Karaibski „wmordewind”.

To zabrzmi dziwnie, ale wyjazd na Karaiby w pierwszym momencie wydał mi sie kontynuacją pecha, który prześladuje mnie od początku roku: złamany palec i choroba skutecznie pozbawiły mnie możliwości powalczenia o wynki biegowe na poczatku sezonu. Kilka tygodni intensywnych treningów i kiedy poczuliśmy w końcu z trenerem, że jest dobrze, że forma wróciła…łup – ten wyjazd. Pierwsza myśl – znowu spadek formy 🙁 Obiektywnie patrząc muszę się przyznać – bieganie zdaje się „zryło mi beret” 😉 W końcu jednak udało mi się jakoś przetrawić konieczność wyjazdu. Żeby nie było, że jestem prawdziwą świruską na usprawiedliwienie dodam, że wyjazd był służbowy i wiązał się z serią spotkań i sporą ilością pracy w długi weekend majowy– miejsce wprawdzie rekompensuje sporo, ale nie do końca.

Na wyspie bez wątpienia czuje się prawdziwy karaibski klimat – jeśli miałabym go jakoś określić to na myśl przychodzą mi dwa słowa: słońce i muzyka – głośna i bezczelnie pozytywna. Ta muzyka nadaje charakter wszystkiemu – słyszy się ją na plaży, w przejeżdżających samochodach, w barach, na ulicy. Do tego piękne plaże i widoki – nie miałam zbyt wiele czasu, aby się nimi rozkoszować, ale co nieco dało się „uszczknąć” – mała fotogaleria jest 🙂 Niestety wszędzie widać również ślady huraganu Maria, który w 2017 ją nawiedził – nie tylko jeśli chodzi o budynki czy infrastrukturę, ale huragan pozostawił też ślad w psychice ludzi. Wielu z nich wspomina to wydarzenie, w wielu rozmowach temat ciągle się przewija i jest bardzo żywy. To wydarzenie bez wątpienia wpłynęło na ich życie. Ponieważ z założenia ta relacja miała być relacją „biegową” to musi się w niej znaleźć kilka zdań na ten temat – biega się kiepsko. Jest gorąco (temperatura w ciągu dnia nie schodzi chyba poniżej 35 stopni), wilgotność powietrza sięga 80% – takie warunki jeszcze można by było jakoś przeżyć gdyby nie …wiatr. I nie jest to lekki nadmorski zefirek – wieje porywiście, naprawdę mocno. Każdy trening to była walka z wiatrem i siła biegowa. Budziłam się rano, patrzyłam przez okno na uginające się palmy i już wiedziałam, że będzie ciężko.

Dla mnie dodatkowym problemem był krótki dzień – słońce wschodzi po 6.00 i zachodzi ok 18.00 – to oznacza, że jeśli pracujesz – czasu na trening jest mało. Nie robiłam na szczęście długich wybiegań, ani mocnych akcentów, bo szczerze powiem – nie wiem jak dałabym radę. Co by tu jeszcze….? Jedzenie – jest wyśmienite, nie mogłam się oprzeć. Portorykańczycy kochają jeść, jedzenie jest bardzo różnorodne i naprawdę przepyszne. Największą niespodzianką dla mnie były plantany – potrafią je przyrządzić chyba na 100 różnych sposobów 😉 Danie narodowe to mofongo – purre z plantanów podobne do naszych ziemniaków podawane z różnymi dodatkami (np. fasolą) Jeśli chodzi o napoje – mojito i kawa – polecam każdemu, kto kiedykolwiek odwiedzi wyspę. I ludzie – otwarci, sympatyczni i bardzo gościnni. Ostatecznie wydaje mi się, ze dzięki temu, że nie byłam tam jako typowa turystka udało mi się poznać ludzi od nieco innej strony, spędzić z nimi więcej czasu na zwykłej rozmowie – bezcenne ) Pozdrawiam Agnieszka 🙂