LĄDEK ZWANY LONDYNEM

London, nie ma takiego miasta, jest Lądek-Zdrój gdzie w lipcu spotykają się biegacze góscy by powalczyć na trasach kotliny Kłodzkiej, tym razem zjawiłem się i ja.

Na początku sezonu wyznaczyłem sobie trzy imprezy, które są dla mnie ważne a resztę startów było na zasadzie spontanu i właśnie takim startem był ten w Lądku na dystansie 33km, który był zarazem cyklem elminacyjnym w serii Golden Mountains Trail. Przyjechało sporo mocnych nazwisk lecz mimo wszystko, obstawa z roku ubiegłego była dużo mocniejsza.

Wystartowałem w stawce ,,elita+ja“ i z jednej strony to bardzo fajne uczucie a z drugiej na pewno jakaś presja.

3…2…1…
Poszły konie po betonie. Pierwsze kilometry wskazują, że będzie bolało, minął pierwszy kilometry a w głowie już pojawiają się myśli by zejść bo do nóg ktoś zainstalował dodatkowe obciążenia, walczę na tyle ile mogę, podbiegi nie idą.

Walczę, na dziesiatym kilometrze lecę w top 10, właściwie to ją zamykam, raz po raz tasujemy się. Gdzieś tam następuje pierwsze rozluźnienie głowy i zamiast skręcić w prawo to lecę prosto. Dogania mnie rywal i od teraz aż do ostatniego punktu będziemy się trzymać razem, raz bliżej, raz dalej. Na pierwszym punkcie nie zatrzymywałem się w ogóle, minęliśmy go na pełnej prędkości i pognaliśmy w dół by za chwile znowu piąć się po stoku do góry. Tam już głowa odmawia walki, zaczynam biec sercem tylko po to by się nie poddać. I tak mija kolnych 12km.

Wpadam na drugi punkt odżywczy, który miał być na 24km a był na 27km. Rywal mi ucieka ale wiem, że ja muszę na chwilę się zatrzymać. W głowie przypominają się słowa trenera Darka, który mówił : ,,jedz arbuza, unikaj cytrusów“ więc zjadam kilka kawałków arbuza, popijam to łykiem coli a do softflaska nalewam rozwodnione izo. Jeszcze tylko chłodzenie za pomocą wody wylewanej na kark i mogę ruszyć dalej.

Siła wróciła, głowa znowu pracuje a z nóg znika zmęczenie – tak to można biegać. Ruszyłem w pogoń za rywalem, do mety już tylko 6km więc trzeba zagęszczać kroki. Jakiś kilometr od punktu mijam rywala, który się nie zatrzymał tam na punkcie, atakuję i zaczynam budować przewagę. Zaczyna się robić się stromo, staram się wbiec tyle ile mogę, resztę szybko podchodzę.

Nie patrzę na nic, nie sprawdzam tempa i lecę w dół tyle ile nogi pozwalają. Do mety ostatni kilometr więc oczywiście można tutaj przytoczyć śmieszną historię przez, którą skończyłem oczko niżej niż mógłbym. A więc zaczynam gonić rywala, który pojawił się z nikąd, widzę, że walczy z sobą. Atak podzieliłem na dwie części, pierwsza to zbliżyć się maksymalnie na zbiegu, odpocząć na kawałku wypłaszczenia by zaatakować na ostatnich 200m co też miało miejsce i miało duże szanse gdyby nie fakt, że wbiegając na teren parku zdrojowego pomyliłem strony między barierkami i zamiast wbiec w lejek dla biegaczy to poleciałem między kibiców i musiałem przechodzić pod barierkami na trasę… No cóż, zdaża się.

W ten oto śmieszny sposób docieram na metę, Piotrek Hercog wita mnie na mecie, chwilę rozmawiamy i idę jeść. Podchodzę do bufetu gdzie zjadam wszystko co mają i idę posiedzieć z znajomymi. 14 miejsce open 3h 23min 3s

Pozdrawiam Sebastian