LIVIGNO W NOWEJ ODSŁONIE

Dzień ósmy. Livigno chyba zostanie w naszej ocenie numerem jeden. Jest tu wszystko czego potrzeba biegaczom. Stadion, który nie tylko robi wrażenie ale rzeczywiście dobrze się na nim biega. Nieopodal stadionu trasy, na których można spotkać wielu biegaczy, rozgrzewających się do stadionu albo po prostu truchtających amatorów. Nie sposób też nie wspomnieć o górach, które znakomicie uzupełniają klimat tego miejsca i zawsze stanowią alternatywę dla stadionu czy ulicy. Dzisiaj decyzją trenera duża grupa biegała stadion, choć w planach była wycieczka w góry. Pogoda jednak pokrzyżowała nieco plany. Tuż przed dojazdem do Livigno dość mocno padało, wobec czego długa wyprawa w góry była dość ryzykowna. Kilka osób zdecydowało się jednak na wyjście. Po drodze było wszystko, deszcz, ulewa ale i świstaki i koziorożce. Dla takich chwil… Po treningu postanowiliśmy pójść w miasto, ponieważ to przedostatni dzień, chcieliśmy kupić pamiątki i uzupełnić kalorie w słynnym już lokalu, notabene jedynym czynnym w czasie siesty. Czas oczekiwania na wolny stolik wydłużał się okrutnie, z pięciu deklarowanych minut zrobiło się czterdzieści. Powoli zaczynaliśmy słyszeć muzykę z naszych żołądków. Słyszeliśmy o lokalu jako, że dwa dni wcześniej kilka osób już miało okazję spróbować specjałów kuchni i nie tylko. Tu kolejne zaskoczenie, obsługa przemiła, bardzo sprawnie realizowane zamówienie. Jedzenie przepyszne i dużo, bardzo dużo płynów wszelakiej maści. Do posiłków alkohole przeróżnych gatunków, do kawy i deserów inne a wszystko w ramach degustacji za free. To się nazywa gościnność. Mogliśmy potrenować chwyty barowe, wszak wiadomo, że ręce też muszą być silne ( taki żart). Największym jednak zaskoczeniem był rachunek. Nie dość, że było tanio, trunki rzeczywiście darmowe, to jeszcze bardzo duży rabat, chyba dlatego że duża grupa. Za coś takiego napiwek też musiał być duży. Nakarmieni, nieco rozweseleni, z lekkim nieco niedosytem dnia, znaleźliśmy sposób na dotrenowanie. Tu trener zaproponował górę, na której już raz był ale z innej, trochę łagodniejszej strony. Nas nie trzeba długo namawiać, chwilę potem byliśmy już gotowi na wejście. Zanim jednak zaczęliśmy wędrówkę, tradycji stało się zadość, trener znalazł swoją wybrankę alpejską mućkę, która z rozbrajającą miną pozowała do zdjęć. Dwa i pół kilometra wyżej spoglądaliśmy na panoramę Livigno. Było pięknie a z drugiej strony góry widok na równie cudne jezioro. Tak minął kolejny dzień obozowy.