i nawet na chwile nie tracić koncentracji bo o upadek czy kontuzje nie było trudno. Pamietam jak Darek biegnąc obok powiedział, że jeszcze tylko 300-400m i “po wybiegnięciu z tunelu nie przyspieszaj bo będzie uderzenie ciepła”,  pomyślałam sobie “nareszcie widzę światełko w tunelu”, było zabawnie bo wybiegając z tunelu wcale nie było uderzenia ciepła a ściana wody 😉 wystarczyło jakieś 7 minut i piękna słoneczna pogoda zmieniła  się w ulewę i istne oberwanie chmury. Taka kurtyna wodna co by nas schłodzić i ostudzić emocje 🙂

Wybiegając z peronu Darek krzyknął mi tylko, że Ania (aktualna srebrna medalistka mistrzostw Polski w ultramaratonie ze Szczawnicy) jest jakieś 100m za mną, obejrzałam się, zobaczyłam ją i wtedy wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko. W strugach deszczu, błocie walczyłam z tymi “sztywnymi podbiegami”, wtedy też zrozumiałam co Piotrek miał na myśli. Było bardzo ciężko, w głowie wciąż powtarzałam “ręce, ręce, pracuj rękami, drobny rytmiczny krok”, co jakiś czas odwracałam się by sprawdzić jak daleko rywalka jest za mną. Nie widziałam jej ale mimo to nie zwalniałam nawet na chwilę. Długi zbieg i już widać było metę. Po 2 godzinach 3 minutach i 9 sekundach przekroczyłam linie mety jako pierwsza kobieta. Wieniec laurowy, szarfa, czerwona róża i medal. Cudowne uczucie mimo totalnego dyskomfortu spowodowanego ulewą.

Fajnie było spotkać tylu serdecznych ludzi,  utytułowanych zawodników wokoło, móc porozmawiać z nimi i posłuchać ich rad i wskazówek na przyszłość.

Dziękuję Paulina Janik

Za dwa tygodnie na naszym terenie odbywa się Chojnik Maraton i tutaj Paweł będąc u siebie na pewno zawalczy o zwycięstwo!