Search Menu

Jeszcze raz New York

10 listopada 2018

Jeszcze raz o starcie w Nowym Jorku, ale teraz jak to przeżyła Aga 🙂 

Nie lubię biegać maratonów – i właściwie ich nie biegam. Do tej pory na swoim koncie biegacza zapisałam tylko jeden – Orlen w 2017 roku – zbierałam się do niego kilka lat, przebiegłam w czasie 4:19 i jakoś nie rwałam się do kolejnych biegów na tym dystansie. Nawet nie pamiętam, dlaczego zapisałam się na losowanie do Nowego Jorku (chyba skusiła mnie perspektywa wyjazdu do Stanów), nie bardzo też wierzyłam, że zostanę wylosowana. Niespodziewanie okazało się, że szczęście się do mnie uśmiechnęło 🙂

Nie ułatwiałam też Trenerowi sprawy, jeśli chodzi o przygotowania: najpierw ekstremalny pomysł na urlop na rowerze w sierpniu, potem zawaliłam trening jedynej w tym roku 30-ki, a na końcu zafundowałam sobie trzytygodniowe zwiedzanie Stanów tuż przed maratonem. Mimo, że Darek robił co mógł – nie czułam się zupełnie przygotowana do tego biegu. Dodatkowo na dzień przed startem zostałam brutalnie uświadomiona co do trudności trasy (do tej pory myślałam, że jest płaska i szybka 🙂 ) I nagle wszystkie wątpliwości stały się nieistotne – szłam na strefę startu, obok mnie tysiące ludzi, szpaler policjantów oraz wolontariuszy. To może dziwne, ale właśnie ci policjanci i wolontariusze zmienili moje nastawienie – każdy, dosłownie każdy, którego mijałam mówił do mnie: „good mornig, have a nice run”, „hi, you are great”, „hallo, have a nice day”. To był początek czegoś niewiarygodnego, do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Bo to, co się działo na trasie tego biegu było niewiarygodne – próbujemy to opisać, ale nie da się oddać słowami tego szaleństwa. To przypominało zbiorowy trans – tych, którzy biegli oraz tych, którzy kibicowali. To trzeba przeżyć, żeby zrozumieć.
Ostatecznie moje przygotowanie okazało się na tyle dobre, że udało mi się wygrać z mostami Nowego Jorku i zrobić życiówkę. Przez 27 km czułam się świetnie i rozkoszowałam się atmosferą biegu, niestety Most Quensboro (chyba trzeci most na trasie) zweryfikował moje samopoczucie – męczący podbieg, nagły ból w łydce i życie już nie było takie piękne. Potem pozostała już tylko walka o utrzymanie tempa i o to , żeby nie przejść do marszu. Pomogli kibice na trasie i świadomość, że w kraju przyjaciele pchają moją kropkę w aplikacji biegowej. Maraton w Nowym Jorku jednak już zawsze będzie mi się kojarzył z ludźmi – z tysiącami kibiców na trasie; z pozdrowieniami policjantów; z wolontariuszką, która otuliła mnie folią i zakleiła ją taśmą; z panem w punkcie medycznym, który wmasował mi żel chłodzący w łydkę; z chórami gospel, zespołami rockowymi i dźwiękami salsy; z konfetti w Harlemie wystrzeliwanym w powietrze co kilka minut – z wielkim świętem biegowym. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.