Search Menu

Minuta za kilogram

7 stycznia 2018

Co  prawda  rok  jeszcze  nie  minął  od  mojego  pierwszego  treningu, ale  w  marcu  już  pewnie  będziemy  startować  i  będzie  temat  na  inne  teksty. Do  napisania  tych  kilku  zdań  skłoniła  mnie  piękna  wiosenna  pogoda  w  zimie  i  jakiś  sposób motywacji  siebie  samego  do  biegania. Najprawdopodobniej  uległem  krajowej  modzie  na  bieganie – co jest ze  wszechmiar  pozytywnym  zjawiskiem, lub  popadłem  w  stan  pożegnania  z  młodością  ze  względu  na  swój  wiek. Każdy  powód  jest  dobry  jeśli  prowadzi  do  ogólnej  poprawy  zdrowia  i  samopoczucia. Jeśli  tekst  czytać  będą  osoby, które  nie  znają  mnie  za  dobrze  to  pragnę  wyjaśnić, że moja przygoda  z  bieganiem  nie  rozpoczęła  się  wiosną  2017  roku. Kiedyś  dawno  temu  w  odległej  galaktyce  a  na pewno  w  nie  tym  wieku  próbowałem  swych  sił  w  biegach. Głównie  skupiając  się  do  dystansów  średnich  na  stadionie  i  z  rzadka  próbując sił  na  trasach  przełajowych  czy  ulicznych. Sukcesów  wielkich  nie  odniosłem, ale  prędkości  ponad 20 km/h   rozwijane  bez  większych  problemów  teraz  są  mi  dane  tylko  na  rowerze  i  to wyraźną  pomocą  wiatru  lub  wzniesienia.

Zdjęcie z dekoracji Biegu z Słubic. Wygrał Mariusz Staniszewski przed Darkiem Dobrowolskim vl Kapsel i Wiesiem Paradowskim. Tam na 1 jeszcze Jurek Sak.

Do  biegania  dłużej  niż  przez  4  min.  na  stadionie  namówił  mnie  mój  przyjaciel  Marek  Wasilewski, który  w  dniu  pisania  tego  tekstu  obchodzi  urodziny. To  taki  mój  mały  prezent  urodzinowy. Głównie  za  Jego  sprawą  udawało  mi  się  bez  problemów  pokonywać  dystans 10  km  w  33-32 min. a  nawet  razu  pewnego  po  niżej  32  min. Ale  to  było  możliwe  nie  tylko  dzięki  systematycznej  pracy, młodości  czy  namiastki  talentu, ale  również  wadze  ciała  i  ściśle określonej  diecie  żywieniowej. Pod  koniec  wieku  XX  odeszły  mi  wszelkie  wody  na  bieganie  i  postanowiłem  żyć  jak  wszyscy. Czyli  hodować  nałogi  i  nie  zdrowe  przyzwyczajenia. Tak  mi  to  dobrze  szło, że  w  pewnym  momencie  mojej  nowej  kariery  osiągałem  wyniki  bliskie  100 kg. Jak  sobie  przypominam  to  nigdy  na  siłowni  nie  zbliżyłem  się  do  takich  osiągnięć. Przy  mojej  lekkiej budowie  kostnej  wyglądało  to  nawet  zabawnie,  ale  nie  poszedłem  dalej  tym  kierunku. Wiosna  2017  roku  definitywnie  podjąłem  decyzję  o  powrocie  do  biegania. Przygotowywałem się  do  tego  mentalnie  już  3  miesiące. Prawdę  pisząc  to  nawet  już  bym  wcześniej  wyszedł  biegać, ale  na  całe  szczęście  leżał  śnieg  i  dbając  o  swoje  zdrowie  – od  zaledwie  kilku  tygodni  zresztą  – nie  mogłem  narazić  mojego  organizmu  na  jakąkolwiek  kontuzję. W  decyzji  –  mam  nadzieje, że  najważniejszej  w  moim  dalszym  życiu – o  powrocie  pomógł  mi  trenejro Darek  Kruczkowski  i  nie  wiem  czy  wie, ale  tym  samym  uratował  kilka  istnień  świńskich. Oczywiście  bym  skłamał, że  nagle  porzuciłem  swoje  nałogi  i  zamiłowanie  do  kuchni  staropolskiej  wzbogaconej  o  światowe  wynalazki  fastfoodowe. Nie wolno  tak  nagle  odcinać  tlenu  nawet  jak  ma  to  szczytne  cele.

W dniu  mojego  pierwszego  startu  po  blisko  miesiącu  odstawiania  głupa  z  dietom  i  udawaniu biegacza  ważyłem  już  mniej  niż  90  kg. I  w  końcu  przyszedł  mój  debiut  na  klasycznym  dystansie  10  kilometrów – co  w  światku  biegowy  stanowi  pewien  wyznacznik  do  dalszych  rozważań  na  temat  szans  biegacza  na  sukces  w  dalszej  części  kariery. W kwietniu  2017  roku  pokonałem  dystans  10  km  w  54  minuty. W  listopadzie  roku  2017  ten  sam  dystans  pokonałem  w  44  minuty. Przypadek? Nie sadze. Te  kilka  miesięcy  to  nie  do  końca  szczęśliwy  okres. Były   błędy  nowicjusza  takie  jak  próby  przyspieszenia okupione  spuchniętymi  Achillesami  czy  ułański  debiut  w  biegu  górski. Nie  da  się  w  kilka  miesięcy  nadrobić  kilkudziesięciu  lat  tak  jak  nie  da  się  zaczynając  biegać  nauczyć  się  tego  w  kilkaset  dni.

 

Jeśli  można  to  zobrazować  liczbami  to  między  czasem  osiągniętym  na  początku, a  na  końcu sezonu  to  10  minut. Między  waga  w  kwietniu  88 kilogramów, a  waga  w  listopadzie  to  także 10. czy  to  przypadek? Nie sądzę. Ktoś  zaraz  pomyśli: Nich  zbije  jeszcze 10  i  dyszkę  pobiegnie  w  34  minuty. Jest to pewien  pomysł, ale mam już  inne  pomysły  i  sama  dyszka  już  mi  nie  wystarcza. Nie  mniej  oddawanie  1  kilograma  za  1  minutę  jest  mi  nawet  po  drodze.

P.S. Pozdrawiam  w  tym  miej  całą  moją  grupę  biegową  Karkonosz  Running  Teami  trenejro  Darka oraz  wszystkich, którzy  mnie  zawsze  wspierali  w  moich  nie  tylko  sportowych  przygodach.
Do zobaczenia na trasach biegowych.